CZY CHODZIĆ Z DZIEĆMI DO RESTAURACJI, CZYLI CZYJAŚ CHWILA SPOKOJU KOŃCZY SIĘ TAM, GDZIE ZACZYNA SIĘ WRZASK TWOJEGO DZIECKA

Czy ja Wam kiedykolwiek opowiadałam, że pracowałam w Londynie jako kelnerka?
I, że z hukiem wyleciałam z tej roboty, bo nie wytrzymałam i zapytałam klientów, dlaczego zachowują się jak świnie, skoro to nie chlew?

Zanim mnie ocenicie i obrzucicie czerstwym chlebem, pozwólcie, że opowiem Wam swoją historię…

#żywot kelnera
Rozkoszna knajpka na Muswell Hill. Do pracy chodziłam na piechotę.
Za dnia kafejka ze śniadaniami i lunchami.
Wieczorem restauracja z romantyczną kolacją przy świecach.
Lubiłam tę pracę, zwłaszcza, że po zamknięciu mogliśmy napić się wina i zjeść wszystko na co mieliśmy ochotę.
Ale wiadomo, życie to bajka, a w każdej bajcie jest czarny charakter, którego nienawidzą wszyscy.
I u nas to były weekendy.
Tak więc rano byliśmy kafejką, wieczorem restauracją, a w weekend chlewem.
Bo w weekendy przychodziły rodziny z dziećmi.
No i niestety, w sobotę po zamknięciu nie mogliśmy już napić się wina.
W sobotę po zamknięciu musieliśmy odgruzować lokal i przygotować się na kolejny desant rodzin z dziećmi.
Tak więc należało zeskrobać cały jadłospis ze ścian, podłóg, sufitów i szyb oraz uzbroić się we wrzasko i jedzenioodporny kaftan cierpliwości na dzień następny.

#dzień w którym wyleciałam z roboty
Pamiętam jak dziś. Rodzinka z trójką dzieci. Wyglądają całkiem sympatycznie. Nic nie zwiastuje katastrofy.
Wtem! Rodzinny obiad niedzielny zamienia się w mecz rugby z użyciem jedzenia.
Rozgrywający rzuca jajkiem sadzonym do wirtualnej bramki, nie trafia, zawodnicy z drużyny przeciwnej odpowiadają fasolą, jeeeest! Bramka!! Do akcji wkracza kiełbasa, przemierza restauracyjne boisko i ląduje na ścianie, zawodnicy w euforii, kopacz przejmuje kiełbasę, dziarsko omija przeszkody i rzuca się z kiełbasą na ziemię, tłum skanduje, emocje zenitują, jeeest reeeeeeemis!
Zobaczmy jak w locie sprawdza się bekon!! Bekon w natarciu, pędzi wprost do bramki, słuuuuupek! Gawiedź szaleje, co za mecz!!
Na ławce rezerwowej – talerze, kubki i sztućce. To ich czas! Latające talerze rozgrywają kolejna partię meczu, zawodnicy przerzucają się talerzami! Kiełbasa lata, bekon wiruje, fasola w natarciu, pankejki fruwają, zawodnicy walczą o jedzenie!!
Co za spektakularny pojedynek!!
Co za gra!!
Co za emocje, proszę państwa!!!!!!!!
I ani jednego gwizdka. Sędziowie siedzą sobie spokojnie, a zaraz pod ich nosem tak ekscytujące spotkanie jedzenia ze ścianą.
Nie widzą fauli, nie dają upomnień, żadnej żółtej kartki…
I to jest właśnie ten moment, kiedy z moich ust pada pamiętne pytanie o świńskie koligacje.
Na boisko wkracza manager i wręcza mi czerwoną kartkę.
Zdejmuję fartuch, zrzucam pancerz cierpliwości i ostentacyjnie wachlując się czerwoną kartką, opuszczam chlew, kierując się w stronę zachodzącego słońca.


Trzeba po prostu – uszanować obecność drugiego człowieka

#nie zmieniaj czyjegoś spokoju w niespodziewany mecz rugby
Kto by pomyślał, że po tak traumatycznym kursie do życia w rodzinie, sama szybko zostanę matką trzech smoków. A jednak!
Co prawda nie miałam gotowego planu wychowawczego, ale jedno było pewne – wychowywać dzieci tak, żeby nie zmieniały czyjejś chwili spokoju w niespodziewany mecz rugby, bez względu na to czy jesteśmy w restauracji, czy na plaży.
Zresztą miałam doskonały wzorzec – moi rodzice, którzy powołali na świat aż pięć smoków w małych odstępach czasu.
Gdziekolwiek się nie pojawialiśmy, rodzice zasypywani byli pochwałami – pięcioro, a jakoby nikogo nie było!
Byliśmy wychowywaniu w przekonaniu, że nie jesteśmy pępkami świata, wszak świat nie może mieć aż pięciu pępków! Że trzeba uszanować czyjąś ciszę, czyjąś przestrzeń, czyjś spokój.
Że trzeba po prostu – uszanować obecność drugiego człowieka.


Nie zmieniaj czyjegoś spokoju w niespodziewany mecz rugby

#reakcja
Oczywiście, można snuć piękne teorie, że nasze dziecko będzie wzorem ogłady, a później przychodzi rzeczywistość i daje nam w mordę.
Nigdy nie zapomnę, jak roczna Marynia zamieniła niepozorną przejażdżkę autosanem w scenę rodem z „Egzorcyzmów Emily Rose”, utkaną z konwulsji, histerii i rzygów.
Stoimy w korku, Emily skowyta i kaszle zawartością żołądka. A autobusowa sala kinowa 3D, pełna po kurwa, brzegi!
„W razie wypadku szybę stłuc młotkiem” – rzecze tablica informacyjna, i autentycznie rozważam tę opcję.
Na pierwszym przystanku wysiadamy – ja matka wyklęta ze swoim obłąkanym wzorem ogłady.
Ta koszmarna historia ma jednak morał. Otóż wysiadłam z autobusu.
Bo tak naprawdę, kiedy dziecko ma zatarg z savoir vivrem, można zrobić więcej niż gwizdać i patrzeć w niebo, udając że to nie nasze – można zareagować.
Dziecko, które w miejscu publicznym zachowuje się nieznośnie, jest denerwujące.
Ale prawdziwą zmorą jest rodzić, który na to nie reaguje – ot, dziecko, musi się wyszaleć! Cóż poradzić, że zachowuje się, jakby uderzyło mu głowy mleko Debilon.

Żeby zrobić zdjęcia do dzisiejszego wpisu, odwiedziliśmy INSOMNIĘ – zaprzyjaźnioną restaurację.
Podpytałam więc właścicielkę – Natalię, czy miewa takich uciążliwych klientów i jak wychodzi z opresji.
Okazało się, że jakiś czas temu, goście z dzieckiem skutecznie zatruli niedzielny obiad wszystkim przebywającym w restauracji. – Ostatecznie musiałam uświadomić niefrasobliwych gości, że posiłek powinien być przyjemnością nie tylko dla nich, ale również dla współbiesiadników. I że jako rodzice biorą odpowiedzialność za swoje dziecko – opowiada Natalia.

Czyjaś chwila spokoju kończy się tam, gdzie zaczyna się wrzask Twojego dziecka – nie warto o tym pamiętać, o tym pamiętać należy.
Nie warto reagować, reagować należy.

#restauracje bez dzieci?
Tymczasem przez internet znowu przechodzi jakaś rodzicielska awantura – restauracja do której nie wolno przychodzić z dziećmi? Cóż to za pomysł! Najlepiej w ogóle niech dzieci mieszkają w budach z psami. To wymysł tych egoistycznych bezdzietnych singli! A kysz!
W tej kwestii zgadzam się w pełni z moją sześcioletnią córką, która powiedziała ostatnio: „to oczywiste, że dorośli czasem muszą pobyć sami, bez dzieci”.

#restauracje dla dzieci
Awantura o restauracje bez dzieci, wydaje mi się o tyle kuriozalna, że miejsc gdzie milusińscy są mile widziani jest masa.
Co druga witryna restauracyjna kusi promocjami, kącikami zabaw, animatorami.
I zawsze, kiedy idziemy do restauracji wybieram miejsce, gdzie moje dzieci będą mile widziane.
W innym wypadku skazuje na niepotrzebny stres i nerwy nie tylko siebie, ale też dzieci i obsługę restauracji.
Tak naprawdę wystarczy niewiele – kartka papieru i kredki czynią chwile oczekiwania na jedzenie zdecydowanie lżejszymi.


#tylko frytki i nuggetsy z kurczaczka?
Mamy w domu taką zasadę, że jeśli czegoś nie spróbowałeś, to nie masz prawa mówić, że tego nie lubisz.
– Bleeeh, nie lubimy tego, to jest ohydne!
– Skąd wiecie? Próbowaliście?
– Nie, ale widzimy, że to jest wstrętne!
– Najpierw spróbujcie.
[próbują]
– O rety! Ale to pyszne!
Tak oto odkryliśmy, że miłość do owoców morza nasze dzieci wyssały z mlekiem!
No i niestety teraz musimy się z mężem chować po kątach z tymi krewetkami. To oczywiście wcale nie pomaga, bo kiedy już sądzisz, że udało Ci się ją bezgłośnie spożyć, zaraz jakiś Sherlock zapyta „mamo, a dlaczego ci pachnie z buzi krewetką?!”
Kiedy jestem w restauracji mam jedną zasadę – zamówić coś, czego raczej sama w domu nie zrobię, spróbować czegoś nowego.
Dlatego rzadko zaglądam do „menu dla dzieci” – z zamkniętymi oczami wiem, co znajdę – rosołek, nuggetsy z kurczaczka i naleśniczki – a ja nie znoszę zdrobnień!
Lubię kiedy nie tylko ja odkrywam nowe smaki, ale dzieci też.
– Ponieważ nie mamy specjalnego menu dla dzieci, pytana co rekomenduję, odpowiadam – na przykład owoce morza. Rodzice zazwyczaj są zaskoczeni, ale mile – jak to nie frytki? – żartują – mówi Natalia z INSOMNI, a my ochoczo korzystamy z jej rekomendacji.
Zamawiamy plater krewetek, muli, przegrzebków, kalmarów i ryb oraz ośmiornicę!
No i nie zgadniecie – największą furorę zrobiła ośmiornica – nie mogę wprost uwierzyć, że dzieciaki ochoczo pochłaniają macki i nikt nie mówi „bleeh, ohyda”.


Kartka papieru i kredki czynią chwile oczekiwania na jedzenie zdecydowanie lżejszym

#a tak w ogóle to po co do restauracji, skoro można zjeść w domu
Do restauracji chodzę po chwile spokoju, po inspiracje, po pyszne jedzenie, po nowinki kulinarne.
Po wspomnienia – kiedy te urwisy urosną i pokazywanie się z matką na mieście stanie się siarą, ze łzą w oku będę wspominać te nasze spacery, zakończone pizzą, gorącą czekoladą, lodami i głupawką.
Poza tym są takie chwile w moim życiu, kiedy uważam, że nie ma nic piękniejszego nad czystą kuchnię.
Wyobrażam sobie wtedy, że tak naprawdę to nie jest wcale kuchnia – że jest to muzeum gastronomii i że nikomu nie wolno dotykać eksponatów kuchennych, że należy słuchać przewodnika i pod żadnym pozorem nie można jeść i pić!
Wtedy właśnie najlepiej udać się do restauracji.


Kiedy idziemy do restauracji wybieram miejsce, gdzie moje dzieci będą mile widziane

#wzór ogłady
Tak więc któregoś dnia zabieram dzieci do restauracji. Pani kelnerka zbiera zamówienie. Kolej na Lolka:
– Ja poproszę rosołek – mówi.
– Czy coś jeszcze? – dopytuje kelnerka.
– Tylko rosołek, zamówiłbym jeszcze coś do picia, ale obawiam się, że się zrzygam jak pomieszam – kulturalnie odpowiada mój syn.


Czyjaś chwila spokoju kończy się tam, gdzie zaczyna się wrzask Twojego dziecka

Dzisiejszy wpis powstał dzięki gościnności i życzliwości restauracji INSOMNIA (ul. Skłodowska 12 w Lublinie).
Jesteście tam mile widziani z pociechami, trzeba tylko pamiętać, że posiłek ma być przyjemnością dla Was i dla Waszych współbiesiadników 🙂

PS Koszula, którą mam na sobie jest ze sklepu Preska.

Podaj tekst dalej

You may also like

13 komentarzy

  1. Jak widzę takie mecze rugby w restauracji, to zastanawiam się, czy w domu też są takie rozgrywki – bo skoro „to tylko dziecko i nie usiedzi”, to w domu dalej jest dzieckiem i chce zdobywać punkty rzucając ziemniakami.
    Zawsze mnie rozbraja, jak ludzie mówią, że na południu Europy jest luz, dzieci biegają i nikomu to nie przeszkadza – byłam kilkanaście razy we Włoszech, dzieci są swobodne, żartują, śmieją się, ale naprawdę na palcach jednej ręki mogę policzyć, żebym widziała, jak się drą, rzucają jedzeniem czy bawią się w berka między stolikami, tacy wyluzowani ci włosi, a jednak potrafią upilnować dzieci.

  2. Chętnie przeczytałabym post o Twoim sposobie wychowania, jesteś dla mnie inspiracją 🙂 Moja córka za tydzień kończy 2 latka, wciąż wymaga bycia w centrum uwagi, mimo że staram się uczyć ja, że jest czas który spędzamy razem a także czas kiedy muszę coś zrobić a ona może pomóc albo zająć się sobą, niestety zazwyczaj ta druga opcja zwykle wychodzi słabo.

  3. Jesteśmy w niedziele w restauracji. Wojtek zamawia pstrąga w sosie kurkowym, a kelner mówi, że może jednak wolałby menu dla dzieci, frytki, kurczaczek w panierce i marchewka. Wojtek : „hmmm wie pan, wolałbym coś porządnego” . Na imprezach też rodzinnych typu wesele i inne chrzty dziwi mnie menu dla dorosłych , a dzieci mają co innego. Ciągle te frytki i kurczaczek….bleeee.

  4. Restauracja z zakazem wstępu dla dzieci. Fryzjer męski z zakazem wstępu dla kobiet. Sama się nad tym mocno zastanawiam, bo rozumiem racje obu stron. Ale… dziwny jest ten świat.

  5. Saro, swietny post!

    Wielkie brawa dla Ciebie za rozsadek i kulture osobista. Kiedys poklocilam sie z dzieciata kolezanka-powod: jej rozkapryszone dziecko przy stole w restauracji i jej slaba na to reakcja.
    Mieszkam w Paryzu i tutaj chodzenie do restauracji z dziecmi jest na porzadku dziennym, ale jakby ktos zrobil taki sajgon,jak ta rodzinka z Londynu, to dostalby wilczy bilet oraz ostracyzm towarzyski w pakiecie. Dzieci uczy sie zachowania przy stole od najmlodszych lat, i nauka idzie im raczej dobrze – a wszystko zaczyna sie w domu, przy stole rodzinnym. Panuje tez czesto zasada, ze trzeba sprobowac wszystkiego, zanim sie powie ze bleee – zupelnie jak u Ciebie. Naprawde szacunek za takie podejscie,dajesz swoim dzieciom fantastyczny posag na zycie.
    Wszystkiego dobrego i wielu udanych wypraw do restauracji!
    P.S. Mleko Debilon, hue hue <3

  6. Od niedawna jestem mamą i też dbam o komfort innych. Czy to kościół, czy sklep, gdy dziecko się rozwija dźwiękowo, od razu się ulatniamy, żeby nie przeszkadzać innym. Na szczęście dosyć często spotykam się z takimi reakcjami rodziców, a wyjątki niestety zawsze się zdarzają.

  7. „#a tak w ogóle to po co do restauracji, skoro można zjeść w domu”
    Bo możesz, bo lubisz, bo dla przyjemności, żeby pokazać dzieciom świat, rany, czy z tego się trzeba tłumaczyć?

  8. Brawo, mądra kobieto!
    My z naszymi dzieciakami (a niedługo będzie ich trzy, biorę przykład od najlepszych:D ) bywamy w różnych dorosłych miejscach – na koncertach, imprezach, wystawach i restauracjach też niekoniecznie tych klubikach dziecięcych, chodzi o oswajanie i właśnie nauczenie trochę ogłady. Ale zawsze bardzo dbam o to, żeby zachowywały się odpowiednio. Gdy jest kryzys, złe humory czy coś, po prostu wychodzimy, z szacunku dla innych, po prostu.
    Ale sam „zakaz wstępu” to chyba specjalnie w taki prowokacyjny sposób zrobione, żeby rozhulać burzę;) Można było, nawet ten sam komunikat przekazać inaczej;)

  9. Saro, muszę się podzielić dwoma spostrzeżeniami.
    1) Uwielbiam Twój styl pisania. Jesteś dla mnie Hitchcock’iem słowa pisanego, który zaskakuje doborem słów i bawi się nimi z niezwykłą lekkością. Brawo!
    2) Wyglądacie przepięknie 🙂

  10. Może to mało restauracyjne ale- nasze trolle są przy stole nie do opanowania majac lat 1 oraz 3. Jedno pluje i krzyczy drugie jest tym zniesmaczone. Z tego powodu nie organizujemy imprez i wystawiamy się na przycinki całej rodziny że jak to tak bez urodzinek itp. No właśnie tak – ja nie jestem w ciągu dnia w stanie nic zjeść bo trolle są cały czas w ruchu nawey jak są zapięte w fotelikach. No to jak tu jeszcze gościom dogodzić. Jakiś paralizator dziecięcy? Super post. W samo sedno. Chcą niech idą świętować nasze urodzinki do restauracji kidsfree 😉

  11. No i to się nazywa przemyślany i zdecydowanie warty przeczytania wpis! Udostępniam, aby większa ilość i tych mających dzieci i tych je dopiero planujących, mogła się zagłębić w tych mądrych słowach 😉

  12. Oniemialam z wrazenia. Tu, gdzie mieszkam, panuje model: „Mam dziecko i wszystkich uszczesliwie swoim losem=darciem geby” Nie rozumiem tego. Mi jako rodzicowie nie jest przyjemnie, kiedy moje dzieci zachowuja sie jak swinie (rzadko, ale jednak sie zdarza) w domu i w miejscach publicznych i po prostu w takich sytuacjach zawsze i zewszad wychodzilam, ale innym rodzicom zanieszyszczanie srodowiska przez wlasne pociechy nie przeszkadza, bo one sa emanacja ich statusu niczym drogi samochod. Mieszkam w Belgii, a chodzi mi o dzieci polskie. Belgijskie sa wychowane na modle francuska, zimny chow i dyscyplina;-).
    Z kolei wczoraj w bibliotece spotkalam pania z dwojka malych dzieci, w tym jednym niemowlakiem. Przyszla poczytac im ksiazki. Pomijam potrzeby niemowlaka, do ktorych nie nalezy przebywanie w zatloczonych miejscach. Ani ja, ani syn, nie moglismy poczytac, ubogaceni…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.