PRZEPROWADZKA NA WIEŚ, PLUSY I MINUSY

Pytania o to, czy rekomenduję przeprowadzkę poza miasto, dostaję od Was w takich ilościach, że chyba najlepiej zebrać to wszystko we wpis, do którego będę mogła Was odsyłać.
Obawiam się również, że zamiast rozwiać Wasze wątpliwości, zasieję w Waszych głowach nowe. I kiedy robię zapiski do tej notki, wychodzi na to, że będzie to najdłuższy wpis jaki kiedykolwiek powstał.
Do dzieła zatem!

Swoją opowieść przeprowadzkową chyba muszę zacząć od… czasów dzieciństwa.
Miałam cztery lata, kiedy rodzice przeprowadzili się poza miasto. Daleko, niedaleko? 15 kilometrów od centrum Lublina. Dla jednego to rzut beretem, dla drugiego – lata świetlne od cywilizacji. No i cóż, ja należałam do grupy drugiej.
Moi rodzice na działce, którą kupili, wyczarowali Eden. Nie żartuję, ktokolwiek tam był, wie że to miejsce zapierające dech w piersiach, istny zaczarowany ogród.
W takich okolicznościach przyrody przyszło mi spędzać dzieciństwo, a jednak wypełnione było ogromną tęsknotą za miastem.
Chodziłam do szkoły w Lublinie, od czwartej klasy podstawówki PKSy i MPKi były moimi dyliżansami, w których spędzałam sromotne chwile.
Ostatni autobus z Lublina do mojej miejscowości, odjeżdżał – nigdy tego nie zapomnę – o godzinie 20.47 z Sikorskiego.
Zatem omijało mnie niemal wszystko dobre, co zaczynało się po 20.47. Byłam jak ten nieszczęsny Kopciuszek, który musi wyrobić się przed północą. Tyle że północ była moim odległym marzeniem.
Byłam zdana na nocowanie u koleżanek i łaskę rodziców, którzy mieli piątkę dzieci i gdyby chcieli spełniać wszystkie nasze transportowe zachcianki, to musieliby poświecić temu życie.
Po pierwszej nocy spędzonej z Miastem, wiedziałam już, że będzie to płomienny romans na całe życie.
Pokochałam wszystko, bez wyjątku – szum samochodów, światła ulicy snujące się po zasłonach, szelest rozmów, echo tłuczonej butelki, krzyki, odgłosy kociej miłości.
Nocna Orkiestra Miejska – moja najukochańsza muzyka.
Zaczęłam obsesyjnie marzyć o mieszkaniu w mieście. Najlepiej w epicentrum sztucznych świateł i hałasu.
Moje marzenie spełniło się, wiele wiele lat później. Wieczór, kiedy Nocna Orkiestra Miejska zagrała dla mnie swoją pierwszą kołysankę, był prawdopodobnie jednym z najpiękniejszych w moim życiu.
W końcu byliśmy razem, ja i Miasto, zakochani w sobie od zawsze. Konsumowaliśmy się, jak szaleni.

Dlaczego zaczęliśmy myśleć o przeprowadzce?
Niestety to było wynajmowane szczęście i kiedy okazało się, że nie ma szans na jego kupno, zaczęliśmy z mężem poważnie zastanawiać się nad opuszczeniem naszego epicentrum hałasu.
Poza tym, zaczęło nam być ciasno.
Dzieci potrzebowały kawałka własnej przestrzeni. Weekendy z gośćmi to był istny cyrk.
Nie było ogródka, żadnego skrawka ziemi, gdzie można by pozwolić dzieciom się wyszaleć. A więc moje życie upływało na spacerach i placach zabaw.
Przede wszystkim jednak towarzyszyła nam myśl – chyba czas się ustatkować. Marzyliśmy o domu w odpowiednim czasie.
Do ostatecznej decyzji, że tak – kupujemy, idziemy w to, dojrzewaliśmy dwa lata.

Czego chcieliśmy?
Jedno było pewne – dom w mieście, najlepiej w centrum, najlepiej na Placu Po Farze.
Portfel szybko zweryfikował nasze zachcianki, w związku z czym zataczaliśmy coraz szersze kręgi.
Chcieliśmy też działki, ale małej. Delikatnie mówiąc – nie jesteśmy z mężem fanami robótek działkowych. A więc zależało nam na czymś małym, gdzie posiejemy trawę, obsadzimy iglakami, zrobimy plac zabaw, miejsce na grilla i voila – gotowe!
Plan zakładał kupno domu w stanie surowym/zamkniętym/deweloperskim.
Co ciekawe, dom w którym obecnie mieszkamy, obejrzeliśmy po raz pierwszy dwa lata wcześniej. Byłam przekonana, że oto dotarliśmy na koniec świata, w związku z czym powiedziałam mężowi krótko: „w życiu! Zapomnij, nigdy tu nie zamieszkam”. Mąż szybko podzielił mój entuzjazm, z piskiem opon odjechaliśmy w kierunku cywilizacji, pukając się w czoło – na serio ludzie decydują się na życie na takim zadupiu? NIGDY W ŻYCIU.
Niestety, o ile nie jesteś Rockefellerem, to z kupnem domu nie jest jak z wybieraniem ulubionej czekoladki z bombonierki. W pewnym momencie okazuje się, że najważniejszym kryterium jest „gdzie będziemy mieć najmniej przesrane”.
No i nie wiem, czy uwierzycie, ale z naszych arkuszy kalkulacyjnych, jasno wynikało, że najmniej przesrane będziemy mieć tu, gdzie dziś jesteśmy 😀
Dom był większy niż chcieliśmy, działka była większa niż chcieliśmy oraz byliśmy dalej od cywilizacji niż chcieliśmy, ale nie zawsze możesz mieć to co chcesz. Czasem możesz mieć tylko to, co możesz.
Szybko jednak zaczęliśmy zaklinać rzeczywistość:
Dlaczego nam się wydawało, że to tak daleko? To naprawdę blisko.
Bez przesady, jesteśmy w stanie żyć bez żarcia na telefon.
I dobrze, że nie ma obok sklepu – dietę utrzymamy i wydamy mniej pieniędzy.
Że trudniej będzie wyskoczyć nocą na miasto? I tak imprezujemy raz na rok, to nie problem.
Dlaczego nam się tu cokolwiek nie podobało wcześniej? No naprawdę, nie wiem.

Formalności, kredyty, wykańczanie domu, wykańczanie siebie.
Myślisz „własny dom”, widzisz swoje rozkoszne gniazdko uwite w wymarzonym miejscu.
Sielski widok, jest błogo.
Tymczasem zanim dostaniesz przepustkę do swojego gniazdka, musisz uzyskać doktorat z papierologii oraz stopień mistrzowski unagi, który pozwoli ci nie jebnąć wszystkim w chwilach kryzysu.
Osobiście uważam, że proces ubiegania się o kredyt hipoteczny, uwłacza ludzkiej godności i cierpliwości, tym bardziej zapewne, jeśli masz męża obcokrajowca, który w swoim imigranckim neseserku niewątpliwie dzierży jakiś mroczny sekret.
Niemniej jest też iskierka nadziei – jeśli ja uporałam się z papierami, dla Was też jest szansa.
U nas wykańczanie domu odbyło się bez większych przygód czy spektakularnych wtop budowlanych, a mimo wszystko uważam ten czas za gęsto tkany nerwami.
W naszym niedalekim sąsiedztwie jest dom, którego właściciele rozwiedli się, zaraz po ukończeniu prac budowlanych.
Złota zasada – wykończ dom, zanim on wykończy Ciebie.
Tak więc Kochani Czytelnicy, jeśli zapadła już decyzja, że „idziecie w to”, zanim uruchomicie kredyt hipoteczny, uruchomcie pokłady samokontroli.
UNAGI

Mamy dom! Mamy dom. Mamy dom…
Pamiętam pierwszą noc przespaną w nowym domu, i poranek.
Myślałam, że oszaleję z radości. Co chwilę się wzruszałam, co moment płakałam.
Najpierw ze szczęścia… a potem… nie wiem. Dom to ogromne emocje.
Chyba przytłoczyła mnie ta pieczęć dorosłości.
I nie wiem czy mnie zrozumiecie, ale ciężar spełnionego marzenia. To jest trochę tak, że śnisz o czymś, chcesz tego, sen się materializuje i myślisz: „to już? Co teraz?”
Podjęłam taką ogromną decyzję, klamka zapadła, może to był błąd, jezu a jeśli to był błąd?!
Wszyscy mówią „wspaniale, wreszcie na swoim”, na jakim moim?! To będzie moje za iks lat! Podpisałam cyrograf z bankiem! Kupiłam dom, bo zewsząd słyszałam głosy „ustatkuj się, idź na swoje, wszyscy tak robią”. Może to nie była moja decyzja?!
Już nie rzucę wszystkiego, już nie pojadę w Bieszczady!
Piszę Wam o tym szczerze, bo z kimkolwiek nie rozmawiam, każdy ma podobne obawy i warto brać je pod uwagę.
Moja początkowa euforia zamieniła się w wątpliwości. I tak – niejedną noc przepłakałam, sądząc że podjęliśmy pochopną decyzję.

MINUSY
Po paru latach mieszkania w „wynajmowanym”, gdzie mogłam zadzwonić do właścicieli, bo „kibel się zatkał”, z ciężkim sercem przyswajałam świadomość bycia własnym zarządcą.

#woda i szambo
Tymczasem zostałam panią na Bezkanalizacyjnych Włościach.
Co to oznacza? A no tyle, że wodę mamy z własnej studni oraz muszę dzwonić, po szambowóz, gdy czara fekaliów się przeleje.
Jeśli wyobrażacie sobie, że w dzisiejszym zautomatyzowanym świecie, polega to na tym, że szambo wysyła mi wiadomość „ups, chyba czas wezwać pojazd asenizacyjny”, to jesteście w błędzie.
Pozostawię to Waszej wyobraźni, dodam jedynie, że doprawdy – życie szafiarki to nie tylko strojenie się, czasem trzeba też zajrzeć do szamba.

#sprzątanie
Onegdaj myślałam – nie mogę się doczekać aż będę miała duży dom, wreszcie będzie porządek, bo bałagan schowam w jednym miejscu.
Jest to błędne myślenie.
Bałagan rozprzestrzenia się równomiernie po całym domu i utrzymanie go w porządkowych ryzach, wymaga ogromnej siły woli, samozaparcia i czasu.
Słowem – duży dom, dużo sprzątania. Amen.

#czas spędzany na odjazdach i przyjazdach
Po latach spędzonych na chodzeniu piechotą wszędzie, przesiadka do samochodu była dla mnie wstrząsem.
I przyznam szczerze – korki w których musiałam zamieszkać, wykończyły mnie w dwa tygodnie.
Po tym czasie, Marynia została przeniesiona do pobliskiej szkoły.
Miałam ogromne szczęście, bo nasza wiejska szkoła cieszy się bardzo dobrą opinią, i Marynia, również zmęczona dojazdami, z radością się przeniosła.
Od września wszystkie dzieci będą w jednej placówce i będzie to dla nas ogromna zmiana na plus.
Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby okoliczna szkoła okazała się nienadającą, żeby posłać tam dziecko.
Być może przyzwyczailibyśmy się do życia w tym szalonym trybie.
Niemniej uważam, że to bardzo istotny aspekt w procesie podejmowania decyzji o zamieszkaniu poza miastem i nie należy go bagatelizować.

#usługi transportowe
Mając głęboko zakodowaną traumatyczną godzinę 20.47, już teraz nastawiam się psychicznie, że przyjdzie mi zostać kierowcą moich dzieci.
Zresztą nie tylko dzieci.
Męża, znajomych, koleżanek.
Chyba zarejestruję się, jako kierowca w Uberze i zacznę na tym przynajmniej zarabiać.

#sklepy
Przez moment zastanawiałam się, czy o tych sklepach w ogóle pisać.
Bo wiecie, jak to jest – człowiek szybko przyzwyczaja się do wygody, ale równie szybko do niewygód.
Czy sądzicie, że moja pudełkowa garderoba (czyli ubrania w pudłach kartonowych, bo nie mamy szaf) nadal sprawia mi dyskomfort?
Sąsiadka mi ostatnio wyznała, że od dziesięciu lat nie ma zlewu w kuchni! Tak wiem, ja też się zakrztusiłam, kiedy to usłyszałam, też nie potrafię sobie tego wyobrazić, tymczasem dla niej to w ogóle już nie jest problem.
Podobnie z tymi sklepami – były za rogiem, teraz ich nie ma. Ot i cała różnica 😀
W każdym razie, początkowo sądziłam, że to będzie mój największy problem – otóż nie jest.

#wydatki
Nie bardzo wiem, jak to powiedzieć, żeby nie pogrzebać Waszych marzeń, ale dom to czarna dziura finansowa.
No niestety. Dla przykładu – jeśli zakładacie, że macie dychę, dom zrobicie za piątkę, a za resztę kupicie sobie waciki i dodatki, to ja Wam gwarantuję, że na dom wydacie piętnaście i na jakiś czas zrezygnujecie z wacików i dodatków, w ogóle.
A jeśli Wam się uda, to koniecznie dajcie mi znać, jak to zrobiliście!

#słomianowdowość
Czym innym była samotność w centrum miasta, czym innym jest samotność na odludziu.
W mieście cieszą cię ludzkie odgłosy, na odludziu ludzkie odgłosy sieją w Twojej głowie najkrwawsze scenariusze.
Mój mąż bardzo dużo wyjeżdża, czasem tydzień jestem zdana na siebie. Nie miałam więc wyboru, musiałam stawić czoła wszystkim demonom – tym w głowie, które okazywały się urojeniami i tym za oknem, które rano okazywały się drzewami.
Ale taki zwyczajny „strach przed ciemnością” jest do opanowania, o wiele bardziej uciążliwe jest ogarniecie cyrku w pojedynkę, kiedy wszystko jest daleko. A więc odwieźć dzieci do szkół, odebrać je ze szkół, załatwić zakupy, lekarza itp.
Muszę przyznać, że samotność miejska była bez porównania mniej uciążliwa.

Dochodzimy do momentu, w którym pewnie zastanawiacie się – co do licha ona robi na tej wsi?! Niech pakuje manatki!
No właśnie, ale jest też ALE, czyli

DRUGA STRONA MEDALU

#dom marzeń
Zawsze marzyłam o domu, nie w kontekście budynku, ale miejsca, do którego ludzie będą chcieli wracać. Czytałam książki Musierowicz i myślałam – „tak, to jest dom moich marzeń. Otwarty, pachnący przypalonymi racuchami i kawą, gdzie zawsze znajdzie się coś do jedzenia i zawsze będziesz mile widziany, taki chcę dom”.
Ostatnio odwiedził mnie mój brat, zajrzał na wieczór, został dwa dni. W niedzielę rano, leniwie przeciągając się w kuchni i sącząc kolejną kawę, powiedział: „ej, nie mogę od was wyjechać, czuję się tu jak na wakacjach”.
To była chyba najmilsza rzecz, jaką kiedykolwiek w życiu usłyszałam.

#przestrzeń
Powiecie teraz – no dobra, ale czy musiałaś wynosić się poza miasto, żeby fajnie kogoś ugościć?
No jasne, że nie.
Ale jednak posiadanie większego domu, w sytuacji kiedy ciągle masz gości jest bardzo istotne.
Zawsze jest fajnie, nawet kiedy na kilkudziesięciu metrach kwadratowych nocowali u nas Góreccy i Lipce, na dodatek z dwoma psami – też było fajnie.
Przesrane mieliśmy dopiero wtedy, gdy trzynaście osób pod jednym dachem zapadło na jelitówkę, a do dyspozycji była jedna łazienka i nocnik na tarasie.
No i milej jest się obudzić we własnym pokoju, o której chcesz, a nie na kanapie w salonie, kiedy o 5 rano skaczą po tobie wrzeszczące dzieci.
Co tu dużo mówić – duży dom, pomieści dużo gości, a ja naprawdę ostatnio mam wrażenie, że goście w życiu są najważniejsi 😉

#dom pełen ludzi
Coś Wam powiem.
Kiedy czuję, jak ten dom tętni człowiekiem, muzyką, śmiechem, życiem, to myślę sobie – czy trzeba mi czegokolwiek więcej?!
Czy przypadkiem nie o to w życiu właśnie chodzi?
Boże, jak ja kocham weekendy, nie dlatego że cierpię cały tydzień, ale zazwyczaj piątek oznacza, że zaraz będzie tłumnie.
Odpalamy muzykę, jedzenie, żarty, masowo produkujemy wspomnienia.
Nawet nie potrafię opisać, jak bardzo to kocham.
Jak mieszkasz w dużym domu, na odludziu to ludzie nie mają wyboru – muszą przyjechać na dłużej.
Poza tym, można włączyć muzykę tak głośno, jak się chce i nikt się nie poskarży, co najwyżej wiatr ją porwie i zaniesie do lasu.

#każdy ma swój kąt
Można być szczęśliwym na paru metrach kwadratowych, można być nieszczęśliwym mieszkając w zamku. Ale posiadanie własnego kąta jest zwyczajnie fajne.
Jak chcesz pobyć sobie sam. Jak wkurzy cię mąż i możesz gniewać się na niego w innym pokoju 😉

#okolica, przyroda
Chociaż tęsknota za miastem, nieustannie mi towarzyszy, to okolica staje na głowie, żeby wynagrodzić mi wszystko.
Są pola, łąki i lasy, ciągnące się hektarami. Gdzieś między zachodzącym słońcem, a horyzontem przejeżdża pociąg.
Cisza w uszach świszcząca, krajobraz na którym pasą się sarny.

#spokój
I właśnie tam, w tej ciszy utkanej z łąk pól i lasów, możesz się zatrzymać, możesz usłyszeć swoje myśli, posłać problemy z prądem rzeki.
To spokój, o jaki w mieście bardzo bardzo ciężko.

#wiejska atmosfera
Uwielbiam wprost tę swojską wiejską atmosferę.
Jestem tu panią Ferreirową, która mieszka „w tym szarym domu na rogu, co tak długo nie chciał się sprzedać”, każdy krzyczy „dzień dobry”, z każdym zagadasz, w sklepiku panie poczęstują cię najświeższą plotką i uwaga… zrobisz zakupy na zeszyt!
Kiedy rano w sobotę jadę po bułki do sklepu, a tam wiejskie zgromadzenie – psy, kury, panowie na rowerach, panie z koszyczkami, to myślę – jestem u siebie!

#sąsiedzi
Mówią, że dobry sąsiad ważniejszy jest od rodziny i coś w tym jest.
Któregoś dnia, zaraz po wprowadzeniu się, usłyszałam pukanie do drzwi – to była sąsiadka z naprzeciwka, witająca mnie swojską kiełbasą i ciastem.
Odjęło mi mowę.
Innym razem mąż zakopał się w śniegu, orszak sąsiadów, spieszył mu na pomoc.
Albo ostatnio, podczas wiosennych porządków – widzę mojego chłopaka dziwnie zadowolonego i czerwonego, a wiem jak nie znosi robót około domowych, więc coś mi tu nie gra.
Co się okazało – sąsiad też sprzątał, też mu się nie chciało, zaproponował więc mojemu mężowi whisky. I tak sobie sprzątali, i pili zdrowie porządku na zmianę.

Po głowie kołacze mi się jeszcze milion myśli, ale ten wpis powoli zamienia się krótką książkę.
Co mogę powiedzieć na koniec.
Niedaleko nas jest śliczny dom. Nie ukrywam, że troszkę go podglądałam zanim zamieszkały w nim rolety. Jest przepięknie urządzony i nawet myślałam, jakby wprosić się tam na herbatę.
Ostatnio zawisł na nim szyld „na sprzedaż”. Nie mam pojęcia co się wydarzyło, ale pewnie nie była to łatwa decyzja, pewnie ktoś wylał sporo łez.
Jest też drugi dom, mieszkają tam przesympatyczni ludzie, którzy uważają, że przyszło nam mieszkać w najpiękniejszym miejscu na ziemi i kiedy przyjeżdżaliśmy po raz enty oglądać dom, nie wiedzieli skąd w nas jakiekolwiek wątpliwości.

A ja? No cóż.
Czasem zatęsknię za miastem, a czasem wpadnę w euforię.
Na samą myśl, że zaraz lato i będziemy przesiadywać na łące nad rzeką, wpadam w błogostan.
Tymczasem muszę stawić czoła błotu. I tak w kółko. Ot, życie.

Dajcie znać w komentarzach, jakie macie obawy, dodatkowe pytania – postaram się na wszystko odpowiedzieć.
No a ci, którzy decyzje o kupnie domu mają za sobą, niech piszą jak to u nich było.
Niech ten wpis będzie drogowskazem dla tych na mieszkaniowym rozstaju 🙂

Powodzenia.

You may also like

62 komentarze

  1. po raz kolejny sobie uświadomiłam, że masz wielki talent literacki ! 🙂 Proponuję Tobie napisać książkę ” Życie Pani F i jej gromadki” 🙂

  2. Czasami zastanawiam się, dlaczego nasz dom nie jest w kształcie ogromnej świnki skarbonki. Też dzwonię po szambelana i kiedy przychodzi rachunek, mam ochotę rzucać mięsem, bo nawet w Lublinie mają dużo tańsze usługi.
    Kiedyś choróbsko mnie rozłożyło na dwa tyg., mąż po powrocie z pracy zastał na podwórku chaszcze po pas.
    Przebojów z budową było dużo. On prawie osiwiał, ja nauczyłam się przeklinać.
    Już nie mogę zejść sobie na parter po zakupy, o każdej porze dnia i nocy. Można wymieniać w nieskończoność…
    Jednak plusy przebijają to wszystko 🙂

  3. #rewelacyjny wpis ever
    Może napiszę od tak zwanej „du..” strony, ale uwielbiam styl Twojego pisania i z czystym ekshibicjonizmem (jeżeli może być czysty;-) ) pochłaniam twoje słowa. I czekam na książkę .. a wiem sama po sobie … że taki dom, przyroda zagłuszającą do okna, sprzyja pisaniu. Siadam na swoim podwórku i w towarzystwie kota, i psa przybłędy ( który de facto już został na stałe) pisze swoją książkę. Dom to miejsce od którego zaczyna się historia.. u mnie historia mojej rodziny:-) pozdrawiam serdecznie

  4. Hej, a ja bym mogła poczytać jeszcze więcej. Dlaczego? Bo znajduję się w podobnej sytuacji i odnajduję się prawie w każdym akapicie. Za miasto przeprowadziliśmy się rok temu. Wciąż nie mamy zlewu i mi to nie przeszkadza 😀

  5. Ta historia jest podobna do mojej. Trzynaście lat temu też podjęliśmy taką decyzję. Wyprowadzka na zadupie pod Warszawę, ale nie tak bardzo odległe zadupie. Ale podstawowy mankament – brak komunikacji. Wywalczyliśmy po jakimś czasie jeden kurs na dzień, by dzieci mogły wrócić ze szkoły. Jak się oczywiście w niego wpasują. My mamy samochody, ale dorastające dzieci, czyli takie, którą chcą w mieście zaszaleć, mają przesrane. Dziecko, które osiąga 18 rok życia od razu na wyposażenie dostaje samochód i ma obowiązek od razu zrobić prawko, bo co tu dużo mówić, nam jest łatwiej! A przybywa nowy szofer. Na zadupie z komunikacją nie było nas stać, a nie chcieliśmy przechodzić przez to, o czym piszesz, czyli banki. Nam się udało bez banków, mamy luzik teraz. Kolejna sprawa to temat: u was jak na wakacjach. Gdy wcześniej odwiedzaliśmy znajomych z domem, też tak się czuliśmy: jak na wakacjach. Ale na własnej działce wakacje się skończyły. Bo nawet wylegując się w dmuchanym basenie w lecie, widzimy wszędzie konieczność roboty, bo trawka do skoszenia, ogródek do wyplewienia itp. A co tego baseniku – jak w nim moczymy tyłki w upał pijąc drinki to wtedy najbardziej doceniamy posiadanie własnego ogródka. I tak w ogóle nie wróciłabym do miasta na stałe, no może jak już laseczką będę się podpierać i na własną górę się nie wdrapię. Ale w okolicy jest fajny dom opieki….

      1. Nigdy tak nie mysl! Sama widzisz, ze jest tu wiele osob, ktore sa zachwycone tym, jak operujesz slowem, tez sie do nich zaliczam, i rowniez szczerze podziwiam 🙂

  6. Saro, czekałam na Twój wpis. Stoimy z mężem przed podobnym dylematem, z tym że mamy do wyboru działkę całkiem blisko miasta i ok 30 km od miasta. W tej chwili jesteśmy w okolicach tej drugiej i muszę przyznać, ze wykańcza mnie dojeżdżanie do pracy” pół godziny rano, pół godziny po pracy I mimo iż w korkach nie stoję nie lubię tego! Zastanawiam się co będzie jak pojawi się dziecko, może kolejne. Wiadomo- zajęcia dodatkowe, język, basen, lekarz specjalista…Później zawieź na imprezę, odwieź na imprezę, do dziadków znajomych. Zastanawiam się czy mnie to nie wykończy…

    a tak przy okazji- powiem po raz kolejny że świetnie się czyta Twoje wpisy
    i drugie przy okazji- nie uwierzysz, ale śniłaś mi się dzisiaj i to na dodatek w nju jorku! a ja jeszcze pojechałam Cię odwiedzić! 😀

    1. O Boże! Naprawdę?! Może to sen proroczy! Oby 😀
      Co do Twoich obaw – ja bym ich nie bagatelizowała.
      Autentycznie, gdyby okazało sie, że muszę codziennie odstwaiać dzieci do innych szkół i spędzać pół życia na dojazdach – nie wiem czy wytrzymałabym w domu pod miastem.
      Niech przykładem będzie moja znajoma, która po roku mieszkania poza miastem, z radością wróciła na „stare śmieci”.
      Powiedziała mi wtedy: „Sara, człowiek chce na wieś, bo cisza spokój, tymczasem tyle życia spędza na dojazdach i w korkach, że nie ma czasu cieszyć się tą ciszą i spokojem!”
      I myślę, że w tym jej stwierdzeniu jest bardzo dużo racji.
      Dlatego ja cieszę się że od czerwca nasze życie przeniesie się na wieś, bo wszystki dzieci pójdą tu do szkoły.
      Trzymam kciuki za właściwe decyzje, za WASZE decyzje 🙂

    2. Zgadzam się z Sarą – nie bagatelizuj Twoich obaw. Mogą okazać się dla Ciebie zmorą i będziesz przeklinać dzień, w którym zdecydowałaś się na mieszkanie tam gdzie nie do końca chcesz, „bo taniej”, a i tak mnóstwo kasy wydasz na same dojazdy i wyjdzie na to samo.

  7. Jeju, jaki fajny, szczery wpis. Też marzymy o własnym kącie, z powodu problemów z pracą na razie mieszkamy kątem u rodziców – życie. Ale te kredyty również przerażają i ładnie to ujęłaś – trzeba decydować, jak będziemy mieli mniej przesrane. To trochę niesprawiedliwe, bo własny dom/mieszkanie to pierwsza potrzeba rodziny, a dzisiaj jest to często towar deficytowy.

    1. Na pocieszenie powiem, że my nie mieliśmy dziewięć lat zdolności kredytowej, długo męczyliśmy się w ciasnym mieszkaniu.
      Trzymam więc kciuki, żeby ten towar przestał być dla Was deficytowy!

  8. Od zawsze mieszkam w domu i po ślubie nie wyobrażałam sobie mieszkania w bloku. Postanowiliśmy wyremontować dom nieremontowany od 30 lat i szczęśliwie mieszkam nadal w domu mojego dzieciństwa. Oczywiście też mamy podpisany cyrograf w bankiem ale jeszcze „tylko” 12 lat i koniec 😉
    Bardzo mi się podoba to powiedzenie „w tym szarym domu na rogu, co tak długo nie chciał się sprzedać” – widocznie ten dom na Was czekał. Można w to wierzyć lub nie ale historia zatoczyła koło i wróciliście do domu który oglądaliście na samym początku a do którego nie byliście w ogóle przekonani.
    I bardzo rozśmieszyła mnie anegdotka o mężu 😉 Mój mąż np. chodzi pograć w szachy z sąsiadem a jaki jest wynik tej gry to sobie sama dopowiedz 😉 w każdym razie sąsiad pędzi rewelacyjny bimber i swojskie winko hehe. Zwykle w nocy po takiej „grze” koło łóżka musi stać wiaderko albo micha 😀
    Z wszystkimi innymi tezami z Twojego tekstu zgadzam się w 100%. Dom to skarbonka bez dna ale cóż – coś za coś. Ja kocham mój dom, jestem z nim bardzo związana emocjonalnie i chcę tu mieszkać do śmierci.

  9. Rzeczywiście kubek dużej kawy się przydał 🙂 Jak zawsze dobry tekst. Doceniam, że to nie jest blog tylko szafiarki ale również dobrej pisarki 🙂 Rymuję 😀

    Nam mówiono, że jest to bardzo dobry egzamin dla związku. Koniec budowy dobiega powoli końca, a końca związku nie widać wcale 🙂 Ale to fakt, że jest dużo nerwów, stresów i czasami trzeba wzajemnego wsparcia albo po prostu nieco luzu.

  10. podpisuję się rękami i nogami pod twoimi doświadczeniami poza jednym – mam ten komfort, że nie obciąża mnie cyrograf z bankiem bo z mężem pracujemy i odkładaliśmy wszystkie pieniądze na dom od połowy studiów a nie mamy jeszcze dzieci, które pochłonęłyby te środki 😉
    po roku nadal mam gustowne industrialne żyrandole w postaci kabli z żarówkami i betonowe schody..
    wiele razy rzucałam bluzgami, że mam dość i wracam do centrum Warszawy, że nie jestem na emeryturze żeby mieszkać w lesie..
    pocieszę wszystkich – to są myśli jesienno-zimowe, kiedy zalegam w błocie pod domem, jest ciemno, zimno i do sklepu daleko. Wiosna i lato wszystko mi wynagrodzą, wiem to 🙂
    pozdrawiam i życzę (sobie również) wytrwałości!

    1. To samo powtarza mi sąsiadka, kiedy mam kryzysowe momenty – „Sara, poczekaj na wiosnę i lato”.
      Czekam więc z utęsknieniem <3

  11. Ja całe moje młode życie (pisze jakbym była już na emeryturze a mam 34 lata) spędziłam w takim właśnie domu na odludziu i w ogóle za tym nie tęsknię mieszkając dziś w domu, ale w centrum małej podwarszawskiej miejscowości. Podziwiam za odwagę i bezcenną umiejetność ujmowania brutalnej rzeczywistości w piękne literackie klamry. Miło się to czyta, ale swoje wiem – nigdy nie wróciłabym do tego co było, bo szkoda mi życia do dojazdy…

  12. My się wyprowadziliśmy 1,5 roku temu pod Lublin. Do centrum miasta mamy 30 minut. Dojazdy nie są tragiczne, ale ciepła woda i grzanie w domu to masakra.
    Bliskość lasu i natury rekompensuje wszystko. Po 30 latach życia pierwszy raz widziałem łosie… trzy metry ode mnie.
    Duży plus to możliwość biegania bez świateł, kostki brukowej i spalin.
    Mieszkanie na wsi jest super!

  13. Bardzo czekałem na ten tekst (Od samej zapowiedzi), bo widzisz… od dłuższego czasu podobny dylemat zaprząta nam głowę i okrada ze świętego spokoju każdą wolną chwilę. Znam już większość tego o czym piszesz z tak zwanej autopsji bo kiedy miałem 15 lat moi rodzice postanowili wyemigrować do pobliskiego Świdnikowa i moja młodość upłynęła w autobusach a nieco później zostałem kierowcą rajdowym na rajdzie „all day KUL tour” dowożąc wiecznie spóźnioną siostrę i siebie na zajęcia. Największa obawa wiąże się właśnie z losem jaki mam zgotować swoim dzieciom skazując je na tułaczkę pksową. Nie mniej marzy nam się dom. Jest taki jeden obok „WAS”, czekający na właściciela od dłuższego czasu ale jest też drugi opuszczony czekający na nowe życie… obok Twoich rodziców… i co teraz… tzn. wiadomo co… nie wiem tylko czy okolica Twoich rodziców nie jest komunikacyjnie bardziej przyjazna i czy tamta szkoła nie jest również przyjaznym przylądkiem dla dzieci itd itd … wiadomo, że kwestie techniczne jeśli chodzi o sam dom i możliwości zrobienia na przykład … ha no właśnie! nie myśleliście nad przydomową oczyszczalnią?

    Wybacz, że tak bezpośrednio pytam ale skoro zachęcasz to trochę sobie pozwalam … 🙂

    1. O jak fajnie, że i chłopaki tu zaglądają :))
      Co do komunikacji – nie wiem jak obecnie wygląda sprawa u moich rodziców, ale łatwo to sprawdzić – i chyba dojeżdża tam już komunikacja miejska.
      Do nas też, mniej więcej dwa razy na godzinę i do późna bo do 23.
      Zresztą, myślę, że mimo wszystko od „naszych” czasów wiele się komunikacyjnie zmieniło – autobusy są nowoczesne – boże ile ja się w zyciu namarzłam i nagotowałam w tych jeżdżących lodówko-saunach, masakra. Poza tym, pamiętam doskonale, że to były jakieś śmieszne czasy – autobus mógł sobie przyjechać albo nie, spóźnić się godzinę – luz. Rzadko korzystam z jakiejkolwiek komunikacji, ale nie sądze żeby tak obecnie było.
      No i taksówki – to owszem, droga frajda, ale jest to obecnie tak proste i bezpieczne.
      Co do szkoły – też to łatwo sprawdzić, trzeba trochę poczytać, zobaczyć jak wyniki jakiś egzaminów, o ile wiem ta w Motyczu bardzo fajnie sobie radzi, moje rodzeństwo ją skończyło i poszli do dobrych szkół.

      A oczyszczalnia? Owszem, nawet chcieliśmy, ale szambo już było i okazało się że to za duży wydatek, poza tym o ile wiem okoliczne grunty nie sprzyjają oczyszczalniom w naszej okolicy – jest bardzo piaszczysto.
      To nie jest temat zamknęty – raczej odłożony w czasie i finansie 🙂
      Pozdrawiam!

  14. mieszkaliśmy we trójkę z moją córką w bloku. wynajmowane mieszkanie. chłop rzucił – wyremontujmy strych w moim domu rodzinnym. rok temu zabraliśmy się do rzeczy. mieszkamy od sierpnia. niestety rok temu nikt mi nie mówił, że równocześnie z nami wprowadzi się na dół, do brata mojego mężczyzny, dziewczyna.. i że będą dwie gospodynie na jednym podwórku. są dni, że marzę o powrocie do bloku. są i takie, że cieszę się z tysiąca złotych nieoddanych komuś w imię wynajmu. są i takie jak dziś, że mam wszystko w nosie.
    przed remontem powiedziano nam – jeśli to przetrwacie to będziecie razem na dobre i złe. przetrwaliśmy ledwo. było gorąco. teraz wtulam się w niego w naszej boskiej sypialni na antresoli i słucham deszczu uderzającego o dach i szyby na poddaszu – plus sto do szczęścia !
    ps Saro, powtórzę się – jesteś mistrzem blogosfery. nikogo nie czyta się tak jak Ciebie! całuję

    1. O tak zgadzam się – są takie momenty, kiedy myślisz „wszystko było tego warte”.
      Bardzo bardzo Ci dziękuję za dobre słowa, jak czytam takie rzeczy to mam ochotę rzucić wszystko i pisać do końca świata!
      Uściski!

  15. Myśl o mieszaniu na wsi spędza mi sen z powiek. Od urodzenia mieszkałam w Warszawie…i nigdy nie pomysłałam, że coś może się zmienić. A tu o chopak ze wsi mi sie trafił. Ja go ciągne do miasta on mnie na wieś. Problem przez lata nierozwiązany. Boje się… czy znajde prace w tamtejszej oklicy (ja bez pracy – nie ma mowy), czy w ogóle dam radę, czy nie zabije mnie cisza…boje się plotek, które krążą po maleńkich miejscowościach. Tego zimna, jak sie nie napali w piecu, tej powierzchni do ogarnięcia. Cóż mam począć? Marze o mieszkaniu z ładnym balkonem, o tej niezależności od samochodu, o tej bliskości sklepów… tylko jest jedno ale mój tego nie czuje. Załamana

  16. Dziękuję Ci bardzo za ten tekst! My też podjęliśmy w końcu decyzję o naszym wymarzonym domu, choć czuję, że czeka nas jeszcze więcej stresów, bo chcemy go wybudować. Jesteśmy na etapie poszukiwania działki i bardzo rozumiem co masz na myśli myśląc „najlepiej na Placu Po Farze”. My chcieliśmy w centrum Świdnika, a i tak ceny nas przeraziły. Znajomi właśnie kończą dom na zadupiu i zachęcają, że tuż obok nich działka na sprzedaż i mam bardzo podobne dylematy. Przyznam, że w połowie wpisu byłam wręcz przerażona, ale dalej już tylko się usmiechałam i… chyba pojedziemy jeszcze raz obejrzeć tę okolicę. Dzięki:) No i gratuluję!!!:)

  17. Powiem szczerze, że każdego dnia zaglądam zarówno na Twojego bloga jak i facebooka. Czekam z utęsknieniem na chociażby kilka słów, które skutecznie poprawiają mi humor, brnąc ze mną przez kolejny tydzień albo i miesiąc bawiąc tak samo. Uwielbiam czytać wszystko co wychodzi spod Twojej dłoni, mogłabym poświęcać temu całe godziny. Uwielbiam za szczerość, elokwencję, prawdziwość. Chyba musiałam to w końcu napisać. Nawiązując do posta- może i nie mam narazie rozterek związanych z przeprowadzkami czy zmianą lokum, a mimo to gdybyś napisała o tym książkę, kupiłabym ją jeszcze w dniu premiery.:)

    1. Ej! No nie można pisać takich rzeczy, bo ja jestem tylko człowiekiem i uderzy mi woda sodowa do głowy!
      A na poważnie – dziękuję, jak czytam takie rzeczy to mam ochotę rzucić wszystko i pisać pisać pisać <3
      Dziękuję!

  18. Do plusów zaliczyłabym jeszcze nieskrępowaną możliwość posiadania psa:) a już to że Waszemu podarowaliście dom i nowe życie uwielbiam:) No i spacery w takich jak w Waszej okolicy okolicznościach przyrody… cudnie:)

  19. Świetnie napisane;) ja całe życie mieszkałam w mieście…do centrum na piechotę, galerie, zakupy, knajpy, w nocy do domu, taxi za przysłowiową dychę… marzyłam o własnym M, byle w mieście… do czasu kiedy poznałam swojego narzeczonego… totalne przeciwieństwo… i do tego mieszkał 20 km od centrum miasta,kaman! Jak żyć! kiedy mieliśmy zdecydować o tym co i gdzie dalej za każdym rAzem na pomysł przeprowadzki reagowalam tak samo; ” nigdy w życiu nie będę tam mieszkać i spędzać połowy życia na dojazdy”. Dałam się namówić na próbę… i tak już zostało;) chwilowo jestem w delegacji w stolicy i przyznam szczerze że nie mogę się doczekać łikendu kiedy wracam do siebie, ciszy, spokoju i upierdliwego koguta w niedzielne poranki;)) problemy mamy dokładnie takie jak te o których piszesz, znajomi też zwykle się zasiedzą bo przecież „tak fajnie u was”;)) i mimo tego że uwielbiam miasto, raczej na stałe póki co nie wrócę;)

    1. Poranki!! Powinnam była o tym napisać, weekendowe poranki są bez porównania piękniejsze na wsi – jakies takie leniwe, w ogóle weekend na wsi jest dłuższy!

  20. Bardzo fajny wpis! Ja od 4 lat mieszkam w domu w małym miasteczku, 40 km od dużego miasta i mogę się rękami i nogami podpisać pod tym, co napisałaś 🙂 Największe plusy rzeczywiście widać latem – dzieciaki latają szczęśliwe od rana do nocy po podwórku, kąpią się w dmuchanym basenie, własny ogródek warzywny, sąsiedzi, którzy pomogą w potrzebie, podzielą się swoimi zbiorami, no i goście faktycznie nie chcą od nas wychodzić 😉 I w sumie jakoś mniej dołuje myśl, że trzeba ten kredyt spłacać tyle lat, jak czujesz, że to jest twoje miejsce na ziemi. A jak się zatęskni za zgiełkiem to czasem trzeba po prostu wyskoczyć do miasta i już. Ja zazwyczaj cała szczęśliwa wracam potem „na wieś” 😉

    1. Nie mogę doczekać się wiosny z parwdziwego zdarzenia i lata!
      I jest coś w tym – fajnie ze zgiełku wraca się do takiego spokoju.

  21. Sara! Twoje dzieci będą mogły dłużej zostawać w mieście, bo ostatni dyliżans na naszą wieś jest (aż) o 22.30 z centrum !
    Jeśli chodzi o szkołę to też możesz być spokojna – ja ją skończyłam, dostałam się do jednego z lepszych liceów w Lublinie, a później na całkiem przyzwoite studia 🙂 także niech się Wam tu u nas dobrze żyje !

    1. Pisanie takich rzeczy jest demoralizujące, a co jeśli mi sodówka uderzy do głowy? 😀
      Dziękuję bardzo i pozdrawiam najcieplej!

  22. Dokladnie,kredyty,pozyczki,mam to samo dzieci,2 koty i psa i te same myśli i na początku euforia i placz,ze jednak mam gdzie mieszkac ale nie pojade już do grecji,od takie dylematy,ale swoje to swoje.

  23. Jak ja to znam…od pół roku Wieśniaczka 🙂 ale najlepsze przed nami Lato i od rana do wieczora na powietrzu, dzieciaki biegają, a ja nie myślę ,że pod samochód…że zagrożenia ….psy 2 na stanie , koty nasze i obce i cudownie, oddycham co rano powietrzem, a nie smrodem z kominów i samochodów !

  24. I za to zdanie-wytrych do niezłamanej żadnymi argumentami logiki mojego męża w trybie podejmowania decyzji kiedy/gdzie i czy budujemy dom, stokrotnie Ci dziękuję 🙂 : „Niestety, o ile nie jesteś Rockefellerem, to z kupnem domu nie jest jak z wybieraniem ulubionej czekoladki z bombonierki. W pewnym momencie okazuje się, że najważniejszym kryterium jest „gdzie będziemy mieć najmniej przesrane”. Pozdrawiam ciepło <3

  25. Saro, uwielbiam! Fantastycznie napisane, czuję duchowe powiązanie! Jak będziecie w Krakowie, to zapraszamy do naszego domu Pani Fereirowa, nasz dom jest szary i na skraju :).

  26. Ja ciągle się nie palę zupełnie do własnego domu. Moi rodzice wyprowadzili się na wieś, jak byłam już dorosła w zasadzie i doświadczyłam tych dojazdów nieszczęsnych, problemu z wracaniem z imprez itd. I widzę teraz że dom to nieustanna praca i ciągłe niedoinwestowanie. Bardzo doceniam oczywiście wspaniałe powietrze u nich, basen w lecie, całe dnie na bosaka, moje dzieciaki jedzące owoce prosto z krzaka (że tak zarymuję:D ) Ale (póki co przynajmniej) zdecydowanie wybieram życie w mieście (ale w zielonej dzielnicy) i odwiedziny na wsi.

    1. Podpisuję się pod Pauliną :). Całe dzieciństwo spędziłam na wsi. Gdy byłam w liceum tata zaczął budować nowy dom. To stało się jego wielką pasją. Ciągle coś przy nim robi, zmienia, poprawia. Ja tego nie czuję. Szczęściem mamy własne mieszkanie.Czy będziemy w nim mieszkać zawsze? Jak się blok nie zawali, to bardzo możliwe :)!!!
      Pozdrawiam serdecznie :)!!!

  27. Dla mnie wieś może być odskocznią, ale życie na stałe wymaga tam jednak porządnej dyscypliny – np. od razu do sklepu się nie wyskoczy, nie zajmie to 5-10min. tak, jak to jest małym mieście. Latem pewnie się docenia, że przeprowadzka była trafioną decyzją. Gdy tylko możemy to właśnie uciekamy z miasta :).

    Pozdrawiam 🙂

  28. Mądry tekst, trochę podtrzymał mnie na duchu
    , bo od 2 lat nie mogę się przyzwyczaić, że przeprowadziłam się do męża do sąsiedniego miasta na ubocze. Ech zobaczymy jak to dalej będzie… Pozdrawiam

  29. A ja tak w temacie szamba – są takie, które wysyłają sms z powiadomieniem 🙂 Ale wy już swoje mieliście z tego co czytam, więc na pewno nie ma takich udogodnień.
    Co do reszty wpisu się nie wypowiem, właśnie przeżywam swoją wyprowadzkę (chociaż chyba na mniejsze zadupie) i jeszcze nie wiem co myślę…

  30. Dla mnie wyprowadzka na wieś, to był prawdziwy miód na serce. Tyle że ja akurat nie lubię kupowania, chodzenie do sklepu to zawsze była dla mnie jakaś mordęga. Nie lubię też tłoku, hałasu, chodzenia do pracy i komunikacji miejskiej. Tu gdzie mieszkam wszystkie te problemy odpadają z miejsca. Lubię natomiast spacery po lesie, siedzenie w barze w miasteczku na kawie, długie leniwe dni i czas na realizowanie moich pasji – taniec, muzyka, pisanie. Hmm właśnie się zorientowałam, że nie dostrzegam, żadnych minusów związanych z mieszkaniem na wsi. Może dlatego, że najpierw się zakochałam w Pirenejach, a potem tutaj przeprowadziłam? Mówią, że miłość zaślepia 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.