DNI, KTÓRE CHCE SIĘ PAMIĘTAĆ.

Myślicie czasem o tym, co będą wspominać Wasze dzieci? Będą mówić „pamiętam jak mama…” i co tam będzie?
Robiliśmy dziś pierogi. Trochę ten moment odkładaliśmy, przyznaję. Obawiałam się, że będę musiała po wszystkim zbierać farsz z sufitu, a była przecież taka miła świąteczna atmosfera.
Pierogów nie robiłam od lat. I w ogóle uważam, że to takie parszywe danie. Wygląda niewinnie – ot pierożek, mieści się na dłoni, smakuje nieziemsko. Mój mąż powiedziałby o nim „kąsek nieba”.
O mój Drogi! Smakuje jak niebo, ale trzeba po niego wstąpić do piekła.
A było to tak. Kiedyś, kiedyś dawno temu postanowiłam upichcić bodaj ruskie. Wymyśliłam sobie kuźwa obiadek. Wszystko szło sprawnie do momentu rozłożenia składników na stole. Nagle rozpętała się jakaś koszmarna mączna burza. Pamiętam, że wszystko było w mące. Kuchnia była w mące, ja byłam w mące, dzieci były w mące, ściany były w mące, podłogi były w mące i już nawet nie było czym oddychać, bo powietrze stało się mąką. Chciałam uciec, ale nie mogłam, bo przecież wszystko było w mące i nie było widać ani gdzie są dzieci, ani gdzie jest wyjście. I zaczęłam wtedy wspominać z rozrzewnieniem te dobre dni, kiedy wszystko było przejrzyste, bo nie przyszło mi do głowy, żeby lepić pierożki z trójką małych dzieci, z czego dwójkę musiałam nadal przewijać!!!!
Niespodziewanie mączna zawierucha zaczęła przybierać jakiś niezidentyfikowany kształt. Rodził się z białego obłoku, formował, przeistaczał, pęczniał, aż eksplodował, wyrzucając mnie z kuchni. To była kurwica. Wpadłam w szał. We wrzątku wirowały ostatnie pierogi. Marzyłam tylko o jednym, żeby WYWALIĆ JE PRZEZ OKNO.
Podobno, kiedy mąż wrócił do domu, na podłogę opadały ostatnie mączne paprochy, a ja siedziałam w kącie, trzęsąc się i powtarzając „nigdy więcej pierożków”.

Nic zatem dziwnego, że do dzisiejszej próby podchodziłam z drżącym sercem.
Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, kiedy po godzinie było już po wszystkim.
Mąż zagniatał ciasto, trójka pomocników w skupieniu formowała pierożki, a ja wyławiałam je z wody, na bieżąco sprzątając kuchnię…
60 pierogów. Zero strat. Żadnych nerwów.

I całe szczęście, że te kilka lat temu moje dzieci były tak małe, że nie wspomną po latach „a pamiętasz, jak mama chciała zrobić pierogi, ale zamiast tego oszalała?
Ale te dzisiejsze, pyszne, o idealnym kształcie, zrobione po raz pierwszy w życiu, w godzinę razem z rodzicami, zapamiętają.

I tego Wam dziś życzę – takich dni, które chce się potem pamiętać.




sukienka – H&M (stara kolekcja)


You may also like

6 komentarzy

  1. No kocham Cię po prostu! Nawet w tak zabiegany i pełen wrażeń dzień nie mogłam sobie odmówić tej przyjemności i weszłam na Twojego bloga z nadzieją, ze cos naskrobałas. Uszczęśliwiasz mnie swoimi wpisami. Skorzystam z okazji i zloze Tobie Saro i Twojej rodzinie najserdeczniejsze zyczenia spokojnych (choc przy dzieciach to chyba niemozliwe, a jesli tak to sprzedaj prosze patent), zdrowych , rodzinnych Świąt Bozego Narodzenia.

  2. Cześć,
    Na pewno będą pamiętać 🙂 a pierogi są super ekstra, ja również jest świetnie wspominam jakoś rewelacyjne wspomnienie i z babcią i z mamą.
    Widać, jak szybko dzieci rosną 🙂
    Pozdrawiam,
    Kasia

  3. Piękne wnętrze. Może Pan Jezus wcale nie był taki biedny w tej stajence? Wprawdzie nie miał złotej kołyski ani aksamitnych piernatów, ale był otoczony kochającymi ludźmi i zwierzętami…

  4. Grudzień minął, a nie było posta z cyklu zwyczajne dziewczyny! Za karę w styczniu mają być dwa, bo ja bardzo na nie czekam! 😉

  5. Baardzo życiowy ten wpis 🙂 Ja ostatnio w spokoju robiłam pierogi jakieś 7 lat temu. Teraz zawsze zamawiam, bo mam dwoje dzieci które z ciekawości są gotowe wsadzić swoje łapki do wrzątku a głowę do mąki. Podniosłaś mnie tym wpisem na duchu, czekam aż przyjdzie taki moment gdy wspólne gotowanie będzie przyjemnością 🙂 Pozdrawiam, stała czytelniczka B.

Pozostaw odpowiedź Dobrusia Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany.