PONIEDZIAŁKI PRZESTAŁY BYĆ STRASZNE, CZYLI O TYM, CO MNIE TERAZ CIESZY

Ukąsił mnie dziś komar. Zamiast zakończyć jego bzyczący żywot energicznym plaśnięciem, delikatnie strzepnęłam go z przedramienia i poprosiłam, żeby leciał sobie kąsać gdzie indziej.
Był powidokiem tamtego starego świata. Czymś doskonale mi znanym.
Zaglądam do starych wpisów na blogu, nawet te sprzed miesiąca wydają się należeć do jakieś innej rzeczywistości.
Dwa lata temu pisałam tak:
„Nie wybiegam myślami, planami, marzeniami za bardzo w przyszłość. Nie do końca zgadzam się z tym, że ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy. Zdecydowanie bardziej bliska jest mi filozofia uważności, bycia tu i teraz. Widuję zbyt wielu ludzi, którzy radość z życia odkładają na jutro. I zawsze mi ich żal. Myślę wtedy – kiedy jak nie teraz?
Dostaliśmy na ślub drogocenną francuską zastawę. Byłam nią zachwycona. Mieszkaliśmy w bardzo skromnych warunkach i mieliśmy niewiele, ale zastawa była królewska. Kiedyś zajrzała do mnie w odwiedziny sąsiadka – starsza pani i kiedy zobaczyła, że moim malutkim dzieciom serwuję plebejskie mielone na królewskiej zastawie, złapała się za głowę:
– Takie talerze dawać dzieciom?!
– A komu innemu? – dopytywałam.
– No dla jakiś ważnych osób – wyjaśniła.
– Ale to są najważniejsi ludzie w moim życiu! – odparłam.”

I kiedy w te chłodne wieczory, otulona grubą kurtką, siadam na tarasie i patrzę, jak moje słońce znika, żeby dać nadzieję drugiej półkuli, to cieszę się, że jedliśmy z tych francuskich talerzy.
Że cieszyło nas proste życie i kompletne pierdoły.
Moja lista rzeczy, które cieszyły mnie najbardziej sprzed dwóch lat:
1. Kiedy odwożę dzieci do szkoły i wracam. W domu jest zupełna cisza. Chłonę ją jak nienormalna.
2. Poranna kawa – zapach mielonych ziaren.
3. Spacer z Ferą.
4. Wciągający serial – ja właśnie skończyłam Big Little Lies.
5. Wieczorna lampka wina.
6. Kiedy jadę po dzieci do szkoły, a oni stoją w oknie i mi machają.
7. Czółenka na małym obcasie w kolorze khaki, które kupiłam na promocji i tak bardzo będą mi pasowały do wszystkiego.
8. Kominek i ogień w kominku.
9. Powrót do ciepłego domu.
10. Zupa ogórkowa.
11. Wybieranie kalendarza na nowy rok!
12. Wieczorne seanse „Przyjaciół”, kiedy zaśmiewamy się do rozpuku, po raz nie wiem który.
13. Wstawanie, kiedy cały dom jeszcze śpi.
14. Jedzenie na królewskiej zastawie.
15. Sobotnie leniwe śniadania.
16. Piątkowe wieczory.
17. Weekendy z przyjaciółmi.
18. Muzyka, muzyka! Soundracki filmowe – polecam Big Little Lies. Nigdy nie nudzi mi się też Django.
19. Mój nowy zegarek.
20. Pisanie.
21. Kiedy jest wena!
22. Znowu przesypiam całe noce.
23. Moje dzieci już prawie nie chorują.
24. Miła wiadomość od czytelnika.
25. Głupawka.
26. Świeże kwiaty w domu.
27. Dom przystrojony świąteczne.
28. Zapach polan.
29. Czekanie na wiosnę.
30. Że mam się komu wypłakać.
31. Że mam z kim dzielić radości.
32. Że domownicy wybaczają mi moje fochy.
33. Że nie jestem obrażalska.
34. Krzesło kupione za 10zł i przemalowane na nowo.
35. Podcięte końcówki włosów.
36. Cały dzień w piżamie.
37. Druga kawa w ciągu dnia.
38. Chałka z masłem!
39. Kiedy się napracowałam i mogę odpocząć.
40. Kiedy dzieci śpią.
41. Skarpetki do pary.
42. Posprzątany dom.
43. Kiedy w leniwy niedzielny poranek przybiegają do naszego łóżka dzieci.
44. Kiedy nie trzeba nastawiać budzika.
45. Kupienie czegoś bez wyrzutów sumienia.
46. Obiad na mieście.
47. Pusty kosz na pranie.
48. Pracująca zmywarka.
49. Powiedzenie komuś komplementu.
50. Jazda samochodem. Uwielbiam!

Gdyby nie ten parszywy niepokój o jutro, o bliskich, to mogłabym powiedzieć, że niewiele się u nas zmieniło.
Dzieci nie chodzą do szkoły, nam coraz trudniej wytrzymać bez rodziny i przyjaciół. Poza tym są też rzeczy dobre i możliwe tylko za sprawą nowej rzeczywistości.

Zdecydowanie wolę obecne poranki. Nieśpieszne i rozwleczone. Z drugą i trzecią dolewką kawy, czasem na rozmowę. Od kilku tygodni nie budził mnie znerwicowany budzik. Nie ma porannej gonitwy z czasem, szukania skarpet do pary i butów do wyjścia. Gróźb: „wyjeżdżamy za pięć minut, kto nie zdąży, idzie piechotą!”. Nie ma zapominania plecaka do szkoły i stroju na wuef.
Poranki są ciche, takie jak lubię. Dzieci są zaspane, nieskore do wrzasków.
Czas jest umowny i elastyczny. W końcu jest dla nas, nie my dla niego.

Poniedziałki przestały być straszne. Zlały się w jedną masę podobnych do siebie dni. Tydzień temu Sofia zapytała. Jest kwiecień, tak? Tylko nie wiem który, czwarty?

Nie mogę nacieszyć się leniwymi popołudniami bez zajęć dodatkowych dla dzieci, nerwów czy zdążymy, stania w korku, obawy czy będzie, gdzie zaparkować, czy zabrali buty, czepki, ręczniki.

Mam dużo czasu na gotowanie i pieczenie. Od zawsze kochałam pichcić, ale teraz zrozumiałam, że daje mi to poczucie bezpieczeństwa.
Oczywiście moje przesiadywanie w kuchni, przekłada się na jedzenie, ale powiedzmy, że akurat tu idealnie pasuje cytat Scarlett O’Hary „tym będziemy martwić się jutro”.
W skrócie wygląda to tak: Rano planuję, co zjem wieczorem, wieczorem planuję, co zjem rano, w międzyczasie planuję, co zjem w międzyczasie, a w przerwach jem.

Nauczyłam się końcu piec chleb. Dom, który pachnie własnoręcznie pieczonym chlebem to bezpieczne miejsce na ziemi.

Bez względu na wszystko nad domem nieustannie parkuje Wielki Wóz. Pewnie nawet nie wie o wielkich zmartwieniach mojej małej planety.

Choć żal mi wiosny przeciekającej przez palce, choć nie mogę się nią cieszyć tak, jakbym chciała, to nie wyobrażam sobie, że jest listopad. Że naszemu niepokojowi towarzyszy „chroniczna szarość zmierzchu”, chłód i widmo nadchodzącej zimy.
W sobotę wrócił nasz bocian. Słychać uwijające się przy pracy pszczoły. Nie złoszczą mnie nawet muchy, które kojarzą mi się z latem i beztroską.
Zawsze kochałam zachody Słońca, ale teraz są jak balsam dla mojej stroskanej duszy.

Przeczytałam to u Basi Szmydt – „nie jesteśmy w domu zamknięci, jesteśmy w nim bezpieczni”.
Dokładnie tak czuję od kilku tygodni. Doceniam ten nasz skrawek planety jak nigdy wcześniej.

Ściągnęłam aplikację „szpagat” i zaczęłam ćwiczyć razem z dziećmi. Po wszystkim będziemy pączkami, ale rozciągniętym jak baletnice!

Zapytałam dzieci, czy chcą, żeby było jak dawniej, czy wolą kwarantannę. „Wolimy kwarantannę!” – wrzasnęły chórem.
Ucieszyłam się, bo to znaczy, że niepotrzebnie mamy z mężem wyrzuty, że nie dajemy rady i brak nam cierpliwości. Po raz kolejny uświadomiłam sobie, jak niewiele trzeba naszym dzieciom do szczęścia. Dla nich to czas bycia razem, wspólnego odrabiania lekcji, gotowania, oglądania filmów, zwiększonego limitu na popcorn.
W cieniu pandemii tworzy się jedno z lepszych wspomnień w ich życiu, jestem tego pewna.

Czasem budzę się rano, przekonana, że to był tylko sen. Potem zaczynają migotać światła powiadomień.
Co zrobię, kiedy to się skończy? Pojadę do Rodziców na śniadanie i od tej pory będę to robić jak najczęściej.

You may also like

19 komentarzy

  1. Wiesz, mam podobnie 🙂
    I nie wiem jak ludzie mogą mówić, że po wszystkim będzie fala rozwodów, ja mam wrażenie że w moim domu wreszcie wszystko jest na swoim miejscu. Jesteśmy razem i to mnie tak cieszy, że już mi smutno że kiedyś wrócimy do normalnej pracy.
    Albo zrobimy wszystko żeby mieć taka pracę, która pozwala być nam razem .
    Pozdrawiam 🙂

  2. „Bez względu na wszystko nad domem nieustannie parkuje Wielki Wóz. Pewnie nawet nie wie o wielkich zmartwieniach mojej małej planety.” Cudne zdanie.
    Też uważam, że to najlepszy dla nas czas na epidemię. Słońce pomaga walczyć z przygnębieniem. Nie wyobrażam sobie tej sytuacji zimą lub jesienią. Latem z kolei byłoby żal ludzi pozamykanych w blokach.

  3. Pod tym wszystkim moglabym się podpisać, gdyby niestety nie jedno „ale”. Przy tym wszystkim, mamy jednak pracę. Pracę, która u mnie może jeszcze być odkładana na wieczory, ale też nie w całości. U mojego M. niestety nie ma takiej opcji. Lawirowanie pomiędzy śniadaniami, obiadami, tłumaczeniem szkoły (2 i 5 klasa) i zabawami z 3-latką a pracą doprowadzają mnie do bezdechu i ataków paniki. Lekcje kończymy o 19(sic!) bo tyle tego jest. Tak łapczywie czekam na weekendy kiedy mogę to leniwe śniadanie zjeść i na spokojnie upiec ciasto, posiedzieć na kanapie z dziećmi i nie robić nic poza patrzeniem za okno. Mimo wszystko jednak nie jest źle, nie jesteśmy ze sobą za karę i dobrze nam razem 🙂

  4. Rano planuję, co zjem wieczorem, wieczorem planuję, co zjem rano, w międzyczasie planuję, co zjem w międzyczasie, a w przerwach jem- to o mnie!

  5. A ja siedzę w domu z naszym 2 miesięczniakiem, narzeczony ma czas żeby pobyć z małym, gramy w gry, jemy dobre rzeczy, bo robię a to babeczki a to jakies inne pyszności. Brakuje swobodnych wyjść i spacerów Ale staram się znaleźć jakieś plusy tej sytuacji

  6. Niesamowicie lubie czytac Cie w pracy.
    Dziewiecset piecdziesiat trzy mile od domu, od rodzimej Polski, a tutaj zawsze znajde cos komfortowego, cos…domowego!
    Teksty kojace dla oczu i glowy.

    Pozdrowienia 🙂

  7. Płaczę! Wzruszył mnie tekst o chlebie, to moje marzenie- stworzyć dom, gdzie w powietrzu unosi się ten zapach ❤ Chciałbym, żeby dzieciom kojarzył się z rodzicami, domem rodzinnym i błogim dzieciństwem 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.