GDZIE JEST MOJA WENA?!

Na studiach krążyła taka anegdota o Jamesie Joyce autorze „Ulissesa”, nie wiem na ile prawdziwa – ponoć pisarz większość życia cierpiał straszne męki twórcze. Kiedyś odwiedził go znajomy i zapytał jak idzie mu pisanie. Zrozpaczony Joyce wykrzyknął, że przez cały dzień napisał zaledwie pięć słów! Przyjaciel, uznając to za dobrą monetę, zaczął go pocieszać: „Pięć słów! To już coś, wspaniale!” – Ale nie wiem w jakiej mają być kolejności – odparł przybity Joyce.
Podobno jest zmorą największych umysłów. Piekielnie humorzasta i złośliwa. Wena. A raczej jej brak.
Dlaczego o tym dziś piszę? Bo totalnie nie mam weny. Wykorzystałam już wszystkie sposoby na wskrzeszenie jej, które normalnie działają i NIC. Niemoc twórcza. Kropka.
Byłam na spacerze. Czytałam książkę. Czytałam gazetę. Czytałam felietony. Czytałam ulubione blogi. Czytałam poezję. Czytałam nawet swoje stare teksty! Zrobiłam sobie przerwę. Jedną, drugą, trzecią. Wypiłam niezliczoną ilość szklanek wody. Zmieniałam pozycję. Zmieniałam pomieszczenie. Zmieniałam widok z okna. Wertowałam swoje notatki. Znowu wypiłam wodę. Napisałam słowo. Skasowałam je. Napisałam dwa słowa. Skasowałam je. Zrobiłam sobie przerwę. Przeczytałam miłe komentarze pod wpisami. Natchnęło mnie! Napisałam trzy słowa. Ale jak James Joyce – nie w takiej kolejności. Skasowałam je. W żadnej konfiguracji nie miały sensu. Obejrzałam filmik motywujący. Całkiem się zdemotywowałam. Jeszcze raz zajrzałam na ulubione blogi. Całkiem się zdemotywowałam po raz drugi.
Wszystko co robię nie ma sensu – oto efekt moich dzisiejszych poszukiwań weny.
Siedzę więc w kuchni i patrzę na te wiotkie brzozy podszczypywane przez namolny wiatr. Przede mną kubek z ostatnim zimnym łykiem czarnej kawy bez cukru. Czasem zdarza mi się go gdzieś odstawić,nie dopiwszy tego ostatniego łyka. Mam wtedy ogromne poczucie niedosytu. Jakby ten jeden zimny łyk był treściwszy od całego kubka. Albo kiedy ktoś sprząta i nieopatrznie zabierze kubek! Mój krzyk wraz ostatnim łykiem więzną w ciasnym gardle syfonu: „nie wyleeeeeeeeee…!”
To ty to jeszcze piłaś? – zapyta sprzątający. Czy ja to piłam?! Ja to celebrowałam! To był ostatni łyk. Kropka nad i. Wisienka na torcie. Kwintesencja.
Nie wspominając o zgubionym ostatnim kęsie jedzenia. Kiedyś przekopałam cały dom, szukając ostatniego gryza kanapki. Jego zmumifikowane truchło znalazłam kilka dni później w jakimś nieoczywistym kącie domu.
Jak już wspomniałam siedzę w kuchni. Może moja wena jest w tym ostatnim zimnym łyku kawy?
Jak to jest, że raz z człowieka treść wylewa się rzęsistym potokiem właściwych słów, a innym razem wątłą kroplą flegmatycznych sylab. No jak się pytam?!
Dlaczego tak jest, że słowa przylegają do siebie pięknie, akurat wtedy, kiedy nie ma możliwości tego zapisać i zapamiętać? Czasem jakieś zdanie wpadnie do mojej głowy dosłownie na ułamek sekundy, jest idealne i pryska zanim złapię je w siatkę liter! Marek Hłasko napisał w życiu jeden wiersz, kiedy matka wysłała go do sklepu po czajnik! Wrócił bez czajnika, ale z wierszem.

Dziś jest gorzej niż źle, bo nie dość, że znikąd weny, to pojawił się nieproszony Wielki Sceptyk Kontestator Wszechrzeczy, który wzrusza ramionami i prycha na wszystkie moje notatki, plany i pomysły: „pff, a cóż to za głupoty?! Jakie to wydumane! O tym nie warto pisać. To jest głupie. To jeszcze głupsze. Kto ci to będzie czytał? Weź se znajdź normalne zajęcie pani blogerko.”

