DAMA.

Ulicą Narutowicza w Lublinie zawsze wartko płynie ludzki potok. Przed wydziałem socjologii UMCS tłoczą się studenci. Spuszczeni z rodzicielskiej smyczy ostentacyjnie jarają szlugi. Młode dziewczyny z pierwszego roku, niezdarnie wymazane makijażem zerkają niepewnie spode łba na nowe miasto. Zaraz obok jest szkoła podstawowa, prowadzona przez Urszulanki. Dzieci w gustownych mundurkach zadają szyku ulicy. Z głośników na wprost szkoły sączy się lekki jazz. Ella i Louis przekomarzają się, czy mają być przyjaciółmi, czy kochankami? To mała kafejka przy teatrze Osterwy „Teatralna”. W tym miejscu Lublin ma w sobie coś paryskiego. Ci wszyscy ludzie, manifestujący nałogi, oryginalny styl, uwielbienie dla kawy, pośpiech, luz, wyglądają jakby przechadzali się po płótnie malarskim Eduardo Cortesa.
Tam właśnie, w pobliżu tej pulsującej arterii miasta zobaczyłam ją. W toalecie raczej wieczorowej jak na tę porę dnia. Miała na sobie srebrną sukienkę z treściwej tkaniny, przeplatanej błyszczącą nitką. Materiał ściśle zakrywał dekolt, sięgając szyi, zgrabnie opinał talię i na wysokości bioder gładko rozlewał się w morze plisowań. Te raptownie kończyły się w połowie łydki, odsłaniając skórę już nie najmłodszą, ale wciąż napiętą. Cała dystynkcja zawarta w ruchach kobiety kazała mi nazwać jej obuwie pantofelkami. Były kremowe i lakierowane na kaczuszce, która po latach modowej banicji nieśmiało wraca do łask. Włosy, szlachetnie białe, zebrane były w zdyscyplinowanego koka nad samym karkiem. Równy przedziałek pośrodku głowy odsłaniał twarz. Piękne rysy zatrzaśnięte w gęstej sieci zmarszczek. Róż wtarty w policzki, usta muśnięte czerwoną szminką, maskara zastygła na rzęsach.
Jej ruchy były tak wytworne, że czynność przez nią wykonywana wydała mi się elegancka. Dostrzegłam wtedy jej dłonie, usiane plamami starości, lecz zdobne w biżuterię. Na zgięciu jej prawego przedramienia wisiała biała skórzana torebka ze złotą klamrą. W lewej dłoni trzymała sklepową reklamówkę z krzykliwym logo znanej sieciówki.
Pochylała się nad kamiennym kubłem. Najpierw starannie oceniała jego zawartość, unosiła w górę podbródek, mrużyła oczy, palcem wskazującym odsuwała rzeczy niechciane i przyglądała się temu, co jest pod spodem. Z pełnym skupieniem wydobywała obiekt, uznany za wartościowy i dystyngowanym gestem przekładała go reklamówki. Czynność powtarzała się kilkakrotnie. Następnie kobieta wycierała dłonie materiałową chusteczką i krokiem pewnym, z uniesionym podbródkiem i dumnym wyrazem twarzy, udawała się do kolejnego ulicznego kubła na śmieci.

You may also like

7 komentarzy

  1. Pani Ferreira, ma Pani niesamowity talent. Mam nadzieję, że pisać Pani nigdy nie przestanie. Niewiele osób ma dar tak celnego nazywania emocji, przekładania obrazów na słowa. Zaglądanie tutaj jest dla mnie niesamowitą przyjemnością i wiem, ze NIGDY się nie zawiodę. Bardzo Pani dziękuję.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.