NIEZNAJOMY.

Szliśmy w milczeniu, miarowo drążąc tunel w białym puchu. Wszystkie odgłosy świata zatrzaśnięte były w ciszy, rozwieszonej gęsto pomiędzy gałęziami drzew. Nic. Tylko biel po horyzont. I słowa od czasu do czasu rzucane na wiatr.
Gdzieś tam na nas czekała. Za kolejnym drzewem i łapczywie złapanym oddechem.
– To chyba już zaraz – powtarzaliśmy sobie, grzęznąc w śniegu.
I nagle ją zobaczyliśmy. Wydarła z nas słowa i cisnęła nimi o zlodowaciały grunt, więc staliśmy oniemiali.
Właśnie w tym miejscu horyzont zamieniał się błękit. Ziemia w Niebo.
Przed nami bezczelinła się w chwilowym słońcu Przełęcz Orłowicza. Królowa Śniegu.
Oddaliśmy jej pokłon i szturchani podmuchami znerwicowanego wiatru zaczęliśmy schodzić.
Na skraju lasu stał człowiek. Pił gorącą herbatę z termosu, jadł kanapkę i pochłaniał wzrokiem Przełęcz. Pozdrowiliśmy się ciepło i dziarsko ruszyliśmy w dół, smagani już nie tylko wiatrem, ale nękani kuksańcami głodu i zimna. Na horyzoncie nie majaczył już błękit. Z szarości wypełzał kształt. Nabierał konturów. Takich nierównych, lekko poszarpanych, jak na placka ziemniaczanego przystało. Już prawie biegliśmy, zlodowaciały puch uciekał nam spod nóg, ale gnaliśmy przed siebie, wyczuwając w powietrzu niemrawy zapach ziemniaka skwierczącego na głębokim tłuszczu. I grzańca. Górskiego grzańca. Takiego, który przywraca oddech w piersi i krążenie w dłoniach. Gwałtownie grzeje i brutalnie usypia. Takiego grzańca.
U stóp góry spostrzegliśmy, że brakuje naszego trzeciego kompana. Chwilę wybieraliśmy między jego życiem i plackiem ziemniaczanym, aż postanowiliśmy zaczekać.
Chłód mroźnym ostrzem wpełzał nam pod kurtki i do butów. Zaczęliśmy przebierać nogami i fantazjować o cieple. Góry przełykały właśnie ostatnie światło dnia.
Nagle pomiędzy drzewami zamigotała ludzka postać.
– To ten człowiek z herbatą – szepnął A. wymownie.
Mężczyzna dziarskimi susami pokonywał biel. W plecaku miał termos. W termosie…
I kiedy już miał nas minąć, jakiś wewnętrzny chochlik kazał rozłożyć mi na jego widok ramiona i z radością oznajmić:
– No w końcu! Bardzo długo na pana czekamy, bo pan ma herbatę.
Nieznajomy nie uniósł nawet brwi. Przystanął, zdjął plecak i zwyczajnie powiedział:
– Oczywiście, momencik.
I zanim zdążyliśmy zaprotestować, wytłumaczyć się z żartu, już w naszych dłoniach parowała gorąca herbata z cytryną i cukrem. Tak dobra, że jeszcze tego samego wieczora A. powiedział do mnie:
– Myślisz, że udałoby się nam zrobić taka samą?
Dostaliśmy jeszcze po kanapce. Takiej z serem, szynką, sałatą i całą czułością świata. I po dolewce herbaty. A na koniec życzenia, dobrego życia, dobrego roku.
Patrzyliśmy za nieznajomym coraz bardziej wsiąkającym w szarość dnia.
Znowu jakoś słowa nie pasowały do sytuacji.

Samotny człowiek spotkany na szlaku. Częstujący herbatą z cytryną, cukrem i nadzieją.








You may also like

10 komentarzy

  1. Zazdroszczę, zazdroszczę, zazdroszczę!!! ? Tak pozytywnie ofkors… Uwielbiam Bieszczady, kocham połoniny, szlaki, ubłocone buty po pas… I wolność tamtejszą.
    Pozdrawiam i ściskam noworocznie!!!

  2. Piękna historia 🙂
    O tym że dobrzy ludzie są tuż obok i dają nam ciepło myślą i uczynkiem 🙂
    A jakoś góry takich ludzi przyciągają bardziej 🙂

  3. Łał !!! No chyba się popłaczę…ze wzruszenia oczywiście ! Byłam tam dopiero co w listopadzie, też było już biało,wietrzysko takie jakbyśmy zdobywali K2, ale nigdy nie byłam tam zimą…Śniegu po pas …? Pewnie trzeba mieć jednak jakieś zimowe wyposażenie…Nigdy nie myślałam, żeby tam pojechać zimą, bo za zimnem nie przepadam, ale za Bieszczadami to już tak :)) Zdjęcia cudne !!! Ten domek, to wasza „baza” ?
    Można spytać gdzie ?
    Rozmarzyłam się pod ciepłym kocykiem 🙂 Dziękuję :)))

  4. zazdroszczę! moje kochane Bieszczady… (nigdy nie miałam okazji być tam zimą) przepiękne zdjęcia i wspaniała przygoda!Trzeba jednak zawsze mieć wiarę w drugiego człowieka :)))

Pozostaw odpowiedź Kate Blue Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany.