NAJFAJNIEJSZE LUMPEKSY W LUBLINIE – SUBIEKTYWNY PRZEGLĄD

Dawno dawno temu było u nas przyjęcie.
Jedna z koleżanek przyniosła brownie. Ciasto było pyszne. Było tak dobre, że zawstydziło wszystkie inne brownie świata. A nawet wszystkie inne słodkości. To było wręcz nie fair w stosunku do pozostałych ciast świata.
Wszyscy goście chcieli poznać przepis. Każdy marzył, żeby zabłysnąć jako władca żołądków, autor nieziemskiego brownie. Tymczasem przepis na ciasto okazał się dziecinnie prosty – ot nieco mleka, mąki, jajko, kakao… – No i oczywiście najważniejsze – magiczny składnik …– tajemniczym głosem oznajmiła koleżanka.
– Mówże niewiasto! Cóż to za składnik?! – zakrzyknął tłum rządnych kulinarnej sławy.
– To serce… – szepnęła autorka brownie, zostawiając słuchaczy z rozdziawionymi, ubabranymi czekoladą gębami.
– Pff, serce, też mi składnik – ktoś prychnął z pogarda.
Szybko jednak okazało się, że zaiste – odtworzenie ciasta jest niemożliwe! Przepis prosty jak budowa cepa, a każdy z pieca wyjmuje oschłą bryłę! Gdzie jest ta miękkość w środku a chrupkość z zewnątrz, gwarantująca sukces?! Otóż nie ma jej.
Bo żeby ciasto zmiękło potrzebne jest… serce.
No i cóż. Dokładnie tak samo Drodzy Czytelnicy jest z zakupami w lumpeksach.
Jak wiadomo – gotówki za wiele nie potrzebujecie. Ale serce! W portmonetce nie może zabraknąć serca. Serca do zakupów.
Czytaliście „Małego Księcia”? Patrz sercem! Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu – powiedział Mały Książę podczas wizyty na planecie lumpeksów.

Jakiś czas temu zabrałam przyjaciółkę na obchód po lumpach. Przy kasie okazało się, że jej koszyk jest pusty, mój pełen „perełek”. – Przecież szłaś za mną! Jak to możliwe, że nie zauważyłam tych rzeczy – oznajmiła z rozpaczą na widok uzbieranych przeze mnie ubrań.
– Moja droga, to jest lumpeks. Tu się nie zagląda się w zęby darowanemu koniowi. Szansa, że znajdziesz swój rozmiar jest jak jeden do miliona innych rozmiarów. Za małe? To nic, kto nigdy nie wciągał brzucha niech pierwszy rzuci kamieniem. Za duże? Wybornie! Ołwersajzem stoją wybiegi. Zmechacone? Od czego są maszynki? Plama? Pewnie się zmyje. Mała dziurka? Oderwany guzik? Zepsuty zamek?

Dlatego właśnie uwielbiam dni, kiedy są promocje „wszystko za złotówkę”. W koszach tłoczą się ubrania gorszego sortu. Nikt ich już nie chce. Dokonują konfekcyjnego żywota. Wydają ostatnie wieszakowe tchnienie.
Wtedy wchodzę ja! Cała na biało. Konfekcyjny Mesjasz. Wybawca niechcianych ubrań.
Zabieram je do domu. Żeby zaznać tekstylnego raju w mojej szafie, muszą odkupić swoje plamy w czyśćcu pralni.
Voila!

Poza tym rada płynąca z mojego szafiarskiego serca – nie spodziewać się cudów.
Ja wiem jak to z boku wygląda – ona wszystko kupuje w lumpeksach, te wszystkie diory i jedwabie! Z lumpeksu! Za grosze. Te torebki Luisa Vitona i szpilki od Labutona!
Takie strzały, że faktycznie ktoś nie dostrzegł metki znanego projektanta i wrzucił daną szmatę do jednego wora z konfekcyjnym plebsem, zdarzą się niezwykle rzadko i pamięta się to całe życie.
Moja mama na ten przykład ma słynną apaszkę od Hermesa – ot skrawek materiału, ile to może być warte? No ze złotówkę.
A ja nie wiem czy posiadam cokolwiek takiego. Na mojej top liście lumpeksowych zdobyczy są raptem Conversy za 4 złote.
Zapewne Was to zdziwi, ale z większości lumpeksowych wypraw, wracam z pustymi rękami.
W innym wypadku, musiałabym wyprosić z życia domowników i zastąpić ich wieszakami.
Tymczasem mam naprawdę maleńką szafę i zaskakująco mało ubrań.
Ponadto nie rekomenduję codziennych wypraw.
Ja do lupmeksów zaglądam rzadko – teraz kiedy wiodę wiejski żywot to po prostu z przypadku.
Odwiedzam te, które mam „po drodze”. Nie jadę do modnego na całe województwo lumpeksu, słynącego z konfekcyjnych cudów.
Nie wiem co mnie tam omija i zupełnie mnie to nie interesuje – ot, czego oczy nie widzą tego sercu nie żal.
Nie lubię też dużych lumpeksów. Cierpię tam na agorafobię. Duże przestrzenie odzieżowe przytłaczają mnie tak bardzo, że zupełnie tracę głowę – nie wiem po co przyszłam, nie wiem od czego zacząć, chcę tylko uciec. I zazwyczaj uciekam.

Pozwólcie więc, że podsumuję tę garść rad i refleksji – taki mini dekalog kupującego w lumpeksach:
1. Patrz sercem.
2. Nie zaglądaj w zęby darowanemu koniowi.
3. Nie spodziewaj się cudów.
4. Wybieraj małe sklepy.
5. Odwiedzaj lumpeksy rzadko.

Przed Wami zaś – mój subiektywny przegląd ulubionych lumpeksowych łupów:






Prosiliście, żebym zabrała Was w obchód po moich ulubionych lubelskich lumpach. Zapraszam zatem – pokażę Wam, gdzie najchętniej poluję.
Jak pisałam wcześniej – lubię lumpeksy które mam „po drodze”. Kiedy mieszkałam na Dziesiątej – uwielbiałam tamtejsze. Dziś polecam gorąco okolice Głębokiej przez Narutowicza do Peowiaków – bywam właściwie tylko tam.


Dyskont Odzieżowy „Fashion” ul. Głęboka 8
Rewelacyjne miejsce jeśli chodzi o ubrania dla dzieci – niemal wszystko kupuję tam. Jeśli szukacie kurtek i kombinezonów to naprawdę warto zajrzeć.
Poza tym – spodnie. Odkąd znalazłam ten lumpeks nie kupiłam żadnej pary spodni w zwykłym sklepie.
To tu upolowałam cielistą bluzkę i Conversy za 4zł. Czwartkowa dostawa butów bywa nieziemska.
Specjalnie dla Was zrobiłam zdjęcie dni tygodnia – polecam uwadze poniedziałek. Marynarka za złotówkę to owoc poniedziałkowego lumpobrania!


„Garderoba” ul. Narutowicza 64.
Tu również znajdziecie masę ubrań dla dzieci w śmiesznych cenach. Poza tym często fajne nowe buty. Sporo sukienek. W okresie jesienno-zimowym świetne płaszcze.


Vintage Boutique, Narutowicza 18
Żeby trafić do tego sklepu musicie wejść w bramę, przejść przez podwórko i zejść na dół po schodkach. WARTO.
To nie jest lumpeks, to butik vintage – nazwa trafiona w dziesiątkę. Tam nie ma zwyczajnych ubrań, zupełnie niepowtarzalne kreacje, jakiś inny konfekcyjny wymiar.
Masa skórzanych toreb, niebanalne akcesoria.
To miejsce powinno mieć adres Narutowicza 18 i trzy czwarte. Trochę Harry Potter trochę Malkovich Malkovich.
Jak się okazuje Boutique ma nawet swój fanpejdż.


Peowiaków 4
To nieco droższe miejsce, ale niemal wszystko z metkami – tu kupiłam czarną sukienkę na szelkach i czarny płaszcz.
Miejsce zachęca czystością, porządkiem. Po prostu czuć, że ktoś wkłada serce w ten biznes. A wszystko staje się jasne po poznaniu właścicielki – przemiła ciepła osoba, której nie męczy podanie setnej rzeczy z manekina. Bardzo gorąco polecam Waszej uwadze!

Jest jeszcze fajne miejsce na Placu Lecha Kaczyńskiego – nie udało mi się go sfotografować do dzisiejszego wpisu. Po schodkach do góry.
Znowu – przesympatyczna właścicielka i tym razem – MASA sukienek. Tam właśnie kupiłam tę czarną sukienkę za 19zł i granatową w grochy.
Poza tym zatrzęsienie topów i bluzek.

No i to by było na tyle z mojej strony.
Chętnie jednak usłyszę gdzie Wy zaglądacie – dajcie znać w komentarzach, na pewno ktoś skorzysta z Waszych rekomendacji 🙂

PS O tym dlaczego najchętniej ubieram dzieci w lumpeksach pisałam też TU. Przegląd lumpeksowych perełek znajdziecie TU.

You may also like

27 komentarzy

  1. Ja uwielbiam Satin na Placu Bychawskim. Ceny nie należą do najniższych, ale można upolować perełki jeśli chodzi o spodnie 🙂
    Lubię też lumpeks przy moim bloku, w którym kupiłam już dwie pary conversów ok. 15zł/szt, zawsze wstawiają nowy towar na swój fanpage, a ja rezerwuję sobie co mi się podoba przez messengera 😊

  2. A co ciekawego i gdzie dokładnie na Dziesiątej? Okolice Kunickiego czy bardziej Kruczkowskiego? Niedawno zaczęłam tu pracę, nie bardzo znam tą część miasta, a chętnie się wybiorę na „obczajkę” po dzielni 🙂

    1. Kunickiego, okolice skrzyżowania ze Stokrotką. Był taki mały po schodkach w dół obok warzywniaka i ten obok Stokrotki – ale wiem, że już go nie ma.

  3. Dzięki Tobie skusiłam się na wizytę w lumpeksie i … nie żałuję! Pierwszą rzeczą, którą kupiłam była klasyczna, biała koszula z jedwabiu, za całe 5 zł!! Niestety, człowiek nieobyty z jedwabiami, wrzucił do pralki, a ta okropna maszyna rozszarpała moją zdobycz na drobne kawałeczki (rozpaczam do dziś…). Obecnie co jakiś czas wybieram się do mojego ulubionego lumpeksu, w którym wyhaczyłam przepiękny kaszmirowy sweterek za 14,5 zł (marzył mi się, ale nawet na wyprzedaży – minimum 300 zł za sweter? Niekoniecznie…)

    Rzeczy basicowe, kupuję nowe – bluzki na ramiączkach czy jeansy, oczywiście bielizna 😉 nie muszę już czekać na promocję, mogę kupić bez wyrzutów sumienia jeansy, w których moja pupa wygląda jak milion dolarów. Mogę, bo do tego zakładam sweterek za 3,5 zł (oj, tak na marginesie wam powiem, że sweterek jest z Hilfigera)

    Moje marzenia ciuchowe się spełniają, a moje konto się cieszy 😉

    Po ostatniej wyprawie „po skarb” mój mąż zapytał „a czy nie ma tam może jakiejś koszuli flanelowej dla mnie?” – zazdrośnik 😀

  4. Ach, zapomniałam dodać – mój złoty strzał to Air Maxy za 50gr na Wrońskiej 🙂 Tylko, że z 8 lat temu, w czasach kiedy jeszcze połowa ludzi mówiła, że to „adidasy na koturnie” 😉

  5. Pani Miss Fereiro, ja też uwielbiam lumpeksy! Jak mieszkałam we Wrocławiu, to byłam przynajmniej raz w tygodniu (a teraz jak przyjeżdżam, to też w wolnej chwili staram się zaglądać!). Twoje sukienki są piękne, płaszcze też, no i te conversy za 4 zł – szaleństwo! Moją najlepszą zdobyczą jest trencz za 5 zł z H&M i kaszmirowy sweterek w idealnym stanie za 3 zł:D
    Pani Fereiro, nie to, żebym robiła reklamę, ale może na Twoim blogu są jakieś lumpeksoholiczki z Wrocławia, dlatego pozwól, że podam adres do linka, gdzie polecam miejsca na lumpeksowe łowy w moim ukochanym Wroclove!:) Jeśli sobie czegoś takiego nie życzysz, to po prostu nie udostępniaj komentarza!:)
    Pozdrawiam serdecznie!

    Tutaj -> http://www.zakreecona.pl/2017/04/moje-3-ulubione-lumpeksy-we-wrocawiu.html

  6. ja zakupiłam ostatnio za 10 zł sukienkę dla 4-letniej córki!! Zrobiła w niej prawdziwą furorę na weselu u kuzyna! Sukienka jest bardzo ładnie uszyta, super materiał, ma lekko usztywniany dół więc pięknie się układa i przede wszystkim jest oryginalna – nie do zdobycia w ,,normalnych,,sklepach:). Ten świetny lumpeksowy sklep w Ostródzie na Mazurach. Wpadajcie więc na LUMPOZAKUPY:)

  7. Odkąd pokonałam barierę „zapachową” i „dotykową” to można rzecz „cała jestem w ciuchlandach”. Moja rada – często, w dniu dostawy, nie musi być na ten sezon (czyli np. lisy latem) i jednak z dużym zastanowieniem – czy ja to jednak założę. Trzeba pamiętać o miejscach w szafie i o tym, że małe kwoty sumują się całkiem do pokaźnych.

    1. Zgadzam się! To w ogóle złota rada odnośnie kupowania gdziekolwiek – czy ja to założę i czy mi w ogóle do czegokolwiek pasuje.

    1. Byłam kilka razy – faktycznie fajny, ale troche za duży jak na moje standardy, trochę za daleko i często bardzo agresywni kupujący 😀

  8. co sobota pracuję w sklepie z tanią odzieżą.Przy wymianie towaru.praca ciężka ale łączy przyjemne z pozytecznym.Mam przegląd super ciuchów i wyładowuję złą energię.Sklep działa na zasadzie w pon.6 zł i codziennie złotówka mniej.Baby walą i kupują,a sobota po 1 zł.to istna loteria.Ubrania są głownie z Anglii,kiedyś były z Danii.Markowe mnie już bardziej znane.Super dżinsy i tiszerty,swetrów zatrzęsnienie,kaszmiry po 6 zł.to rarytas.stan idealny.Kurtkę skórzaną niejedną mam właśnie od siebie,nawet nie wchodzę do normalnych sklepów.Co parę tygodni robię remanent we własnej szafie i zbędne rzeczy sprzedaję na forum.Ubrana cała rodzina,mąż czasami prosi żeby nic a czasami rzuca hasłem.UWIELBIAM.

  9. Ja napiszę z tej drugiej strony lady. Prowadzę sklep z używaną odzieżą. Uwielbiałam kupować w ciucholandach i tak jakoś przyszedł pomysł otwarcia swojego. I w 100% zgadzam się z dwoma pierwszymi punktami. Wybierając się na zakupy warto mieć otwarte serce i oczy i troszkę wyobraźni. Ja po kilku miesiącach Niestety muszę przyznać, że większość klientów bardzo roszczeniowo podchodzi do zakupów. Często można usłyszeć tekst typu kupię tę sukienkę jeśli zamiast 15 zł będę mogła zapłacić 5 zł, bo założę ją tylko raz. Albo kupię tę sukienkę za połowę ceny, bo muszę ją jeszcze skrócić. 🙁 a my serce wkładamy w te ubrania. Wybieramy bez plam, zniszczeń, prasujemy, rozwieszamy rozmiarami, nowości publikujemy na fanpage. Dlatego z radością czytam takie wpisy, bo gdzieś widać docenienie trudu naszej pracy. 🙂

    1. Wiem! Bardzo często widzę jak ludzie targują się o rzecz, która i tak już kosztuje grosze. I oczywiście zawsze może się zdarzyć ktoś dla kogo nawet 5zł jest wydatkiem, ale często odnoszę wrażenie, że to jest jeden i ten sam tym cwanego klienta.
      Wyobrażam sobie, że to trudny i niewdzięczny biznes – ja doceniam 🙂
      Pozdrawiam ciepło!

      1. ja też z tej drugiej strony.Dżinsy znanej marki za złotówkę.A kobieta wykłóca się bo jakaś plamka i żeby opuścić.Chyba ona sklep.

  10. Uwielbiam lumpexy, po prostu u wiel biam! Mieszkam w Warszawie jestctu drogo I nie zagladam tez za czesto ale ostatnio kiedy nie zajrze to łup. Piszac ten koment jestem ubrana w biala kiecke z szydelkowym dekoltem za cale 9zl :)))) pozdrawiam Martyna

  11. Do Lublina mam trochę za daleko ;)…
    Jednakowoż, lumpeksy wielbię bardzo i one mnie chyba też, bo wciąż przynoszę z nich jakieś perełki :)!!!

    Fajny post… jak kiedyś zawitam w Lublinie na dłużej, zajrzę tu i tam :)!!!

  12. Jak mieszkałam w Lublinie to uwielbiałam chodzić do ciucholandow. Mieszkałam na Czechowie i niemalże co środę odwiedzałam ciuch koło biedronki na elsnera. Niestety z czasem towar się popsuł. Później na ul. Rogera był taki niepozorny malutki ciuchland. Rzeczy były bardzo tanie i cudowne. Niestety zamknęli go i nawet nie wiem czy gdzieś go przenieśli czy zginął śmiercią naturalna 🙁 Teraz mieszkam w Krakowie i niestety tu są prawie same sieciówki ciuchlandowe, ale mimo wszystko w Robanie zawsze coś upoluje 🙂

  13. A ja wiele perełek znalazłam w ciucholandzie „pod stokrotką” w Lubartowie. Nie znam nazwy, ale wchodzi się z prawej strony budynku. Jak tam wpadam czasem w weekend, to 3h wyjęte z życiorysu :).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.