CZY ROBIĘ ZAKUPY W SIECIÓWACH?

Onegdaj moja przyjaciółka uczyła pewnego obcokrajowca języka polskiego. Ten po każdej lekcji żegnał się z nią, życząc jej „owocowego dnia”.
Doskonale pamiętam, kiedy powiedział to po raz pierwszy, P. akurat wpadła do mnie na kawę i kiedy powiedziała mi o „owocowym dniu” zataczałyśmy się ze śmiechu, po czym dziarsko zaadoptowałyśmy to powiedzenie.
Obecnie życzę zawsze i wszystkim owocowego dnia. Tak jest po prostu o wiele śmieszniej i zdecydowanie bardziej owocowo.
Piszę dziś o tym dlatego, że chyba jak nigdy wcześniej, tegoroczne wyprzedaże okazały się dla mnie bardzo owocowe!

Niedawno padłam ofiarą oskarżenia, jakobym nie była wiarygodna w roli szafiarki, albowiem deklaruję nienawiść do sieciówek, a następnie się w nich ubieram.
Otóż to zupełnie nie tak!
Ja po prostu uważam, że sieciówki mają mnie za idiotkę i stanowczo protestuję! Bo jak wytłumaczyć, że za szmatę rodem z poliestru, szytą w Bangladeszu, chcą ode mnie worka monet?
No Drodzy Państwo, tak to my się nie dogadamy!
Zaiste więc – zdarza mi się odwiedzać sieciówki, gdzie ostentacyjnie prycham i wychodzę, szukając ukojenia w lumpeksach, które nigdy nie kwestionują istnienia mojego rozumu.
A więc raz na zawsze rozprawmy się z mitem, jakobym deklarowała niekupowanie w sieciówkach.
Owszem kupuję, ale wtedy kiedy ceny są adekwatne do jakości.
Przykładowo dziś w znanym sklepie na Z. prawie wszystko kosztowało już 29zł. I to jest uczciwa cena za ordynarną szmatę. Kiedy rozleci się w czeluściach pralki podczas pierwszego prania, zaboli mnie mniej.
Ale żeby nie było, że jestem gołosłowna, podam świeży przykład – ledwie z wczoraj. Otóż widzę piękną sukienkę. Porywam ją do przymierzalni. Po chwili odkrywam, że:
– zamek jest zepsuty
– na szwie obok zamka jest dziura
– podszewka wystaje spod sukienki
– sukienka ma na sobie więcej mejkapu niż Kim Kardaszjan
Przyznacie – dosyć pokaźne portfolio, jak na teoretycznie nowe ubranie. Z ciekawości zerkam na metkę – pierwotnie to liche dziadostwo z dziurawym rodowodem kosztowało 199zł. Biedactwo.
Prycham. Ostentacyjnie. Jak chcą żebym to nosiła, to niech mi zapłacą.

Ale jak już wspomniałam tegoroczne wyprzedaże okazały się dla mnie bardzo owocowe – to znaczy nie dałam się ekhm… wykiwać, powiedzmy.
I tak oto na zdjęciu możecie podziwiać konfekcyjny plebs za rozsądną cenę – top 40zł (pierwotna cena 80, pff), spódnica 30zł (pierwotna cena 139zł!).
A to tylko czubek, może nie góry lodowej, ale przyzwoitej kupy ubrań.
Niebawem pokażę Wam sukienkę rodem z Zary, którą kupiłam za 39zł, a za oszczędzone 100zł kupiłam sobie kilka innych łachów.

Tymczasem kochani, życzę Wam owocowego dnia, owocowego weekendu i owocowego życia!





top – New Look
spódnica – h&m

You may also like

8 komentarzy

  1. Czekałam czy pod instagramowym postem z „zarową” sukienką posypią się gromy, że przecież to niezgodne z Twoim podejściem do życia itp., ale o dziwo obyło się bez takich 😉

  2. Otóż to! Jak widzę taką szmatkę brudną od pudru, wymiętoloną, pozaciąganą i do tego kosztuje 160 zł, to ja przepraszam bardzo, ale czy ktoś ze mnie wała chce zrobić? Za to ostatnio trafiłam bardzo dobrze w mojej ulubionej sieciówce z Danii, gdzie zostawiając 200 zł, przyniosłam do domu górę rzeczy w cenach od 15 do 40 zł. I tyle to ja mogę płacić i dobrze się czuć po zakupach 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.