Tak więc Drodzy Czytelnicy. Widzicie sami, że próbowałam. Dziś miał być wpis o czymś całkiem innym, ale Wielki Sceptyk Kontestator Wszechrzeczy zasugerował, żebym sobie może poszła czajnik kupiła. Co niniejszym czynię.

You may also like

18 komentarzy

  1. Jak mają powstawać takie interesujące wpisy, to może częściej by się brak weny przydał. 😀

    PS mi najbardziej pomaga na brak weny zrobienie czegoś zupełnie innego niż zwykle. Jeśli przeczytanie książki/ obejrzenie filmu, to zupełnie innych niż normalnie. Wstanie o godzinie, o której zwykle śpię. Wejście do kawiarni, w której nigdy nie byłam. Udział w czymś, w czym nigdy wcześniej udziału nie brałam.

    PS 2 Z ostatnim łykiem kawy/herbaty jest u mnie odwrotnie. Nigdy nie dopijam.

  2. Skąd ja to znam… Polecam gapienie się przez szybę jadącego samochodu, w którym to nie Ty jesteś kierowcą 🙂 Ale styczeń chyba to do siebie ma: moja lista blogowych wpisów życia 😜 jest chyba najkrótsza ever. Pewnie za jakiś czas zrobią nad tym tematem badania. My będziemy prekursorkami! Kup sobie fajny czajnik: taki co może wenę przygwizda… 😉 Uściski!

  3. Summa summarum post dodany, przestoju nie ma! Ja z mojej strony zasugerowałabym reaktywację książkobrania, czytam twojego bloga od niedawna, właśnie dzięki tej serii tu trafiłam, a skoro weny szukałaś w lekturze to i materiał by się znalazł 😛

  4. Summa summarum post dodany, przestoju nie ma! Ja z mojej strony zasugerowałabym Ci reaktywację „książkobrania”, czytam twojego bloga od niedawna, ale właśnie dzięki tej serii tu trafiłam, a skoro weny szukałaś w literaturze to materiał na temat na pewno się znajdzie.. 😛

  5. a ja Cię uwielbiam czytać i nawet bez weny (co nie do końca jest prawdą) piszesz miliard tryliardów razy lepiej niż nie jedna z nas z weną 😉
    łaska pańska na pstrym koniu jeździ, raz jest, raz jej nie ma. Ale my jesteśmy zawsze i nie ponaglamy, nie pospieszamy, nie oceniamy. Jeno wielbimy 😉 Całuję!!!

  6. Dobrze powiedziane to nic:-) tak lekko się to czytało, aż postanowiłam pierwszy raz skomentować. Dziękuje Ci, bo akurat też ostatnio nie mam weny, weny do siebie. Nie mogę się odnaleźć w tym co zazwyczaj robię i co pomaga mi się odnaleźć …
    „Jakby ten jeden zimny łyk był treściwszy od całego kubka. „

  7. Utożsamiam się bardzo. Tylko Wielki Sceptyk Kontestator Wszechrzeczy ma u mnie na imie po prostu Cenzor i jest moim alter ego żyjącym ze mną na codzień. Bardzo mnie nienawidzi i ciągle zabrania wszystkiego. Pójdę kupić czajnik <3

  8. Utożsamiam się bardzo. Tylko u mnie Wielki Krytyk Kontestator Wszechrzeczy nazywa się po prostu Cenzor. Jest moim alter ego, mieszka we mnie na codzień i bardzo mnie nienawidzi. Ciągle zabrania mi wszystkiego i śmieje się ze mnie. Idę kupić czajnik <3

  9. Czasem nowy czajnik nie jest zły i może przynieść wenę. A czasem i najlepsza wycieczka pod słońcem, najfajniejsza książka, czy inny dobry rodzaj sztuki nie są w stanie przynieść niczego ani trochę podobnego do weny.
    W takich momentach piszę o mojej codzienności i zmaganiach z nią. Tak jak Ty to dziś zgrabnie zrobiłaś.
    Też miewam tego Sceptyka w głowie, ileż to razy.
    I często nie daje się przegonić.
    Pocieszające jest to, że przeważnie ten stan trwa ale nie wiecznie.
    Pozdrowienia 🙂
    iw

  10. Wena…kto ją widział w styczniu, który jest listopadem.
    Saro piękna 😙 odpuść – proszę – chwilę niemocy i zaparz kolejną kawę – choćby w czajniku.

Odpowiedz na „A.Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany.