SIOSTRA WYSTAWIŁA MNIE NA VINTED, CZYLI NAJGORSZE PRANKI RODZEŃSTWA!

Autor: Miss Ferreira

Dwa dni temu miałam urodziny. Spędziłam je ze swoim młodszym o cztery lata bratem, który urodził się dokładnie tego samego dnia.
Jako dziecko i najstarsza siostra z piątki rodzeństwa nie mogłam się z tym pogodzić. Wydawało mi się wtedy, że nie ma gorszej tragedii, niż dzielić z kimś własny tort urodzinowy.
Kiedy stałam się naburmuszoną nastolatką, moja rozpacz nie malała, wręcz przeciwnie. Kiedy ja zapraszałam swoich nastoletnich zbuntowanych znajomych, którzy dawno odkryli sens życia i pragnęli unicestwić wszystkich dorosłych, mój brat zapraszał swoich nieznośnych kumpli, których śmieszyły żarty o kupie, interesowały bajki i oczywiście nasze nastoletnie sekrety.
Wtedy nie mogliśmy się zdecydować, czy chcemy unicestwić dorosłych, czy dzieci, czy wszystkich naraz, po drodze zatrzymując czas, żeby nie musieć unicestwiać samych siebie za kilka lat.
Teraz mnie to śmieszy, ale pamiętam tamtą irytację wręcz namacalnie.

Dodatkowo nie mogłam pogodzić się z faktem, że jestem najstarsza. Marzyłam o starszym bracie. Byłam zapatrzona w prawie dorosłych kuzynów (tak ich wtedy postrzegałam) i zazdrościłam ich siostrom tego braterskiego ramienia, na którym mogły się oprzeć. Aż któregoś dnia zobaczyłam, jak moja przyjaciółka kłóci się ze starszym bratem, a ten wyrywa jej prawie wszystkie włosy z głowy.
Jednak braterska siła to obosieczny miecz.
Tak więc nadal marzyłam o starszym bracie, ale takim idealnym, nieistniejącym.
Nie mogłam wtedy przypuszczać, że jeszcze będę takiego miała.
We wtorek przytuliłam mojego małego braciszka, sporo ode mnie wyższego, akurat tyle, że mogę spokojnie oprzeć się na jego ramieniu. Potem zdmuchnęliśmy dwie świeczki na jednym torcie i patrzyliśmy przez okno, jak mój ośmioletni syn Lolek nosi na barana jego dwuletnią córeczkę Helę, która chwilowo nie widzi poza nim świata.
No po prostu bywa tak w życiu, że wszystko nabiera sensu dopiero z czasem.

Dlatego, kiedy słyszę z góry wrzaski, trzaskanie drzwiami i rozpaczliwy ryk: „mamo!!!! Oni wchodzą do mojego pokoju. Wynocha!!”, biorę głęboki wdech i przypominam sobie, że robiłam dokładnie to samo.
A nawet więcej, choć czasem nieświadomie.
Kiedy mój brat (ten sam, z którym obchodzę urodziny) był noworodkiem lub co najwyżej aspirującym niemowlakiem, bardzo chciałam pomóc mojej Mamie i jakoś go uspokoić, bo był jednym z tych dzieci, które przychodzą na świat z rykiem na ustach i tak już zostaje.
Przyglądałam się wszystkiemu, co robili wówczas rodzice, żeby ryk na chwilę ustał. Ponieważ mój brat był chorowity i męczył go katar, podawali mu krople. Przynosiło to wszystkim chwilową ulgę.
Postanowiłam więc zaaplikować mu lekarstwo, tyle że pomyliłam krople do nosa ze spirytusem, którym Rodzice przemywali pępek…
Okazało się, że ryk, który słyszeliśmy do tej pory, był zaledwie kwileniem…
Kiedy trochę podrośliśmy, prowadziliśmy bezkrwawe wojny psychologiczne, w których przeciwnik potrafił wykrwawić się z nerwów. Wystarczyło niewiele. Po prostu podczas posiłku intensywnie przyglądać się drugiej osobie. Było to genialne w swojej prostocie i braku jakiejkolwiek brutalności. Doskonale pamiętam, kiedy mój wzrok przewiercał już trzewia do żywego i rozlegał się wrzask: MAMO ONA NA MNIE PATRZY!!
Wystarczyło spojrzeć w dowolny inny punkt i powiedzieć „wcale nie patrzę”…
A kiedy tylko Mama odwróciła wzrok, wrócić do ćwiartowania przeciwnika spojrzeniem na kawałeczki.
Od patrzenia już tylko krok był do powtarzania:
– Nie patrz na mnie.
– Nie patrz na mnie.
– Ja na serio mówię, żebyś na mnie nie patrzyła.
– Ja na serio mówię, żebyś na mnie nie patrzyła.
– No weź!
– No weź!
– Bo powiem mamie.
– Bo powiem mamie.
– Mamo!
– Mamo!
– Ona po mnie powtarza.
– Ona po mnie powtarza.
– Ty po mnie powtarzasz!
– Ty po mnie powtarzasz!
– Ty zaczęłaś!!
– Ty zaczęłaś!!!

I można tak długo, ale żal mi kartki i zaczynam się denerwować, dodatkowo już się pogubiłam, kto po kim powtarza.
Z moich siedmiu grzechów głównych względem rodzeństwa, to jeszcze muszę szczerze żałować za podrzucanie im swojego jedzenia podczas posiłków. Byłam strasznym niejadkiem. Nie lubiłam niczego poza grzankami z serem i keczupem.
Kiedy siadaliśmy do posiłku, bacznie obserwowałam otoczenie i w odpowiedniej chwili kawałek mięsa frunął przez stół do czyjegoś talerza. Byłam w tym naprawdę dobra i zanim Rodzice złapali mnie na gorącym uczynku, moje rodzeństwo zjadło za mnie mnóstwo jedzenia.
Naprawdę zamiast opierdolu, powinnam była dostać angaż w NBA.
Byłam też dobra we wkręcaniu rodzeństwu kitu. Już nie pamiętam, kto prowokował wymioty, bo wmówiłam mu, że jeśli zjadł pestki od papryki, to tylko patrzeć, aż cały krzak wyrośnie z głowy.
Z moją o sześć lat młodszą siostrą Marysią, zwracałyśmy się do siebie czule „Sarysica i Marysica”.

Prawdziwym mistrzem prankowania rodzeństwa był mój mąż. Zaczął wcześnie, kiedy jego siostrzyczka była niemowlęciem, a on został wydelegowany do opieki nad nią. Kiedy już zabrakło mu pomysłów jak ją zabawiać, wymyślił, że z pewnością zachwyci się płomieniem zapałki.
Miał rację. Mała aż zastygła w bezruchu, oczarowana niesamowitym zjawiskiem. W pewnym momencie jej piąstka błyskawicznie zacisnęła się na płomieniu.
Nic nie dały tłumaczenia, że chciał tylko przedstawić siostrze ogień i w żadnym wypadku nie planował zrobić z niej żywej pochodni.
Kiedy siostra podrosła i zaczęła być przydatna, poprosił ją, żeby trzymała papierową tarczę, kiedy on będzie celował z pistoletu na plastikowe kulki… Podobno szczerze się zdziwił, kiedy kula przebiła papier. Zdziwił się również, kiedy wkręcił małego brata, że płyn do płukania jamy ustnej to zwykła woda z kibla, a ten ochoczo się jej napił.

– Mamo!! – usłyszałam ostatnio rozpaczliwy krzyk z pokoju Sofijki.
– Co się stało? – odkrzyknęłam tylko zza komputera bez większego zainteresowania.
– Marynia wystawiła mnie na Vinted!
– Coooo? – nie byłam pewna, czy dobrze słyszę, ale jęk schodził już ze schodów i po chwili stał żywy przede mną.
– Powiedz jej coś – zakwiliła Sofia – wystawiła mnie na Vinted za trzy złote!
– Ciekawe w jakim dziale? – przeszło mi przez myśl, ale oczywiście nie wypowiedziałam tego na głos, zawołałam starszą córkę.
– Powiedz jej – nagle usłyszałam z góry odpowiedź Maryni – żeby nie płakała, zmienię cenę na 3000 tysiące!
– Mamo, powiedz jej coś, ja się boję, że ktoś mnie kupi! – Sofia już tupała nogami ze złości.
– Proszę w tej chwili wycofać to ogłoszenie!! Czy ty oszalałaś?! – ryknęłam, czując, że mimo wszystko zaraz uduszę się ze śmiechu.
– I tak nikt by jej nie kupił!! – usłyszałam w odpowiedzi, a na widok miny młodszej córki już chciałam powiedzieć:
– Nie martw się, z pewnością ktoś by cię kupił. Jednak znowu ugryzłam się w język.

Po całej akcji musiałam zadzwonić do mojej siostry Marysicy i powiedzieć jej, że szkoda, że za naszych czasów nie było Vinted, bo na bank bym ją sprzedała, albo nawet wymieniła na sukienkę.

Z czasów dzieciństwa pamiętam jeszcze jedno uczucie. Rodzeństwo mnie złościło. Mogłam robić im podłe dowcipy i doprowadzać do histerii, ale niech ktoś inny spróbowałby zrobić im krzywdę…
Miałby do czynienia z gniewem starszej siostry, który jest jak armia zombie!

Na koniec opowiem Wam historię, którą cały czas żyję i moje matczyne serce rośnie, kiedy przypomniałam sobie, co wydarzyło się w niedzielę tydzień temu. Marynia, która przeżywa fascynację makijażem, pomalowała Lolka. Ten początkowo się opierał, ale ostatecznie było dużo śmiechu i lekcja śwatopoglądowa o tym, że ludzie sobie tak wymyślili, że malują się tylko kobiety, ale właściwie nie ma żadnego rozsądnego wytłumaczenia, dlaczego mężczyzna w makijażu miałby być czymś złym.
Lolek uznał, że to ma sens i że nie chce mi się zmywać makijażu, po czym poszli z Marynią na spacer. Pech chciał, że na swojej drodze spotkali okolicznych chacharów, jakby to powiedziała Mama. Jak tylko zobaczyli tusz na rzęsach Lolka, zaczęli wyzywać go od pedałów. Bo jak wiadomo, to największa z obelg.
I wtedy Marynia bez cienia strachu, stanęła w obronie Lolka, mówiąc, że jeśli już to „gej”, a nie pedał, bo pedał jest obraźliwe. A po drugie, nawet jeśli jej brat byłby gejem, to nie ma w tym nic złego.

Wiecie, co jest najpiękniejsze? Kiedy po awanturze, gdzie Marynia chce wystawić Sofię na Vinted, bo ta doprowadziła ją do szału, zaglądam przed pójściem spać po kolei do każdego pokoju.
W pierwszym pusto. W drugim pusto. W trzecim jak śledzie, materac obok materaca śpią razem moje dzieci.
Bo co jak co, ale ciemność w trójkę jest o wiele jaśniejsza i żadna awantura tego nie zmieni.

Podobne posty

5 komentarzy

Ola 23 kwietnia, 2021 - 9:14 am

Wspaniały tekst, zawarłaś w nim wszystkie blaski i cienie posiadania rodzeństwa. I „prastara prawda” : za nic w świecie nie pożyczę siostrze mojej bluzki ale w ogień za nią skoczę 😁. Pozdrawiam i dziękuję Ci za Twoje teksty.

Odpowiedź
OLA 23 kwietnia, 2021 - 1:13 pm

a na koniec łezka poleciała,rodzeństwo to sobie krzywdy nie zrobi wiem cos o tym,opisane perfekt”)

Odpowiedź
Ania 27 kwietnia, 2021 - 12:38 pm

Droga Saro. Od dawna czytam Twojego bloga i dzisiaj postanowiłam zostawić swój komentarz. Świetny tekst! Sama mam młodszą o 3 lata siostrę i w dzieciństwie miałam nieraz ochotę ja ukatrupić. Za podbieranie kosmetyków i ubrań chociażby… Dziś jesteśmy wielkimi przyjaciółkami i wspominamy tamte czasy z łezką w oku. Z siostrą mamy niesamowitą więź 🙂

Odpowiedź
Justyna 29 kwietnia, 2021 - 8:37 pm

Uwielbiam Twoje rodzinne historie 😁!!!

P.S. Moja starsza o dwa lata siostra bliźniaczka, też musiała się ze mną dzielić tortem urodzinowym 🤣… ależ ona mnie niecierpiała za szczenięcych lat!!!

Odpowiedź
Eliza 30 kwietnia, 2021 - 1:56 pm

Sara jak Ty piszesz !!!

Odpowiedź

Pozostaw odpowiedź Ania Cofnij odpowiedź