NA SZPITALNYM ODDZIALE…

Jest noc. Na szpitalnym oddziale nerwowo drga światło. Ciszę rozrywają tylko pojedyncze takty nocnych szeptów. Z dala, jakby zza światów dobiega stłumiony krzyk noworodka.
Na zmaltretowanych sofach i fotelach zalegają rodzice. Ich twarze zatrzaśnięte są w bezradnych grymasach. Powieki osuwają im się z wolna na oczy. Pod oczami rozlane sińce. W oczach troska, pytania, strach…
Po korytarzu błąka się czas. Wleką się za nim minuty, a może to godziny? Czy to ten sam czas, który frunie tam za oknem, pikuje w dół i z łopotem roztrzaskuje się o raptowny koniec dnia?

Jeszcze kilka dni temu, kiedy niespodziewanie się tu znaleźliśmy, byłam wściekła, że życie postanowiło mi się tak wykoleić.
Dziś myślę, że może po prostu wróciło na właściwe tory.
Wtedy, kiedy Lolek rozpłakał się rzęsiście, bo zabierali mu siostrzyczkę do szpitala. I kiedy ta starsza zawsze skora, żeby podstawić komuś nogę, drżącymi rękoma zakładała młodszej na stopy skarpetki.
I jeszcze, potem kiedy tylu ludzi dzwoniło, pisało, pytało, wysyłało ciepło.
I wreszcie wtedy, gdy matka dziewczynki o dwóch grubych warkoczach, opowiadała przypadkowej sąsiadce, że już niedługo, że niestety zaraz te włosy wypadną, tak działa chemia.

Spotykamy się w pokoju socjalnym. Przesyłamy sobie ciepłe spojrzenia, życzymy smacznego, choć z kubka parują ordynarne wzmacniacze smaku. Chwilowo nic nie ma znaczenia.
Wczorajszy dzień ten, kiedy było zdrowie, wydaje się utopią, błogostanem, nieopatrznie wylanym szczęściem.
W tym pokoju socjalnym gwałtownie uczymy się doceniać wszystko, co mamy.
Brutalna lekcja.

Noc gęstnieje. Za oknem pełgają światła miasta. Ojciec, który siedział obok mnie, skulił się w nienaturalnej pozie i pochrapuje. W ubraniach, w butach, z kurtką pod głową.
Właśnie przyszli kolejni.
Nerwowo rozglądają się po oddziale, dziecko kurczowo przyczepione do uda taty. Zaraz na rącze usiądzie mu krwawy motylek.
Pewnie teraz myślą, że to koniec świata.
Ale jutro, w drodze do szpitalnego barku, będą mijać Oddział Hematologii, Onkologii i Transplantologii Dziecięcej. Wtedy docenią, że są aż dwa piętra wyżej.

PS O nas się nie martwcie, to tylko wyrostek, może nawet dziś wyjdziemy.

You may also like

7 komentarzy

  1. Jeśli to TEN szpital, to dokładnie znam rozkład co i gdzie. Choć zgubić się tam nie trudno.. Z Neurologi jest idealny widok na miasto. W końcu jest na 10 piętrze. A nie chce się na nie patrzeć.
    W windzie zawsze było jakoś tak dziwnie, jak ktoś zatrzymywał ją na 7. Wychodził i gdzieś była ta myśl, że on może tu ostatni raz.
    Ja jestem jedną z najszczęśliwszych matek na ziemi, po 7 latach walki, niepewności i żegnania się mam zdrowe dziecko. Czasami dalej drżę, a jak to wszystko wróci… Doceniam każdy dzień. Inaczej. Zupełnie inaczej. Jest też żal, bo to my, a miała być taka bezpieczna, mieliśmy bardzo poważne powikłania po wtedy płatnej szczepionce. Nie wiem jak to jest być mamą takiego małego bezproblemowego szkraba. Za to wiem, że rodzic zniesie i dla dziecka zrobi wszystko.

  2. 4 lata temu bylam z dzieckiem w szpitalu (z podejrzeniem cukrzycy). Ryczalam co chwila bo wiadomo. I któregoś dnia wracalam z obiadu jakoś poszłam w zły korytarz a tam własnie oddział onkologiczny się zaczynał. Momentalnie otrzeźwialam. Ze przecież mam stres ale matki dzieci chorych na raka też muszą wiele wywalczyc i wiele znieść i stres nieporównywalnie większy. Cukrzycę wykluczono, zostala tylko dieta i rucb jako lekarstwo.

  3. Latem byłam ze swoim niespełna dwuletnim synem w parku. Słoneczny dzień, zwykły park, kawałek starawego asfaltu, rzucaliśmy najzwyklejszą piłką. Niby nic takiego, ale nagle z całą mocą uderzyło mnie moje szczęście. Pomyślałam ilu ludzi marzy o zabawie z dzieckiem w parku, ale nie mogą mieć dzieci. Ilu ludzi nie zagra z dzieckiem w piłkę, bo ich dziecko jest chore, albo umarło. Ilu ludzi nie zagra z dzieckiem w piłkę, bo urosło i albo nie chce już z nimi grać, albo nie ma na to czasu. To moje trzecie dziecko, więc coś tam już wiem o tym jak szybko one rosną, kiedy się człowiek na chwilę odwróci. I że tych chwil w parku nie będzie nieskończenie wiele. Twój tekst przypomniał mi ten dzień. Z całego serca współczuję wszystkim rodzicom, którzy muszą spędzać dni i noce na szpitalnych korytarzach. Szczególnie tym, którzy dodatkowo muszą walczyć ze strachem, niepewnością i bezradnością. 🙁

  4. Na czwartym dziecięca reumatologia. I inne dziwne autoagresywne choroby, których przyczyn medycyna nie zna… Lata z chemią… Lata z bólem… W oczekiwaniu na remisję… Na drogi lek…. Ale i tak pełni wdzięczności i pokory. Na parterze onkologia…

  5. Znamy to miejsce dwa piętra niżej. Długie miesiące zastępowało dom.
    Zmieniło w nas wszystko. Nigdy te zwykłe, szare, ciągnące się dni nie cieszyły tak jak teraz, w drugim życiu, tym po wyzdrowieniu. Możemy wychodzić z domu, możemy chodzić do przedszkola, spotykać rówieśników, biegać, pływać, jeść o dowolnej porze… trzeba na chwilę to życie stracić, żeby docenić jakie jest piękne.

  6. Nie znoszę szpitali 🙁 nie potrafię patrzeć na cierpienie dzieci. Jak byłam ze swoją córeczką modliłam się o nią i wszystkie dzieciaczki, by mogły wrócić do domu. Straszna jest myśl ile z nich domu już nie zobaczy

Pozostaw odpowiedź Martek Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany.