Adaś umierał 46 dni

Autor: Miss Ferreira

Była noc. Gwałtowny ból brzucha. Rwący, wydobywający się z trzewi, złowieszczy. Pod kołdrą wymacałam dłoń męża, ścisnęłam ją mocno. Otworzył oczy, z mojej twarzy wyczytał wszystko. Moment później przemierzaliśmy ulice śpiącego miasta.
Ból nieco złagodniał w szpitalnej poczekalni. To naturalne. Jarzeniówki, z których strzela bezduszne światło, wysokie sufity i macki odległych korytarzy, przynoszących strzępki odgłosów. Nie chcesz tu być. Twoje ciało też nie. Pozornie zdrowieje. Już dobrze, już możemy wracać, chyba przesadzałam. Patrzę na męża błagalnie.
Innego zdania jest lekarz dyżurny.
Korytarz starego szpitala wypełnia się nieznośnym dudnieniem. Wózek, na którym jadę, rzęzi. Mijamy sale pełne śpiących pacjentów. Zawsze mnie to uderza. Alternatywna rzeczywistość chorych ludzi, o której nie pamiętam, kiedy mijają moje zwyczajne dni, wypełnione niewidzialnym zdrowiem.
Zabawne jak utrata czegoś, czego na co dzień w ogóle nie dostrzegasz, boli.
„Patologia ciąży” informuje tabliczka na ociężałych wahadłowych drzwiach. Mogę zejść z wózka, ale tylko na łóżko. Nie wolno mi chodzić pod żadnym pozorem. Mąż może już wracać do domu, jest pani bezpieczna.
Gdy widzę, jak połyka go korytarz i zostaję sama w sali pełnej cudzych oddechów, czuję, że nie dam rady. Zasypiam na mokrej szpitalnej poduszce, kiedy noc mętnieje, zmieszana z dniem.
Rankiem poznaję kobiety, z którymi przyszło mi dzielić salę. Wszystkie jesteśmy tu z jednego powodu, podtrzymanie zagrożonej ciąży. Obok mnie w nienaturalnej pozycji leży dziewczyna.
Nogi ma w górze, głowę w dole. Na ten widok aż czuję nudności.
Z czasem dowiaduję się, że to Dorota. Jest w bliźniaczej zagrożonej ciąży. Ta pozycja zapewnia bezpieczeństwo jej dzieciom. Można się przyzwyczaić, naprawdę, zapewnia mnie.
Czy od dawna jest w szpitalu? O tak, od samego początku. Do kiedy będzie? Do rozwiązania.
To tak się tylko wydaje, czas tylko na początku się dłuży, ona sama się dziwi, że już trzy miesiące minęły, naprawdę nie wiadomo kiedy. Zawsze czeka na weekendy, wtedy odwiedza ją mąż. W tygodniu nie może, bo Dorota jest odległego miasteczka, to był najbliższy szpital.
Szpital opuszczam po dwóch tygodniach. Trochę mi głupio przed Dorotą, że tak krótko tu byłam. Jeszcze głupiej, że te dwa tygodnie zdawały mi się wiecznością.
Wiele miesięcy później dostaję wiadomość ze zdjęciem bliźniaczek. Urodziłam, jesteśmy zdrowe, wracamy do domu. Wreszcie. Dorota.

Adaś
Adasia poznałam dwa miesiące temu, czyli wtedy kiedy jego rodziców Agnieszkę i Kamila. Poznaliśmy się przy okazji odnawiania starej witryny. Tamtego dnia Kamil wyskoczył na chwilę, żeby odebrać go z przedszkola. Niedługo potem drzwi się otworzyły i stanął w nich bardzo dziarski przedszkolak. Zanim zdążyłam w ogóle się odezwać, oznajmił, że ma na imię Adam, ma prawie sześć lat, czyli już całkiem sporo, po czym zapytał, kim jestem i co tu robię.
Żadnego chowania się za maminą spódnicę, czy nieśmiałych spojrzeń. Konkret. Co lubię, ile mam lat, jak ma się do mnie zwracać i kiedy mam urodziny.
Kiedy spotkaliśmy się następnego dnia, Adaś bez owijania w bawełnę, zapytał, czy mam coś przeciwko żeby usiadł mi na kolanach.
A ponieważ oczywiście nie miałam, władował się na mnie całym swym sześcioletnim jestestwem i przytulił, jakbym była stara dobrą ciotką.
Nie miałam wtedy pojęcia, że na moich kolanach siedzi kilkulatek, który wiele miesięcy walczył o życie.
15 kwietnia 2015 roku Agnieszka napisała na swoim blogu:
Adaś został wydarty ze mnie 20 listopada o 11:35, miał 37cm i ważył 1140g, dostał 4 pkt APGAR.

To był październik. Zwyczajny, podobny do innych dzień, wypełniony jesiennymi porządkami na działce. Wieczorem Agnieszka, Kamil i Jagoda – ich dwuletnia córeczka spędzali razem czas. W pewnym momencie Agnieszkę coś zaniepokoiło. Poczuła wodę cieknącą po wewnętrznej stronie ud. Zanim się zorientowała, stała w kałuży.
Była w 24 tygodniu ciąży, kiedy odeszły jej wody płodowe. Adaś miał się urodzić 23 lutego, był 30 października…
Potem wszystko działo się jak nierealnym śnie, z którego chcesz się wyrwać. Wydarzenia pozornie do siebie nie pasują, czas się odkształca, a jednak nie możesz się wybudzić.
Agnieszka pamięta latarnie, pochylające się nad nimi, kiedy pędzą obwodnicą, światła odległych domów, malutką córeczkę, która nie wie, co się dzieje, łzy w oczach mamy, twarz sparaliżowanego trwogą Kamila, karetkę, która woziła ją od szpitala do szpitala, bo jej stan był zbyt ciężki, pielęgniarkę wrzeszczącą na ratowników, dlaczego pozwolili jej iść na własnych nogach i coś, co brzmiało jak wyrok. Musi tu pani zostać do porodu, czyli do końca lutego. Małe dzieci mają zakaz odwiedzin.
To znaczy, że przez kilka miesięcy nie zobaczy swojej dwuletniej córki?! Nie płakała, wyła wniebogłosy.
W kolejnych dniach zorientowała się, że dzieli los z innymi dziewczynami. Poczuła ulgę. Mogły opowiedzieć sobie te historie w jak niedorzecznych momentach odeszły im wody. Któregoś dnia uświadomiła sobie, że się śmieje. Przywykła do myśli, że do lutego szpital będzie jej domem.
W tej zakrzywionej rzeczywistości wypatrywała plusów. Że jej ukochana mama zajmuje się Jagodą, że Kamil tak niesamowicie się nią opiekuje, że jest pod opieką lekarzy, że Adaś jest bezpieczny.
20 listopada zapowiadał się zwyczajnie. Kolejny dzień w szpitalu, gdzie rytm wyznaczają pomiary temperatur i kroplówki, a najbardziej wyczekiwany moment dnia, to kolejny posiłek, z którego przynajmniej można się pośmiać. Przed obchodem zajrzała do sali stażystka, żeby wpisać w karty wyniki krwi. Przy wyniku Agnieszki zawahała się. Coś było nie tak… Prawdopodobnie zakażenie wewnątrzmaciczne. Pacjentka do natychmiastowego cięcia cesarskiego.
Zły sen wrócił. Rejwach, krzyki, płacz, przerażenie dziewczyn z sali, oczy Kamila, kojący głos anestezjologa, który gładził ją po dłoni i prosił, żeby zaczęła liczyć, ciężkie powieki, koniec wszystkiego.
Tego dnia Adaś został wydarty z Agnieszki.
Swojego synka zobaczyła na zdjęciu, które dostała od Kamila. Maleńki, okruszek. Zaklejone oczy, ciało spowite rurkami. Widok nie do zniesienia.
Kamil zabrał ją na wózku do Adasia. Przez szybę zobaczyła to, co wcześniej na zdjęciu. Miniaturowego człowieka zatrzaśniętego w maszynerii podtrzymującej jego kruche życie. Z maleńkiej buzi wystawała nienaturalnie duża rura. Nie wytrzymała. Nie mogła patrzeć na swoje dziecko w takim stanie.
Co mówili lekarze? Prawdę. „Stan dziecka jest krytyczny, nie oddycha samodzielnie, ma 100% zapotrzebowania na tlen, jest skrajnie nieprzystosowany do życia, najbliższe doby będą decydujące.”
Tamtej nocy odciągała pokarm dla synka. Ciszę rozerwał szpitalny alarm. Po korytarzu biegali lekarze i pielęgniarki. Nagle do niej dotarło. Chodziło o jej dziecko. Adaś umierał. Dostał krwotoku do płuc. Usiadła na szpitalnym korytarzu i zaczęła wyć.
– Adaś umiera, musisz się pożegnać – wyszeptała do telefonu i poczuła, jak z niej też uchodzi życie.
Ich synek przeżył noc, ale jego stan był krytyczny. Nie było lekarza, który mógłby dać im nadzieję.
Adaś umierał 46 dni. Przez tyle dni Agnieszka z Kamilem żegnali swoje dziecko, bo szansa, że przeżyje do rana, była niewielka.
A potem ich synek wbrew przewidywaniom, rozsądkowi, wynikom badań, opinii lekarzy, wbrew światu, postanowił, że będzie żył. Odrobinę przybrał na wadze i po raz pierwszy Agnieszka mogła wziąć swoje dziecko w ramiona. Tuliła do siebie kruchego tytana, nieustannie spowitego metrami rur.
Z bloga Agnieszki:
Nadszedł dzień 25 lutego! Wyszliśmy do domu !
Jesteśmy prawie 2 miesiące w domu, wszyscy razem ! Adaś przezwyciężył śmierć ! Przezwyciężył ból, 8 krwawień do płuc, krwawienie do mózgu, niewydolność krążeniowo-oddechową i wiele, wiele innych.


Adaś po urodzeniu


Adaś


Adaś i Jagoda

Szpital Dziecięcy w Lublinie
Ulica Chodźki w Lublinie. Tu znajduje się Szpital Dziecięcy. Chyba każdy rodzic z tego miasta był tu przynajmniej raz w życiu i kojarzy pomarańczowe płytki naścienne w poczekalni, na których wiszą gabloty z rysunkami dzieci. Gabinet 1,2 i 3. Każdy, kto do nich wchodzi, w duchu modli się, żeby opuścić gabinet tymi samymi drzwiami. W innym wypadku trafia się prosto na oddział.
Odkąd jestem matką, byliśmy w tym szpitalu kilkanaście razy.
Czasem z ulgą opuszczając gabinet tymi samymi drzwiami, innym razem z płaczem jadąc na oddział. Wszystkie te wizyty miały wspólny mianownik. Wdzięczność za zdrowie.
Dwa lata temu, kiedy Sofia miała zapalenie wyrostka, pisałam tak:

Noc gęstnieje. Za oknem pełgają światła miasta. Ojciec, który siedział obok mnie, skulił się w nienaturalnej pozie i pochrapuje. W ubraniach, w butach, z kurtką pod głową.
Właśnie przyszli kolejni.
Nerwowo rozglądają się po oddziale, dziecko kurczowo przyczepione do uda taty. Zaraz na rącze usiądzie mu krwawy motylek.
Pewnie teraz myślą, że to koniec świata.
Ale jutro, w drodze do szpitalnego barku, będą mijać Oddział Hematologii, Onkologii i Transplantologii Dziecięcej. Wtedy docenią, że są aż dwa piętra wyżej.

Za każdym razem, kiedy mijam ten szpital, myślę o ludziach, którzy tam są i patrzą przez te setki okien na szary, pędzący świat. Na przyszpitalnych parkingach zawsze setki samochodów.
Wracają wspomnienia. Jest jedno zagrzebane głęboko, nie umiem do niego wracać. Jednocześnie jest wyraźne i ważne, bo ukształtowało moje postrzeganie świata.
Marynia miała niespełna dwa lata, kiedy trafiliśmy na oddział. Leżałyśmy w sali same. Którejś nocy korytarz wypełnił się rejwachem personelu medycznego. Wyjrzałam przez małe okienko w drzwiach. Na łóżku przewożono dziecko, dziewczynkę, może dziesięcioletnią. Była łysa o nienaturalnie białej twarzy. Za łóżkiem biegł kordon lekarzy i pielęgniarek oraz zapłakana kobieta. Instynktownie poczułam, że to matka. Drzwi do gabinetu zabiegowego zatrzasnęły się. Zaległa cisza. Straszliwa cisza. Nagle rozerwał ją skowyt. Nieludzki. Jak poranionego, umierającego zwierzęcia. Miałam wrażenie, że ten skowyt niesie się na całe miasto, że rozedrze świat na pół.
Skowyt matki, której umarło dziecko.
Słyszę go do dziś, jeśli tylko pozwolę sobie na powrót do tego wspomnienia.

Od ponad dwunastu lat jestem matką zdrowych dzieci. Czy nie jestem największą szczęściarą na świecie?

Historię Agnieszki, Kamila i Adasia mogłam przedstawić Wam dzięki kampanii Rodzicielstwo bez filtra, która została stworzona przez WaterWipes.
Kiedy zapytałam Agnieszkę, czy zgodziliby się z Kamilem podzielić swoim doświadczeniem z innymi, natychmiast się zgodziła. Dodała, że kiedy przechodzili przez ten koszmar, bardzo brakowało im osób, które przeszły coś podobnego.
Dlatego właśnie powstała kampania Rodzicielstwo bez filtra. Nie chodzi w niej o to, żeby straszyć przyszłych rodziców, ale o to, żeby móc wypłakać się na ramieniu drugiego rodzica.
Zapraszam Was na stronę Rodzicielstwo bez filtra, gdzie możecie przeczytać więcej wpisów, które powstają w ramach tej kampanii. Gwarantuje, że będzie Wam raźniej.
Firma WaterWipes prowadzi na całym świecie działania poświęcone wcześniakom i ich rodzinom. Współpracuje z instytucjami i organizacjami skupiającymi się wokół tego tematu (INHA, PROJECT SWEET PEAS, Miracle Babies). To niesamowite, ale te organizacje robią wszystko, żeby skrócić cierpienie rodziców i dzieci, które urodziły się przedwcześnie. Rodzice uczeni są jak opiekować się noworodkiem, kiedy jest on w inkubatorze, jak go karmić, przebierać, zmieniać pieluszki (aż chce mi się ryczeć, kiedy to piszę). Ponadto w Polsce WaterWipes wspiera kilkadziesiąt szpitali, przekazując im produkty do pielęgnacji noworodków i dzieci przedwcześnie urodzonych. Dodam też, że chusteczki WaterWipes jako jedyne są rekomendowane przez NICU (Neonatal Intensive Care Unit) do pielęgnacji wcześniaków.

Ten wpis chciałam zadedykować wszystkim Rodzicom, którzy czuwają przy swoich chorych dzieciach, którzy widzą świat zza szpitalnej szyby, których największym marzeniem jest zdrowe, wolne od cierpienia dziecko.
Jesteście Bohaterami.

Zapraszam Was też do obejrzenia filmu, w którym rozmawiamy z Natalią i Marysią o blaskach i cieniach rodzicielstwa 🙂

*Zdjęcia użyte we wpisie pochodzą z prywatnego archiwum Agnieszki i Kamila, pierwsze zdjęcie jest autorstwa Kamila Stępnia.

Podobne posty

15 komentarzy

Paula 29 grudnia, 2020 - 7:49 pm

Dziękuję za ten wpis. Takie historie wzruszają mnie do najgłębszego kącika mnie. Możliwość wypowiedzenia takiej historii bez ciągłego „nie przesadzaj”, „będzie dobrze” to duża wartość. U nas było, a może i nie było podobnie, bo każda historia niby podobna, a jednak zupełnie inna. 6 lat temu wyrywano ze mnie Wcześniaka, jeden całus w nos, a dalej samotny inkubator. Kiedy czytam „krytyczny” wiem, jak wielkie szczęście mieliśmy słysząc tylko „stan bardzo ciężki, stabilny”. A dalej cisza, zero odpowiedzi. Kiedy zobaczyłam Go pierwszy raz miałam wrażenie, że rozpadam się na kawałki. I ta bezsilność. Jedyne, co mogłam, to odciągać mleko. Robiłam to bez przerwy, jakby wierząc, że to go uratuje, choć nie był w stanie jeść. Kiedy pielęgniarka biegła, przerażenie. Czy to do Niego? A może nie, może komuś innemu, a nie nam właśnie zawala się świat. Okrutne ; ta wiara, że śmierć podeszła do inkubatora obok. I ci rodzice, którzy już nie.moga się oszukać.
Nasza historia też kończy się szczęśliwie. Patrzę na Niego, kiedy znowu się buntuje i doprowadza mnie do szalu. Jak to możliwe, że On, ten kruchy, najmniejszy, ma dziś taka moc…? Może to był tylko zły sen…?
..

Odpowiedź
Miss Ferreira 30 grudnia, 2020 - 2:47 pm

Aż się poryczałam przy Twoim komentarzu <3
Podziwiam Waszą siłę!

Odpowiedź
Anna 29 grudnia, 2020 - 8:02 pm

Pracuje jako pielęgniarka na Intensywnej Terapii Pediatrycznej 10 lat. 10 lat, które nauczyły mnie cierpliwości, wytrwałości. A najbardziej tego, że dzieci mają niesamowitą siłę walki, której nam, dorosłym, brakuje. Chociaż jest ciężko, nie zawsze się udaje, są momenty zwątpienia w zawód. Zwłaszcza teraz, kiedy dyrektor zabroni matkom być przy dzieciach. Za każdą taka mamę i dzieciaka trzymam kciuki. Staram die być im opoką, dać im czulosc, zainteresowanie, nawet głupie miny porobię, żeby było lżej. Każdej takie mamie obiecuje, że staram się teraz trochę ja zastąpić, żeby było lepiej takiemu dzieciaczkowi. A Adaś to super chłopak, widać a zdjęciach!

Odpowiedź
k 30 grudnia, 2020 - 11:40 am

Saro, zalałam klawiaturę. Nie mam dzieci, być może jeszcze. Dziękuję Ci bardzo za ten wpis.

Odpowiedź
Miss Ferreira 30 grudnia, 2020 - 2:47 pm

Dziękuję, że czytasz <3

Odpowiedź
aggs_es 30 grudnia, 2020 - 3:35 pm

Mam dwie córeczki rok po roku. Jutro starsza kończy dwa lata. Ostatnio przemęczenie (szarpane od dwócg lat noce, bunt dwulatki i równoczesne wychodzenie ząbków młodszej ) skumulowało się do jakiegoś przeddepresyjnego stanu. Dzięki temu wpisowi uświadomilam sobie ze to pikuś- jestem przecież ogromną szczęściarą… Dziękuję.

Odpowiedź
Nadia 30 grudnia, 2020 - 7:07 pm

Saro, nie będę wyjątkiem jak napiszę, że swoim pisaniem wyciskasz mi łzy z oczu. Piszesz o ważnych sprawach bez ubarwiania. Twojego bloga czytam już baaaardzo długo, chyba nawet od początku i wiele razy „zbierałam” się aby napisać komentarz, aż do teraz. Właściwie to nie lubię się udzielać.
Twoje teksty podsyłam też do przeczytania siostrze i przyjaciółce. Myślę, że byłabyś wyśmienitym psychologiem. Piszesz prawdę o rodzicielstwie i mówisz o sprawach o których większość mam boi się na głos powiedzieć.
Ja również urodziłam dwoje zdrowych dzieci, miałam szczęśliwe życie (chyba wtedy tego nie doceniałam), wprowadziliśmy się do nowo wybudowanego i wymarzonego domu. I pewnego dnia to nasze szczęście po prostu prysło jak bańka. Córka została potrącona na przejściu dla pieszych( przez pirata drogowego). Stało się to w dniu jej urodzin, blisko domu. Tego co działo się potem trudno opisywać, zresztą przez pewien czas pisałam bloga, bo to był jedyny sposób aby wyrzucić z siebie wszystko to co czułam i jak to przeżywałam. To była moja na tamten moment terapia. Było 5 miesięcy śpiączki, brak jakichkolwiek słów nadziei ze strony lekarzy, a właściwie to wyrokowanie o utrzymywaniu roślinki z którą nie będzie jakiegokolwiek kontaktu (do teraz mi zostało,że lekarzy nie pytam o zdanie). Córka przebywała w klinice Budzik oddalonej od miejsca naszego zamieszkania o 500 km, także wiem co znaczy móc widzieć męża i syna co 2 lub 3 tygodnie. Wiem co znaczy paniczny strach o życie dziecka, samotność i brak wsparcia (chyba, że wśród współtowarzyszy niedoli). Wiem o wiele więcej…i chciałabym to „zakopać” gdzieś w zakamarki psychiki. To pozostawia traumę na zawsze.
Córka zapisała się w historii kliniki jako 3 wybudzona pacjentka.
Po 9 miesiącach pobytu z nią w szpitalach wróciłyśmy do domu. Jednak jest to już inne życie. Córka jest osobą niepełnosprawną,wymagającą pomocy we wszystkich aspektach życia. Na szczęście umysł nie ucierpiał, jak wyrokowali lekarze. Niestety na całej tej sytuacji ucierpiała cała rodzina, a zwłaszcza syn. Teraz nasza codzienność to rehabilitacja i życie na walizkach (od jednego wyjazdu na rehabilitację do drugiego). Oprócz tego „staramy” się normalnie żyć, wyjeżdżamy na wycieczki, wakacje. Staramy się jak możemy aby uatrakcyjnić jej i nam również życie. To jest jedna strona medalu (ta lepsza), druga to żal, gorycz, brak cierpliwości, bluzgi, za które mi okropnie wstyd.
Czytając co piszesz jesteś Saro dla mnie terapią i tak jak inni piszą chętnie przeczytałabym kiedyś Twoją książkę.
P.S. Najbardziej znienawidzone w moim oczywiście odczuciu słowa kierowane do rodziców, którzy „walczą” o swoje dzieci to mówienie im – „podziwiam, ja bym nie dał/a rady”. Ja wtedy w myślach odpowiadam – „a co Ty byś zrobiła, nie walczyła”?

Odpowiedź
Miss Ferreira 8 stycznia, 2021 - 10:10 am

Nadio, Twój komentarz też mnie bardzo wzruszył, siedzę ze ściśniętym gardłem i właściwie nie wiem, co napisać.
Wasza historia to chyba największy strach każdego rodzica, a Wy to przeżyliście i przeżywacie. Myślę, że kiedy ludzie mówią „podziwiam, ja nie bym nie dała rady”, to wynika właśnie z tego, że po prostu nie wiesz, co można powiedzieć i faktycznie nie wystarcza wyobraźni, żeby wczuć się w taką hipotetyczną sytuację. Co ciekawe, kiedy rozmawiałam z Agnieszką i Kamilem, oni też zwrócili uwagę na to, że nienawidzili tego komentarza i też mieli ochotę odpowiedzieć, „czyli ty byś nie walczył?!”.
Dziękuję Ci za tyle dobrych słów. Jeśli czytanie moich tekstów, przynosi Ci ulgę, to chyba nie ma dla mnie większej motywacji w pisaniu bloga.
Ściskam Cię Nadio, mysl o Was będzie mi dziś towarzyszyć <3

Odpowiedź
Agnieszka 30 grudnia, 2020 - 8:14 pm

Co czytam u Ciebie, to płaczę… może poza bezą. Ja też mam takie wspomnienia, wypadek mojego syna. Jechaliśmy karetką, a ja nie mogłam uwierzyć… jeszcze 15 minut wcześniej nasze życie było takie piękne…ale już teraz jest wszystko dobrze. Ściskam wszystkich rodziców!

Odpowiedź
Edyta 31 grudnia, 2020 - 6:46 am

<3

Odpowiedź
Emilia 31 grudnia, 2020 - 7:31 am

Leżę i wyję. Jestem w drugiej ciąży, 35 tydzień. Czekam na rozwitw luty.. Dziękuję Bogu, że wszystko jest dobrze ❤️ a Tobie dziękuję za ten wpis. 😘

Odpowiedź
OLA 5 stycznia, 2021 - 5:32 pm

ja taka twardzielka zawsze rycze jak bóbr przy takich tekstach,az zła jestem na siebie ze sie tak rozklejam,moze nie powinnam…

Odpowiedź
Karola 21 stycznia, 2021 - 8:08 am

Woow świetne.uwielbiam ten blog .mogę czytać i czytać.pierwszy raz tu jestem i 3 teksty przeczytane .
Ale pora wstać ….😁

Odpowiedź
Miss Ferreira 26 stycznia, 2021 - 7:53 am

Jak mi miło, dziękuję <3

Odpowiedź
Edi 15 lutego, 2021 - 3:04 pm

Wróciłam do tego wpisu dziś, bo w grudniu nie mogłam, nie byłam w stanie… Uciekłam od niego, bo… moje życie zmieniło się 4 grudnia 2020. Tego dnia dowiedzieliśmy się z mężem, że nasz jedyny sześcioletni synek ma guza mózgu… Jest po operacji, ale właściwie nic nie wycięto… Synek ma glejaka na skrzyżowaniu nerwów wzrokowych i najpewniej straci wzrok. Co potem? Nikt nie wie. Przed nami chemioterapia… Dziecię me ma taką traumę po ingerencji neurochirurgicznej, która ostatecznie niewiele wniosła, że naprawdę ciężko nam to unieść… Jestem załamana, nasze życie się skończyło… Zdrowie to jedyne, o czym dziś marzę… 💔💔💔 Moje serce rozpadło się tamtego dnia na miliard kawałków i już nigdy nie będzie tak zwyczajnie, normalnie…

Odpowiedź

Pozostaw odpowiedź Paula Cofnij odpowiedź