Odeszłam

Autor: Miss Ferreira

Postanowiłam napisać kilka słów, bo kiedy wczoraj na stories powiedziałam, że odeszłam już dawno z kościoła, dostałam od Was mnóstwo wiadomości, że w jakiś sposób ta informacja dodała Wam skrzydeł, że nie czujecie się już sami. Pojawiło się też dużo pytań, jak zareagowała na to moja katolicka rodzina, bo chcecie odejść, ale boicie się reakcji bliskich. Więc powiem Wam, że w swoim odchodzeniu nie byłam odważna. Nie jest tak, jak być może sobie wyobrażacie, że powiedziałam DOŚĆ, STOP. Absolutnie nie miałam siły, żeby tak zrobić. Latami ukrywałam przed Rodzicami, że nie chodzę do kościoła. Jestem przekonana, że dzieci ochrzciłam, a najstarszą córkę wysłałam do komunii dla moich Rodziców. Czego się bałam? Nie wiem. Że mnie osądzą, że nie zaakceptują mojej decyzji, że ich zawiodę. Z kościoła odchodziłam więc małymi zachowawczymi kroczkami w poczuciu, że robię coś bardzo bardzo złego, że nie zostanę zbawiona i pójdę do piekła.
Przez te lata również moi Rodzice bardzo się zmienili, niesamowite jak otworzyli swoje głowy.
Ja nie chodzę do kościoła, mój brat jest gejem, a moi Rodzice są dla nas wsparciem.
Kwestia mojego odejścia wypłynęła wczoraj, kiedy Sylwia napisała o wstydzie. Jak potężnym jest narzędziem, jak bardzo byliśmy wychowywani w poczuciu wstydu. Wstyd za wszystko. Wstydź się! Od razu poczułam mrowienie w całym ciele. To właśnie ten wstyd, zakorzeniony we mnie tak mocno, że nigdy go nie wyplenię, mogę nad nim panować. Bywa jednak, że to on przejmuje stery i czuję się wtedy brudna i grzeszna… Paranoja co? Niemal czterdziestoletnia kobieta, która dawno odeszła z kościoła, a nadal czuje się grzeszna. Wielokrotnie odczuwam wstyd przed nagością i wraca do mnie ta wpajana od dziecka myśl, że ciało jest źródłem grzechu.
Ten wstyd to wszystko, co wyniosłam z kościoła. Nic więcej.
Pochodzę z bardzo katolickiej rodziny. Rodzice zabierali nas na pielgrzymki, przez wszystkie lata podstawówki i liceum CODZIENNIE uczestniczyłam o 7 rano we mszy, na którą jeździłam z moim Tatą. To były czasy, kiedy dojrzewałam, stawałam się kobietą. Pamiętam, że to kwitnące ciało napawało mnie niesamowitym wstydem. Przeżywałam katusze, że muszę iść do spowiedzi i powiedzieć zdanie „całowałam się z chłopcem”. Nie byłam w stanie się na to zdobyć tygodniami i w panice myślałam, że Tata w końcu zauważy, że nie przyjmuję komunii. Co on wtedy pomyśli?! Czy dowie się o moim starszym grzechu?!
Powiem Wam, że dziś jestem dojrzałą babą z prawdziwym życiem i problemami na miarę całej wielkiej dorosłości, a nie pamiętam większego stresu, niż ten latami odczuwany przed spowiedzią.
Oczywiście bywali księża, którzy traktowali z przymrużeniem oka moje potworne grzechy młodości. Ale byli też tacy, którzy zostawiali mnie z poczuciem obrzydliwego paraliżującego wstydu. Jesteś zła, grzeszna, okropna, ale idź, dobry bóg ci wybaczył.
Odchodząc z kościoła, nawróciłam się. Tak dobrze czytacie. Ja też latami pożerałam żywoty świętych, czekając z zapartym tchem na moment, aż spłynie na nich łaska i wrócą na łono kościoła. Dla mnie taką łaską było odejście z kościoła. Dziś czuję się wolna.
Mamy wspaniałych sąsiadów. Są bardzo zaangażowani w kościół. Nasze dzieci są nierozłączne. Oni mają piątkę, a my trójkę. Czasem Lolek wpada do domu i krzyczy:
– Mamo! Mogę z nimi jechać na różaniec?! Jasne, że może. Zawsze, kiedy tylko chce.
Moi sąsiedzi NIGDY nie dali mi do zrozumienia, że uważają nas za gorszych, bo nie chodzimy do kościoła. Ja NIGDY nie potraktowałam ich gorzej, bo chodzą.
W moim domu zawsze będzie się mówiło na głos, o tym, co dzieje się w kościele złego, ale nigdy nie przełoży się to na nasz stosunek do katolików. Tego uczę moje dzieci.
To jak żyjemy z sąsiadami, choć mamy inne wartości, nie powinno być niczym zadziwiającym. To powinna być zupełnie naturalna sytuacja.
I jeszcze na koniec. Po odejściu z kościoła długo miałam poczucie, że teraz już jestem zła. Tak, dobrze czytacie ZŁA. Że jak chcesz być dobry, to musisz być katolikiem. Jakby kościół miał jakiś monopol na dobro.
Otóż nie ma. Dziś czuję, że o wiele więcej dobra mam w sercu, niż w czasach gdy miałam nieustannie to dobro na ustach.
Życzę Wam siły w odchodzeniu i żebyście na tej drodze spotykali katolików tak mądrych i dobrych jak moi Rodzice i Sąsiedzi.

Podobne posty

15 komentarzy

Lidia 2 lutego, 2022 - 9:05 am

Czytałam ten wpis z zapartym tchem i zastanawiam się jak to zrobiłaś, że wręcz każde słowo wydarłaś z mojej głowy. Moja droga odejścia z kościoła wyglądała podobnie. Nie wiem czy czułam kiedykolwiek większy wstyd niż ten przed spowiedzią. I jeszcze większy po plus to poczucie, że jestem zła, okropna i najgorsza ale kolejny raz zostanie mi wybaczone, warunkowo. „idź i nie grzesz więcej”. I paradoksalnie poczułam ulgę i ogromny kamień z serca kiedy przestałam czuć ten przymus chodzenia do kościoła i tego, że nie wypada w Święta chociaż nie iść. Czuję się dobrym człowiekiem i czuje w sobie to dobro. A odczuwać to zaczęłam dokładnie wtedy kiedy Ty, kiedy odeszłam i przestałam ciągle mieć tą dobroć i miłosierdzie na ustach.

Odpowiedź
M 2 lutego, 2022 - 10:06 am

Swietny wpis! Ja od dawna dawna wewnetrznie odeszlam od kosciola, nie identyfikuje sie z nim zupelnie, choc ciagnie sie za mna duzo nalecialosci wstydu i 'grzesznosci'. Niemniej, zostawiam to. Ale faktyczne odejscie na papierze jeszcze przede mna, nie moge sie za to zabrac.

Odpowiedź
Monika 2 lutego, 2022 - 12:04 pm

Mam podobnie…jest mi tam źle i niewygodnie…ale czuję się ZŁA.. ale ostatnio powiedziałam mężowi, że w tym kościele to ja jestem tylko ciałem…lub chodzę, bo dla niego jest to ważne…A bycie dobrym człowiekiem to nie jest coniedzielna msza święta…bo wiele osób, które są tam w każdą niedzielę na co dzień dla innych są okropni…

Odpowiedź
Michał 2 lutego, 2022 - 4:27 pm

Kochana, jedna rzecz… niestety, każdy kto chodzi do kościoła, wspiera tę zbrodniczą organizację.
Ja mam straszny z tym dylemat, bo znam wielu wspaniałych ludzi, którzy – głównie przez wychowanie – utożsamiają wiarę z instytucją kościoła.
Musi nastąpić zmiana pokoleniowa, tak co najmniej ze dwa, żeby to się zadziało, bo takie procesy wymagają niestety długiego czasu.

Odpowiedź
Aga 8 lutego, 2022 - 7:03 pm

Ja tez mam z tym 'zgryz'. I szczerze, to czulam sie czasem jak frajer moknac na protescie, walczac o cudza sprawe. Tymczasem moja kolezanka, tak bardzo potepiajaca nowe prawo aborcyjne (webalnie), regularnie wspiera kosciol swoja obecnoscia i pieniedzmi. I nie widzi zwiazku przyczynowo-skutkowego miedzy tym a sila polityczna kosciola, dzieki ktorej kosciol jest w stanie tak ingerowac w zycie obywateli. Kolezanka ma corke, ktora za pare lat moze (oby nie!!!!!!) poniesc konsekwencje takiego prawa. Mnie w sumie nie musi zalezec, nie walcze tu o swoja sprawe. Inna kolezanka, pelna oburzenia w mediach spolecznosciowych na prawo aborcyjne i nagonke na srodowiska LGBT – rowniez ten kosciol legitymizuje co tydzien swoja obecnoscia na mszy i ofiara pieniezna. Nie rozumiem takiego toku rozumowania, po prostu nie rozumiem. I smuci mnie, ze mlode, wyksztalcone, inteligentne kobiety (zwlaszcza kobiety) pewnych rzeczy nie zauwazaja albo decyduja sie ich nie zauwazac.

Odpowiedź
eLeS. 10 lutego, 2022 - 12:20 pm

Niestety jestem tego samego zdania 🙁 Trudno mi zrozumieć jak, wiedząc to co dziś wiemy, ktoś z własnej woli może chcieć wspierać kościół swoją obecnością i swoimi pieniędzmi. I zapisywać do tej organizacji dzieci. Bóg podobno jest wszędzie, chociaż czasem mam wrażenie, że w kościele jest go najmniej…

Odpowiedź
Kasia 2 lutego, 2022 - 4:50 pm

Cześć,
Wiesz, dla mnie wiara to wiara w Jezusa, który podchodzi i mówi „kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamień”, wspomina o „kochaniu bliźniego jak siebie samego” (co idealnie współgra z ideą self-love) i przyjaźni się z ówczesnym marginesem społecznym (celnikami). Srsly, jakby Jezus żył teraz poszedłby na paradę równości i stanął w obronie LGBT. Bo kocha każdego, a nie tylko tych, których akceptują biskupi. I taki jest mój Bóg – kocha mnie zawsze, bezwarunkowo i mnie wspiera. I to samo robi z każdym innym człowiekiem. I to jest piękne!

Pozdrawiam
Kasia

Odpowiedź
Gosia 2 lutego, 2022 - 8:45 pm

Mój ojciec ateista- zacięty, zawzięty. Odkąd pamiętam, a kiedyś to nie było „popularne”. Przyjaźnił się z księdzem. Mieli multum wspólnych upodobań, tematów do wszelakich rozmów. Wspólnych imprez. Jeden drugiemu w paradę nie wchodził. Palcem nie wytykał. Tego nas dzieci nauczył. Moja mama – mówiła, że jak bardzo byś była dobrą katoliczką, a złym człowiekiem to i tak „do nieba nie pójdziesz”. Szanujmy siebie samego i bliźniego. 😉

Odpowiedź
Paulina 3 lutego, 2022 - 12:19 pm

I znów jakbym czytała osobie. Ja też wychowałam się w katolickiej rodzinie. Uczestniczyłam we wszystkich nabożeństwach drogi krzyżowej w poście przed Wielkanocą, nabożeństwach majowych, różańcowych w październiku, chodziłam na roraty w przed Bożym Narodzeniem. Jeździłam na różnego rodzaju rekolekcje, należałam do chóru kościelnego. Obowiązkowo spowiedź w każdy pierwszy piątek miesiąca. Piątki bezmięsne- nie z wyboru, a dlatego, że kościół zabrania. Dokąd jeszcze robiłam to wszystko z przyzwyczajenia, bez zastanowienia po co mi to właściwie, nie wspominam tego źle. Mam nawet miłe wspomnienia z tego czasu. Te wszystkie zajęcia wokół kościoła były częścią mojego radosnego dzieciństwa, kiedy spotykałam się z innymi dziećmi, które „bawiły się” w to samo. Schody zaczęły się, kiedy zaczęłam sama myśleć i najgorsze, sama czuć ;). Kiedy nie wystarczało mi już powiedzenie przez rodziców czy dziadków, że tak jest dobrze a tak źle i tyle. Pojawiło się pytanie „dlaczego” i wszystkie udzielane mi odpowiedzi nie były dla mnie wystarczające. I tak, spotkałam na swojej drodze wielu księży i katolików- dobrych ludzi. Ale tylu takich ludzi spotykam też teraz, którzy albo odeszli od kościoła albo deklarują się jako niewierzący w ogóle. I tak, moje odchodzenie od kościoła też było na początku bardzo powolne i zachowawcze. Najpierw rezygnacja z coniedzielnych mszy. Wtedy chodziłam jeszcze do kościoła „od święta”. Ale tak naprawdę, pomocną dłoń wyciągnął do mnie sam kościół i to on w dużej mierze sam mnie od siebie uwolnił. Najpierw nastąpiło tzw. „przegięcie pały”, kiedy to jako bardzo młoda dziewczyna z wielkimi wyrzutami sumienia, skruszona, ze strachem i wielkim poczuciem winy poszłam do spowiedzi w nadziei, że tam znajdę „wybaczenie”. Usłyszałam za to, że jestem grzeszna, brudna i nie ma dla nie już szans, że ktoś taki nie ma szans na zbawienie. Dodam, że nie przyszłam tam z żadnym z grzechów uważanych wtedy przez kościół za „śmiertelny” – przyznam, że pisząc to, czuję się nawet zażenowana, że kiedyś mogłam myśleć takimi kategoriami. Ale to pokazuje, jak byłam zmanipulowana, jak psychicznie kontrolowana. Poczucie winy – to podstawowe narzędzie kościoła do sprawowania kontroli nad „wiernymi”. Kolejnym krokiem było kazanie jednego z mądrych dominikanów, wygłoszone podczas mszy studenckiej. Przytoczył on zwykłe statystyki, mówiące o tym, ilu na świecie jest chrześcijan, ilu z nich jest katolikami, ilu z tych katolików jest rzymskokatolickich i ilu z nich jest „praktykujących”. Padło więc pytanie retoryczne, czy naprawdę myślimy, że wśród całej ludności na świecie „zbawieni” będą tylko Ci, którzy są ochrzczeni? Lub Ci, którzy są katolikami, najlepiej praktykującymi rzymskimi katolikami? No właśnie. A moje definitywne odejście od kościoła zostało przypieczętowane poznaniem mojego męża. Wspaniałego, empatycznego, życzliwego człowieka, który okazał się ateistą i o dziwo (!) jest o niebo lepszy od wszystkim moich pozostałych partnerów życiowych (za którymi moimi rodzice nie przepadali). I dopiero, kiedy moi wierzący rodzice zobaczyli, jak jestem szczęśliwa i szanowana w tym związku, o dziwo (!) przez ateistę, jak bardzo jest on człowiekiem ugodowym, jak dla nich serdecznym, wtedy dopiero przestali męczyć mnie psychicznie, mniej lub bardziej świadomie szantażować emocjonalnie i wpędzać w poczucie winy, że odeszłam z kościoła. Co zresztą sami z tego kościoła wynieśli – umiejętność nieświadomego wpędzania w poczucie winy najbliższych, którzy nie żyją zgodnie z nauką kościoła. Tak to niestety działa i kółko się zamyka. Bo jak się od maleńkości (tak, bo od urodzenia zabiera się dzieci do kościoła na nauki – przepraszam, na indoktrynację!) każe dzieciom najpierw słuchać a potem powtarzać jak mantrę: „módl się za nami grzesznymi” (50x w jednym różańcu, 30xcały różaniec w każdym październiku, plus min. 2x dziennie rano i wieczorem i inne okazje do powtarzania zdrowasiek), to nie wiem kim trzeba by być, by w końcu nie przyjąć za prawdę tego, że jest się grzesznym. I myślę, że żaden jogin nie jest takim „ortodoksem” w wierze w moc mantry, jak wielu księży katolickich. Ale jak się milion razy powtórzy: „Bogurodzica dziewica”, to w końcu się uwierzy, że Jezus został poczęty z Ducha Św. i że Maria rodząc syna była dziewicą. Nie wspomnę już o średniowiecznych herezjach o odpuszczeniu grzechów za wizytę w kościele i przysłowiową zdrowaśkę w określone dni w roku – dzięki Ci wielkie, o wielmożny Panie! Poużywam sobie cały rok, i raz pójdę do Kościoła, dam na tacę, zmówię zdrowaśkę i po sprawie. Nie chcę nawet myśleć, co wyobrażają sobie dzieci, które min. raz w tygodniu (plus te wszystkie inne msze w których uczestniczą) słyszą: „bieżcie i jedzcie oto ciało moje, bieżcie i pijecie oto krew moja…” Nie chciałabym nikogo urazić, ale kościół katolicki, niewiele różni się od sekt, które sam neguje. A neguje je dlatego, że są dla niego konkurencją… Wiem, że prawdopodobnie dziś, większość „wiernych” a nawet duchownych należących do kościoła, indoktrynuje nieświadomie. Sami są „ofiarami” tego systemu, tak zostali zmanipulowani, a wcześniej tak zostali w to wciągnięci ich rodzicie, nauczyciele, przewodnicy duchowi. Nie widzą już innego życia, nie mają innej perspektywy. A nawet gdyby inna perspektywa zamajaczyła gdzieś na horyzoncie, zostanie szybciutko sprowadzona do rangi grzesznej myśli, przez zmanipulowany umysł. Dziś jestem wolną od poczucia winy 40-letnią kobietą, która ma dwoje nieochrzczonych dzieci i ma męża ateistę. Żeby była jasność – mąż ateista gotów był zgodzić się na chrzest dzieci, bo wiedział jak ważne było to dla moich wierzących rodziców. Udało mi się jednak nie poddać wewnętrznej presji. Dajemy dzieciom wolą rękę. Jeśli kiedyś będą chciały, przyjmą chrzest. Jeśli nie – ich wybór. I tak, mamy mnóstwo wspaniałych wierzących i praktykujących przyjaciół. Mój mąż do dziś wysyła sobie z przyjacielem księdzem kartki na Boże Narodzenie, które obchodzimy w dużym rodzinnym gronie, bo to dla nas tradycja i Święto rodziny. A na Wielkanoc chodzimy z dziećmi święcić pokarmy w podzięce Naturze za to, że mamy co jeść. Mam nadzieję, że kiedyś będziemy mogli robić to na łące z innymi ludźmi a nie w kościele. Życzę wszystkim odwagi do szukania swojej drogi i tolerancji dla innych przekonań.

Odpowiedź
Ania 3 lutego, 2022 - 6:24 pm

W Kościele jestem od dzieciństwa. Nigdy nie byłam na pielgrzymce, nie chodziłam codziennie na Msze, przed każdą spowiedzią zmagam się z poczuciem wstydu.
Niedługo stuknie pięćdziesiątka, latami byłam z dala od Kościoła, latami byłam blisko i bardzo aktywna.
Wiem już, że sama nie jestem dobrym sędzią we własnej sprawie, najczęściej zbyt surowym. Od dziewięciu lat korzystam z pomocy mojego spowiednika, który zawsze, gdy zabrnę w czarną dziurę, przypomina mi, o co w tym wszystkim chodzi.
Najważniejsze co wyniosłam z Kościoła i wciąż odczuwam, to łaska wiary i bliskość Boga w każdej życiowej sytuacji, czego wszystkim życzę.

Odpowiedź
Ewa 4 lutego, 2022 - 11:39 am

My odeszliśmy z Kościoła całą rodziną po tym, jak ksiądz zapraszał do siebie na kolana mnie – wówczas szesnastoletnią. Wcześniej Oazy, Dzieci Maryi, katolickie harcerstwo, schola, różańce, Drogi Krzyżowe, adoracje. Full wypas.
Próbowałam wrócić kilka razy. Zaczynałam od spowiedzi i no cóż, na tym kończyłam. Niemalże za każdym razem byłam traktowana z taką pogardą, jakiej nie spotkałam nigdzie indziej. Tylko raz ksiądz powitał mnie jak Syna Marnotrawnego.

Najgorzej było tuż przed ślubem, kiedy dwa dni wcześniej dowiedziałam się, że udało nam się zajść w upragnioną ciążę. Dowiedziałam się, że dając nowe życie ciężko zgrzeszyliśmy i dodatkowo sialiśmy zgorszenie wśród wszystkich, którzy wiedzieli, że mieszkamy razem. Jak miłość może być grzechem?

Nie chcę, żeby moje dziecko przechodziło pierwszą spowiedź i chodziło na lekcje religii, gdzie będzie uczone kochać bliźniego swego, chyba że jest gejem, lesbijką, innego wyznania albo koloru skóry niż on. Wtedy to już nie. Wiem jednak, że spowoduje to poważny rozłam w rodzinie, który może skutkować nawet tym, że teściowie zerwą z nami kontakty. Nie chcę pozbawiać dzieci dziadków.

Ktoś ma jakąś dobrą radę?

Odpowiedź
Aga 8 lutego, 2022 - 6:55 pm

Ewa, mysle ze masz pelne prawo postapic tak, jak Ci serce dyktuje. Jesli tesciowie faktycznie byliby sklonni za taka decyzje karac wlasne wnuki (!), to moze nie sa to ludzie, ktorzy na kontakt z wnukami zasluguja. Niemniej trzymam kciuki, zeby Cie pozytywnie w takiej sytuacji zaskoczyli, nigdy nic nie wiadomo 🙂

Sara, bardzo dziekuje za ten tekst, pozwolil mi sporo zrozumiec.

Odpowiedź
Anka 1 marca, 2022 - 5:03 pm

Ewa,
Mam jedno pytanie, do Ciebie, właściwie do Wszystkich czytających. Serio nie widzicie żadnego dobra w kościele?
Serio spotykacie tylko księży kretynów?
Nie widzicie żadnego związku pomiędzy przykazaniami a umiejętnością wyboru rzeczy dobrej spośród złych?
Ominęły Was wszystkie kazania i wypowiedzi, że obowiązkiem katolika tak samo jak każdego człowieka jest szacunek wobec innych (gejów, lesbijek). Ale, też że ten szacunek powinien działać w obydwie strony. Umknęło zdanie „nie ma już żyda ani poganina”, czyli jesteśmy równi.

Nie doświadczyliście nigdy w spowiedzi dobra, zrozumienia, poczucia, że możecie znowu żyć, odetchnąć. Nie wyszliście po niej silniejsi? Ani po komunii?
Dziękuję Sarze za spokojne i z szacunkiem wyjaśnienie stanowiska. Za szacunek wobec wszystkich w tym wobec wierzących, praktykujących katolików.
Wśród księży sa jak wszędzie źli i dobrzy, mądrzejsi i mniej. To, że się trafia na marnych nauczycieli nie znaczy, że nie warto się uczyć. Marnych szefów – że praca jest bez sensu.
Rozumiem rozgoryczenie skandalami. Zapytam – nie macie w rodzinach przestępców, alkoholików, ludzi po wyrokach, sadystów, głupców pospolitych, samolubów? Nikogutko takiego? Nie kłamiecie, nie naginacie prawa, nie macie żadnych historii we własnym życiu, gdzie namieszaliście tak, że włos siwieje? Szczęśliwi z Was ludzie.
Trzymajcie się ciepło. Dbajcie o siebie. Dbajcie o to co macie w sercu. I nie hodujcie tam proszę potworów.

Każdy z nas szuka dobra, tylko robimy to czasem w dziwny sposób. Wedle tego co umiemy, i tego czego nie umiemy. Chodzimy po świecie jak bajaderki sklejone z bólu, żalu, traum i widzimy problem tylko w innych.

Rodzice są od tego, żeby rozumieć i tłumaczyć świat.
I nie patrzeć przez okulary błędów.

A to tak czasem jest, że skóra skaleczona boli nawet gdyby ją lekko pogłaskać. I czyja to jest wina?

Odpowiedź
Agnieszka 5 lutego, 2022 - 6:53 pm

Czytając każdy, ale to każdy Twój wpis, myślę sobie, że równa z Ciebie babka! (Jakbyś chodziła albo i nie chodziła do kościoła, w każdym wypadku)

Odpowiedź
Ania 12 lutego, 2022 - 3:22 pm

Saro, wszystkie Twoje przemyślenie są jak żywcem wyjęte z mojej głowy. Też odchodziłam powoli, bardzo powoli… z wszechogarniającym poczuciem wstydu, zdrady i grzechu.
Pamiętam każdą spowiedź, gdy jak w strachu klęczałam przed facetem w sukience rodem ze średniowiecza i recytowałam swoje banalne grzechy – zjadłam mięso w piątek, przeklinałam (bynajmniej nie żadnego człowieka, ot zwykła qrwa rzucona w powietrze), odniosłam się niegrzecznie do mamy i najgorsze – raz opuściłam mszę świętą w niedzielę.
Odeszłam.
Jestem lepszym człowiekiem. Akceptującym siebie i kochającym innych ludzi.
Wyzbyłam się poczucia wstydu i strachu. Nareszcie mając 40+ jestem spokojna i szczęśliwa.
Dziękuję za ten artykuł.

Odpowiedź

Napisz komentarz