CO LUDZIE POWIEDZĄ!

Często pytacie mnie, w jakim języku rozmawia się u nas w domu.
No i cóż, to temat na zdanie wielokrotnie złożone z kilku różnych języków.
Dla niewtajemniczonych – mój mąż jest Brazylijczykiem, stąd językowe zamieszanie w naszym domu.

#jak rozmawiamy w domu
Ale jak to wygląda w praktyce?
Otóż ja mówię do dzieci po polsku, mąż mówi do dzieci po portugalsku, ale my z mężem rozmawiamy po angielsku. Tak się jednak składa, że mąż po polsku mówi biegle, nawet skończył studia w tym języku! Czemu więc nie rozmawiamy ze sobą po polsku? Oto jest pytanie. I wierzcie mi, nie jest to przejaw jakiegoś przaśnego kosmopolityzmu, ja po prostu nie potrafię wykrztusić z siebie zdania po polsku, kiedy mówię do niego. A kiedy próbuję, robię to tak nieporadnie, jakbym mówiła w obcym języku.
A po jakiemu mówią dzieci? Mąż mówi do nich po portugalsku, ale odpowiadają po polsku. I czasem nam się wydaje, że tylko rozumieją ten język. Tymczasem wystarczy tydzień w Brazylii, żeby dzieci przestawiły się całkowicie na język taty. Okazuje się wtedy, że mówią biegle, z pięknym akcentem. Obserwowanie tego zjawiska jest wręcz niesamowite. Podobnie jest, gdy odwiedza nas rodzina z Brazylii. Przez pierwszych kilka dni dzieci próbują polskiego, ale kiedy to nie skutkuje, zaczynają mówić po portugalsku.
Teraz, kiedy jest u nas mama mojego męża, w domu wybrzmiewa właściwie tylko portugalski. Kiedy teściowa musi załatwić coś sama, zabiera ze sobą któreś z dzieci w roli tłumacza.
Pytacie mnie często w jakim języku ja porozumiewam się z teściową. Po portugalsku.
To też jest dosyć ciekawe, bo nigdy nie uczyłam się tego języka, Mąż od dziesięciu lat nieustannie mówi tak do dzieci i kiedy rok temu przyjechała do nas jego mama na trzy miesiące, okazało się że rozmawiam z nią bez problemu. Wszyscy byli zaskoczeni: „Sara, ty biegle mówisz po portugalsku!”, ale najbardziej zaskoczona byłam ja 😀
No i ostatnia kwestia – czy dzieci mówią po angielsku? Powiedziałabym, że zdecydowanie nie, bo raczej im się to nie zdarza. Ale kiedy my ze sobą rozmawiamy po angielsku, co chwilę się wtrącają… po polsku.

#o tym jak mój mąż w bólach uczył się polskiego
Mój mąż jest językowym bohaterem. Co do tego nie mam wątpliwości. Polskiego nauczył się w mgnieniu oka. Już po półtora roku mówił na tyle dobrze, że bez problemu rozmawiał z tymi, którzy nie mogli komunikować się z nim po angielsku.
Nie oznacza to jednak, że było łatwo.
Doskonale pamiętam, jak będąc jeszcze w Londynie, dyskutowaliśmy o czymś zapamiętale ze znajomymi z Polski. Stojący obok nas Brazylijczycy (w tym mój przyszły mąż), gapili się na nas z wytrzeszczonymi oczami, aż w końcu ktoś z nich nie wytrzymał: „Przestańcie! Można oszaleć od tego szelestu!!”.
Później mój mąż wyznał mi, że polski brzmiał dla niego jak chiński – „żadnego słowa nie da się wyodrębnić, nieustanny szum, koszmar”.
Pan Ferreira jednak ma dar do języków i szybko nauczył się wyodrębniać słowa z polskiej masy językowej, a nawet nauczył się prostych zdań.
Nigdy nie zapomnę, jak po zaledwie kilku miesiącach pobytu w Polsce, wrócił do domu przybity z zakupów spożywczych: – Co się stało, kochanie – dopytywałam. – Nic takiego, po prostu sprzedawczyni poznała, że nie mam polskiego akcentu – pożalił się.
Innym znowu razem, wrócił do domu ze sklepu wielce ukontentowany. Ze zdumieniem odkryłam, że kupił polędwice w plasterkach: – Wow, kochanie, kupiłeś polędwicę? – zapytałam, wiedząc, że musiał ustawić się po nią w kolejce i poprosić o konkretną ilość. – Tak, powtórzyłem dokładnie to samo, co kobieta przede mną – odparł zadowolony. – Czyli co? – Poproszę piętnaście do polędwica – pochwalił się mąż.
Natomiast prawdziwym szokiem dla pana Ferreiry były polskie imiona. Któregoś dnia wrócił z pracy, chichocząc od progu: – Usłyszałem dziś takie imię, że padniesz! – oznajmił radośnie.
– GRZEGRZORZ! Czaisz? Typ ma na imię GRZEGRZORZ! – wyparował. – Przecież tego nie da się prawie powiedzieć, GRZEGRZORZGRZEGRZOSZ, hahaha. To powinien być odgłos, a nie imię! – podsumował, rżąc.
Kolejnym imieniem, o którym nie sposób nie wspomnieć jest „Wojtek”.
– Wojtek?! – zakrztusił się mój mąż – Wojtek?! Macie takie imię?! – i zaczął zwijać się ze śmiechu.
– Tak, ale nie wiem co w tym śmiesznego? – odpowiedziałam, bo akurat jakoś mnie to nie śmieszyło, w przeciwieństwie do Grzegrzorza.
– No jak to? Wojtek? Wojtek?! Woj-Tech, High-Tech! Wojtek! Wojtek to się może zepsuć w samochodzie – o stary, niestety nie przyjadę, wojtek mi się zepsuł – kpił bezlitośnie.
Były też słowa, które doprowadzały mojego męża do szału ze względu na brzmienie: – co za głupi język! – krzyczał czasem w nerwach – zrobiłem z siebie wariata, poprosiłem w sklepie, żeby mi zapakowali psisko do siatki, a się okazało, że powinienem był powiedzieć „wszystko”, a przecież to brzmi tak samo!!!
Natomiast „Wawrzyniak” już na zawsze będzie miejscem, w którym mój mąż kupuje warzywa i koniec.

#teściowa i moi rodzice
Ale teraz najlepsza historia.
Moja teściowa komunikuje się ze światem właściwie tylko po portugalsku. Moi rodzice natomiast mówią dobrze po angielsku. Niestety teściowa zna tylko kilka angielskich słów. Tak więc wydawać by się mogło, że nie pogadają.
Tymczasem wyobraźcie sobie, że kiedy moja teściowa jedzie sama w odwiedziny do moich rodziców, gadają o wszystkim!
Opowiadają sobie życiorysy ze szczegółami, umierają ze śmiechu i snują plany na przyszłość!
Kiedy pytam ich w jakim język się komunikują, nie wiedzą! Ot, ktoś wrzuci jakieś słowo po portugalsku, ktoś po angielsku, jeszcze dwa przysiady i obrót i już wiadomo, że mowa wujku, który kiedyś w Brazylii hodował psy i to były dokładnie takie same psy, jak tego kuzyna, co onegdaj mieszkał pod Radomiem, a skoro o Radomiu mowa, to był taki jeden, co wyemigrował do jakiegoś miasta w Brazylii, bodaj do Kurytyby! Tak, Kurytyba, Polacy, PIEROGI!! Ruskie! Czy polskie?
Polsko ruskie.
I tak rozmowa się kręci i nikomu nie potrzeba jakiś czasów zaprzeszłych, trybów przypuszczających i imperatywów kategorycznych. Ot, jak człowiek chce, to się dogada.

#ja w Londynie
Obserwując to fascynujące zjawisko całonocnych rozmów teściowej z rodzicami, przypomniałam sobie siebie sprzed dwunastu lat, kiedy to wyjechałam do Londynu.
Angielski znałam wybornie, a jakże! I co się okazało? Że zasady, które ja miałam w jednym paluszku, inni mieli w dupie. Bo zanim się wypultałam i zdecydowałam, czy „I will go” czy „I will be going”, to rozmówca już sobie znajdował inną osobę „to go with”. I tyle było mojego gadania.
W szkole nauczyli mnie na blachę zasad. Ale nikt nie nauczył mnie mówić.
Zresztą wielu moich znajomych do dziś boryka się nie z nieznajomością języka, ale strachem przed mówieniem. A moim zdaniem nie ma co się wstydzić, najważniejsze to się komunikować.
Jeżeli ludzie się dogadują, to nie jest to ani Present Continous ani Present Simple, it is just Perfect!

#jaka szkoła angielskiego dla dzieci?
W tym roku postanowiłam zapisać na angielski moje dziewczyny, czyli Marynię i Sofijkę (9 i 7l.)
Byłam pewna jednego – znaleźć taką szkołę, gdzie uczy się przede wszystkim komunikowania po angielsku i to w formie zabawy.
Bo kiedy przypominam sobie siebie z czasów dzieciństwa na koszmarnie nudnych lekcjach angielskiego, gdzie priorytetem było wstawienie właściwej formy czasownika w lukę, to nadal jest mi niedobrze.
Poza tym nie jestem zwolenniczką posiadania przez dzieci dużej ilości zajęć pozalekcyjnych, więc zależało mi, żeby te zajęcia dla dzieci były po prostu frajdą.
Przede wszystkim jednak, żeby mówienie po angielsku nie było dla dzieciaków czymś żenującym, w obawie przed popełnieniem błędu.

#co ludzie powiedzą
Przeczesałam więc internet i trafiłam na Co ludzie powiedzą.
Już od progu zakładka „O nas” puściła do mnie oko: „Wkuwanie słówek? Żmudne wypisywanie regułek gramatycznych? Czytanie tekstów po cichu na zajęciach, żeby lektor mógł pogrzebać w telefonie? Zapomnij. Jeśli tego właśnie oczekujesz po zajęciach z angielskiego, to zapraszamy do konkurencji.”
Z rzeczy, konkretnych, które zadecydowały o tym, że zdecydowałam się zabrać dzieci na zajęcia próbne:
– małe grupy – max siedem osób
– uczenie poprzez zabawę
– innowacyjne metody nauczania: wizualizacja słów – dzięki skojarzeniom szybciej zapamiętuje się trudne słowa i frazy. Gry językowe, które w naturalny sposób utrwalają konstrukcje gramatyczne. Storytelling, czyli to co właściwie robią moi rodzice i teściowa 😉
Role-playing – odgrywanie scenek, tak żeby przełamać barierę komunikacyjną.
– mówienie w praktyce
– przełamanie stresu
– to nie tylko szkoła angielskiego, ale też kultury brytyjskiej, dlatego przynajmniej raz w miesiącu, organizowane są eventy tematyczne, żeby zaznajomić się z kulturą i tradycją Wielkiej Brytanii.

Na zajęciach próbnych dzieci faktycznie bawiły się na tyle dobrze, że musiałam przekupić ich lodami, żeby dały się wyciągnąć ze szkoły.
To co dla mnie jest też istotne, jako osoby dowożącej dzieci na zajęcia kilkanaście kilometrów, to fakt, że mam gdzie czekać podczas zajęć. Piętro niżej powstaje właśnie kawiarnia z myślą między innymi o rodzicach, którzy często nie mają gdzie się podziać.
Szkoła ma też własną kawę, wypalaną specjalnie dla nich i sygnowaną ich nazwą. To oczywiście drobiazg, ale jako totalna kawo-maniaczka musiałam o tym wspomnieć.

Pytaliście jaką szkołę angielskiego dla dzieci wybrałam, więc odpowiadam. Mam przeczucie, że to dobry wybór, ale dopiero za rok będę w stanie wydać rzetelną opinię.

Tymczasem psiskiego dobrego Kochani!

KONKURS tołpa. #nietylkomama

You may also like

19 komentarzy

  1. Mam pytanie praktyczne – jak ogarniesz wożenie dzieci po szkole na zajęcia dodatkowe do Lublina? Ja szczerze mówiąc nie widze tego. Szkoda mi moich zmęczonych dzieciaków, sama też wolałabym spędzić po pracy czas inaczej, niż czekając aż skończą się lekcje… W zasadzie szkoła podstawowa + szkoła językowa = dzień wyjęty z życia. W przedszkolu angielski (dodatkowy) jest dostępny w czasie zajęć i nie trzeba nigdzie siedzieć wieczorami. Ja sama już o tej porze nic nie przyswajam. Myślę raczej o prywatnych lekcjach, można znaleźć naprawde dobre osoby (z polecenia), które przyjadą do domu i nie będą przerabiały ksiązki rozdział po rozdziale.

    1. My już w grudniu ruszamy z kawiarnią na parterze, więc będzie można spokojnie poczekać na maluchy, nim skończą zajęcia 🙂 Wypić zacną kawkę, zjeść przepyszne ciacho lub grillowaną kanapkę i poplotkować z koleżanką 🙂 Zapraszamy do śledzenia nas na facebook.com/cafe.coludziepowiedza.co 🙂

  2. 4 lata temu przyleciałam do UK i bałam się nawet przedstawić a co dopiero powiedzieć coś o sobie albo opowiedzieć jakąś historię 😛 6 lat nauki angielskiego w szkole w plecy. No bo jak odmieniać te cholerne czasowniki… A co jak powiem coś źle i ktoś mnie nie zrozumie??? To był dramat. Małymi kroczkami szłam sobie do przodu az w końcu na mojej drodze stanęli tak cudowni Anglicy, że całą gramatykę schowałam do szafy! Teraz gadamy o wszystkim i choć nie zawsze się w pełni rozumiemy to i tak jest wesoło 😉 Oni uczą mnie angielskiego a ja ich polskiego. Pozdrawiam 🙂 :*

  3. Uwielbiam Pani bloga 🙂
    Z wypiekami na twarzy oczekuję na każdy kolejny fragment z życia i perypetii Rodziny.

    Psiskiego dobrego i Good Luck!

  4. Ahaha, cóż za wspaniały teskt! Ja jestem z argentyńczykiem prawie rok. Przeprowadził się dla mnie do Polski i tu planujemy zostać i też czasem się zastanawiamy jak będzie funkcjonować nasza rodzina, jeśli będziemy używać trzech języków: polski, hiszpański i angielski. Dlatego bardzo interesuje mnie jak to wygląda w innych multijęzycznych rodzinach. A fragment o rodzicach bardzo mnie rozśmieszył. Nasi poznają się dopiero w przyszłym roku i ciekawa jestem jak dadzą radę z polskim i hiszpańskim.

  5. Wielojęzycznosc to piękny prezent dla dzieci. U nas w domu też bywa wesoło. Otaczają mnie cztery języki, w których czasami się gubię, za to mój syn skacze z jednego na drugi tak naturalnie, że za każdym razem otwieram szeroko oczy i myślę sobie, że ja też tak chcę.

  6. Gratuluje znalezienia takiej fajnej szkoły 🙂

    Jest dla mnie niepojęte, że od lat w Polsce uczy się przede wszystkim gramatyki a nie uczy mówienia. Ja się nauczyłam angielskiego na studiach, w prywatnej szkole, bo cała moja edukacja szkolna i wyższa w zakresie tego języka opierała się własnie na kuciu słówek (poco? jak nie rozmawialiśmy potem), gramatyki i wstawianiu słów w lukę. Jest 20 lat później i widzę, ze moje dzieci w szkole publicznej są uczone tak samo. Też testujemy lokalna szkołę, ale po roku młodsza nie chce o niej wracać a starsza owszem chce ale na zajęcia indywidualne, żeby własnie pogadać, bo w grupie ciągle robili jakieś zadania w podręczniku. Mam nadzieję, ze się nie rozczaruje.

  7. Miałam coś napisać sensownego. Ale kurczę uśmiałam się tak, że już nie mogę. Nic sensownego mi do głowy nie przychodzi poza tym, że powinnaś napisać książkę. Masz niesamowitą lekkość pióra <3

  8. Uwielbiam takie posty! Sama mieszkam od 16-tu lat w Paryzu i wiem , jak trudno nauczyc sie jezyka, wiec brawa dla Twojego meza – a te pomylki sa super-zabawne. Tez przez to przechodzilysmy, ja i moja siostra i polskie kolezanki, teraz mowimy biegle, chociaz akcent nam pozostal i Francuzi generalnie go uwielbiaja :).Obecnie moj narzeczony uczy sie polskiego, ma do tego dryg, co u nich raczej rzadkie, i akcent ma swietny, kiedys panie w samolocie myslaly , ze zaczepiaja Polaka.

    Wielojezycznoc to chyba jeden z najlepszych posagow, jakimi mozna obdarzyc dzieciaki, Wasze juz sa bogate 🙂 Pozdrawiam,i oczywiscie psiskiego najlepszego :D.

  9. Ok Dziewczyno. 🙂 Może nie rzuciłaś mnie na kolana aż tak, żeby rzucić wszystko i przeglądać, co do tej pory stworzyłaś, ale zostaję.
    1. Pozytywna z Ciebie istota.
    2. Czuć, że dbasz o ten swój wirtualny dom (językowo, tematycznie, ogólnie 🙂 )
    Pozdrawiam ciepło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.