BRAKUJE MI PALM I CYTRUSÓW!

Tu gdzie mieszkam brakuje mi palm, jest za mało cytrusów, termometr jest zbyt stateczny z tendencją do dołowania się. Za często zbierają się nad moją głową chmury, za rzadko przedziera się przez nie słońce. Żaden sąsiad nie ma gaju oliwnego, w niczyim ogródku nie rosną kaktusy.
Nasza „Via Appia” otoczona jest murem długim na dwa metry, który zna wiele życiorysów. Zapewne lepiej niż sami pod nim pijący, pamięta przyczynę ich picia. Na zdrowie!

Jeśli więc przez przypadek tu trafisz, nie pomyślisz „Toskania? Raj?”.

Jest za to swojsko.
Doskonale nas znają, my też znamy wszystkich. Każdy krok na spacerze przelicza się na konkretne „dzień dobry”, mamy wtyki w warzywniku i znajomości na poczcie. Idąc do przychodni nie musimy się przedstawiać, ochroniarz w supermarkecie puszcza nam oko.
W wielu miejscach możemy robić zakupy bezgotówkowo, możemy liczyć też na bonusy w postaci darmowych jabłek, kolczyków z wiśni, naklejek, lizaków. Dostajemy to wszystko na piękne oczy i uśmiechnięte gęby.

Zawsze rozbraja mnie widok straganiarzy handlujących przed okolicznym supermarketem. Z uporem maniaka kupuje u nich wszystkie warzywa. Rozczulają mnie ich zgrabiałe z zimna ręce, maleńkie stołeczki i nadzieja w oczach, kiedy pytają czy może być dziesięć deko więcej?

Tak więc udałam się ostatnio na zakupy spożywcze. Przed sklepem stał pan, którego znam doskonale z widzenia. Zawsze pociąga nosem, jest typem wiedzieja. Wygląda trochę jakby był z rodziny Soprano i za karę dostał niewdzięcznie zadanie sprzedawania warzyw przed Stokrotką.
Na moje powitanie odchrząknął coś przypominającego „dzień dobry”. Poprosiłam więc o kilogram cebuli, a pan na to, że „dziś waży ręką, bo waga się zepsuła i czy ja w to wchodzę”.

Gorączkowo rozejrzałam się, za wozem transmisyjnym telewizji rzekomo programowo najlepszej, gdy nagle olśniła mnie myśl, że nie jestem aż tak znaną blogerką żeby aż chcieli mnie wkręcać.
Zrozumiałam, że żadne to Hollywood, że dzieje się to naprawdę.
Uznałam, że skoro mam w planach kupienie cebuli, a nie sztabek złota, to czemu nie? Wszak kto nie ryzykuje ten nie pije potem syropu z cebuli!
Dziarsko podjęłam więc rzuconą rękawicę. „Wchodzę w to! Proszę zważyć towar”.

Daleki krewny rodziny Soprano spakował do siatki moje cebule, następnie uniósł siatkę najpierw prawą ręką, potem lewą, zacmokał, spojrzał w niebo i zawyrokował:
– Tu będzie z kilo dwadzieścia, odjąć?
– Nie, niech zostanie, jest pan pewien?
– A skąd mam być pewien? Ktoś z nas stracił, albo ja, albo pani. Nie dowiemy się nigdy.

Wallander potrzebny od zaraz! Takie rzeczy tylko u nas.





płaszcz – Sheinside | botki – Shoelook, Clara 129pln

You may also like

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.