Pierwsze zmartwychwstanie kota

O tej sąsiadce wiadomo niewiele. Jej przypadek to historia tkana z wiejskich plotek, gdzie zabłąkały się pojedyncze ziarna prawdy. Podobno: jest lekarzem, na zimę wyprowadza się do miasta, złości ją hałas, codziennie kosi trawnik, nie otwiera okien, nigdy nie miała długich włosów i ponad wszelką wątpliwość nie lubi dzieci. Te regularnie przychodzą do rodziców z płaczem, że bardzo je skrzyczała za jazdę rowerami po ulicy. Rodzice nie reagują. Nie mają pewności, ile w tej plotce jest prawdy.
Tajemnic sąsiadki pilnie strzegą rozłożyste iglaki, gotowe wyłupić wścibskie oko.
Plotka chciała, że sąsiadka, której nawet nazwisko nie jest pewne, stała się ponurą postacią, zostawiającą na wiejskich językach cierpki posmak.
Tamtego dnia luty szarpał szyby w oknach, a dom spowity był chwilową ciszą, zakłócaną jedynie skrobaniem piór po zeszytach. Dzieci odrabiały lekcje, kiedy rozległ się dźwięk domofonu.
Wszyscy wyrwali się, żeby odpowiedzieć, bo domofon miał zaledwie kilka dni i stanowił największą atrakcję. Po krótkiej przepychance w słuchawce rozległo się posępne dzień dobry zwiastujące dzień zły lub jak miało się okazać dzień tragiczny.
Oczy dzieci rozszerzały się coraz mocniej, nabrały nienaturalnie wielkich kształtów, jakby tworzyły miejsce na wpływającą do nich miarowo słoną wodę z głębi duszy. Słuchawka opadła i zadyndała na kablu jak wisielec.
Z kakofonii rozpaczliwych jęków dało się wyłapać pojedyncze sylaby, w tym bardzo wyraźnie sylabę kot. A potem zdanie ułożyło się w makabryczną całość:
Wasz kot leży w rowie, zabity przez samochód, proszę przyjść go posprzątać.
W oknie zamajaczyła przez moment wiotka postać kobiety, o charakterystycznej krótkiej fryzurze, ponoć nigdy nie miała długich włosów…
A więc tym aniołem śmierci, zwiastującym ponurą nowinę była Ona.
Dom wypełnił się rzewnym zawodzeniem, przerywanym spazmami histerii i mknącymi do niebios lamentami nasz kot, dlaczego nasz kot, tylko nie kot!. Szyba spłynęła łzawym deszczem, jakby sam firmament pękł w obliczu tej tragedii.
A więc tak wyglądał świat bez kota. Był mokry od łez.
Najgłośniej krzyczał chłopczyk, jakby krzykiem chciał zmusić kota do zmiany życiowego statusu. Raptownie przestał i wbił oczy w okno. Wszyscy powędrowali za jego wzrokiem.
Na schodkach za ścianą płaczu, jakby nigdy nic siedział kot, zadziwiająco żywy jak na trupa o minie mówiącej dajcie mi coś jeść, bo jeszcze nigdy w życiu nie jadłem.
Dom wypełnił się rykiem. Wszyscy ryczeli z radości, kiedy przyszła nagła refleksja.
Kto zatem leży martwy w rowie?
Oględziny miejsca zbrodni wykazały brak ciała rzekomej ofiary. W rowie lśniła odrobina deszczówki.
Gdzie zatem był kot?
Czy było to drugie z jego dziewięciu żyć?
Potem mówili we wsi, że sąsiadka nie lubi dzieci, lecz jeszcze bardziej kotów. Niektórzy zwracali uwagę na malejącą liczbę kotów.
– Podobno koty na złość jej zmartwychwstają – dodawali inni.
Podobno.

You may also like

7 komentarzy

  1. Genialne! Trochę nawet zalatuje dobrym kryminałem. Gdy czytałam ten wpis, oczyma wyobraźni widziałam, jak na miejscu „zbrodni” pojawił się Hercules Poirot, by rozwikłać zagadkę martwego kota…

  2. Przez chwilę zamarłam by móc równie szybko uronić łzę szczęścia nad zmartwychwstaniem kota. Jak to dobrze, że skończyły się remonty pokoi, a wróciło słowo.

    PS oczywiście pokoje wyszły super 😉

  3. Nasz kot zmartwychwstanie ma już za sobą. Niestety tylko jedno, bo chłoniaka nie zdołał pokonać, mimo naszych usilnych prób. Pewnego dnia wracający do domu mój brat zauważył naszego ukochanego kota martwego przy drodze. Miał jakieś 10 lat, więc nie dokonywał szczegółowych oględzin zwłok, tylko zadzwonił do mamy, która była w pracy. Z histerii i płaczu zrozumiała, że nasz kot rozjechany leży przy ulicy. Zadzwoniła szybko do babci, która wtedy była u nas w domu i czekała na brata z obiadem, żeby przeniosła kota pod dom, żeby biedny tam nie leżał. Babcia nakarmiła brata, przyniosła zwłoki i położyła w ogrodzie. Po 15 mama wróciła z pracy. Wszyscy pogrążeni byli w rozpaczy. Mnie na szczęście nie było w domu. Mama wyszła do garażu po coś, a tam nagle nasze ukochane kocie wbiega z garażu do domu i głośno miauczy. Mama wzięła kota na ręce, zaniosła do pokoju gdzie siedział brat z babcią. Od tamtej pory już nie rozpaczali 😉 A że kociak był biały-bury to niestety ofiarą kierowcy padł inny biało bury kociak, bardzo podobny do naszego 😉

Pozostaw odpowiedź Ola Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany.