CZYM JEST DLA MNIE MODA?

To była jakaś szósta klasa podstawówki. Dokonałam ostatecznego wyboru. Klamka zapadła. Nie było odwrotu. Zostałam hipiską.
Pamiętam dokładnie, co miałam na sobie tego dnia. Brązowe sztruksowe dzwony, czarną tunikę z szerokimi rękawami i kolorowym haftem przy szyi (swoją drogą, zacny był to ciuch, gdzie on jest?!). Moim plecakiem była kultowa wtedy „kostka”, czyli plecak wojskowy, który kupowało się w sklepie z mundurami. Nie było większego obciachu niż pojawienie się w szkole z nową kostką.
To było jak machanie flagą „jestem subkulturowym prawiczkiem, niech ktoś mnie rozdziewiczy!” Kostka musiała wyglądać na poharataną szczęką czasu. A ty z nią na plecach musiałeś wyglądać, jak starszyzna, reprezentowanej przez siebie subkultury, jak stary wyjadacz. To samo tyczyło się glanów. Nowe błyszczące glany były, jak powieszenie sobie na szyi tabliczki: „tak bardzo chciałbym lubić Metallicę, ale ciągle wolę Natalkę Kukulską”.
Umówmy się jednak, że mieliśmy po kilkanaście lat i to było po prostu fizycznie niemożliwe nosić kostkę od kilkudziesięciu. Dlatego w dniu, kiedy z przyjaciółką kupiłyśmy sobie te kultowe plecaki, wyszorowałyśmy nimi podłogę w jej mieszkaniu, a następnie całą klatkę schodową.
Wróćmy do dnia, kiedy zapadła moja stylistyczna klamka i zostałam hipiską. Doskwierało mi to. Zupełnie jakbym przyjęła religię, zgodnie z którą nie mogę założyć już eleganckiej sukienki. Ołówkowej spódnicy. Marynarki. Szpilek…
To uczucie z podstawówki towarzyszyło mi potem przez wiele lat w życiu. Pod wpływem jakiegoś wydarzenia, osoby, serialu, książki decydowałam, że oto od dziś będę reprezentować styl klasyczny/retro/nonszalancki/prosty. Za każdym razem było mi z tym źle. Jakbym złożyła przysięgę małżeńską niewłaściwej osobie.
Kiedy byłam zawziętą elegantką, tajniaczyłam się po kątach z oversizowym swetrem. Poślubiona grungowi, konspirowałam ze zwiewnymi sukienkami.
Czy ja po prostu nie mogę mieć haremu ubrań?! – pytałam. I jakiś niezidentyfikowany głos stylistyczny, tonem akwizytora mówił: „absolutnie nie. Do wyboru jest tylko klasyka, retro, nonszalancja i prostota. Proszę wybrać jedno i tu się podpisać”.
Boże, jak mnie to dręczyło!
Pożądałam jednego stylu, a jednocześnie nie mogłam wyrzec się innych. Byłam najbardziej niestałą w stylistycznych uczuciach osobą na świecie.
Postawiłam w końcu diagnozę. Cierpię na konfekcyjną schizofrenię. Jestem stylistycznie niezrównoważona.

Rozmyślałam nad tym ostatnio pod wpływem wpisu Venili Kostis „Nie mam własnego stylu”.
Okazuję się, że wiele osób ma dokładnie ten sam problem, co ja onegdaj (czyli nie mam ani własnego stylu, ani nawet własnych problemów!! Jestem chodzącym zaprzeczeniem oryginalności!)
Prawdę powiedziawszy nie pamiętam, kiedy pogodziłam się ze swoimi konfekcyjnymi przypadłościami, a tak musiało być, bo dosyć dawno stylistyczną schizofrenię zamieniłam na „zabawę modą” ( w CV możecie wpisywać „eklektyzm”, brzmi nieco bardziej wysublimowanie).
A mówiąc serio, kluczowy dla mnie był chyba moment, kiedy odpowiedziałam sobie na pytanie „czym jest dla mnie moda?”
Czytałam niedawno autobiografię Christiana Diora. Każda strona tej książki to moda traktowana ze śmiertelną powagą. Momentami chciałam krzyczeć „nie no Panie Diorze! Mówimy tylko o ubraniach”, a jednocześnie ta powaga mnie rozczulała. Kiedy Dior pisze o sobie: „Moim ideałem było, bym uchodził za dobrego krawca”, czy to nie chwyta za serce?
Powaga Diora wynikała z niezwykłych czasów w jakich przyszło mu żyć – właśnie kończyła się wojna. Nadchodząca moda była manifestacją nowych czasów. „Po mundurach czas na kwiaty”, pisał Dior. To piękne. I trudno nie traktować tego serio.

Czym dla mnie jest moda? W istocie jedynie zabawą, frajdą, przyjemnością. Tym fragmentem życia, gdzie mam najwięcej miejsca na zupełną beztroskę, nonszalancję, a nawet bezmyślność. Grzechy modowe są tymi najlżejszymi i po stokroć wolałabym widzieć ulice dziwaczne niż nudne i przewidywalne.
Mam to szczęście, że żyję w czasach i w szerokości geograficznej, że mój strój nie jest manifestacją ani deklaracją.
Przekleństwem zaś moich czasów jest wszechobecna masówka. I kilkadziesiąt lat temu we wspomnianej autobiografii pisał o tym też Dior, wstrząśnięty nieco Ameryką „wierzącą w pierwszeństwo ilości nad jakością”. Bardzo przypadło mi do gustu zdanie „Nadmiar może zaszkodzić dobremu smakowi”.

I ten nadmiar faktycznie robi nam czasem wodę z mózgu, nie możemy się zdecydować, czy będziemy hipiskami czy minimalistkami.
A wystarczy spojrzeć na stare fotografie naszych matek. Boże jakie one były stylowe! Jak to możliwe? W kraju, w którym nie było nic?!
No cóż, stojąc przed wyborem stylu, warto pamiętać, żeby przede wszystkim być sobą. Trąci banałem, ale to 90% procent sukcesu.

Na koniec zostawiam Was z fajnym cytatem z Diora. Wspomnijcie na niego, brodząc po kolana w bagnie współczesnych sieciówek:
„Bieda w zadziwiający sposób działa niczym czarodziejska różdżka. Kobieta, która może sobie pozwolić wyłącznie na kupno jednej sukienki, dokłada tyle starań do tego, by wybrać tę właściwą, że w efekcie wybiera dobrze. Tym sposobem często jest ona bardziej elegancka niż kobiety, które mają po kilka sukienek”.

*Zapożyczone cytaty pochodzą z książki „Dior i Ja”, Christian Dior.





sweter, spódnica, marynarka – lumpeks
szalik – Monika Kamińska
torebka – Lidl
zegarek – Aztorin

You may also like

30 komentarzy

  1. Odkąd Cię odkryłam w czeluściach Internetu, mam tylko jedno marzenie – pójść z Tobą na kawę! Czytając Twoje teksty oczywiście doceniam warsztat, humor i trafność, ale jednak na prowadzenie wychodzi bycie po prostu równą babką w tym zwariowanym, internetowym świecie… Tak trzymaj! :3

  2. Piękne to były czasy, kiedy plecak, którym umyto podłogę wciąż nadawał się do noszenia 😀 W walce o jakość już dawno dorosłam do tego, by absolutnie nie kupować ubrań z poliestru – choćby nie wiem jak piękne były. Niestety znacząco ogranicza to możliwości wyboru, ale wiem, że za każdym razem, kiedy zdarzyło mi się złamać tą zasadę, to później tego żałowałam.

  3. Oj, jak się zgadzam! Miewałam akcje, gdy urzekł mnie jakiś sweterek, ale myślałam sobie: „O nie, kochana, to nie jest twój styl, nie możesz sobie pozwolić na takie wykroczenie, bo wszystkie twoje starania, by zbudować własny styl przepadną w czeluściach Tartaru”. Oj, jak mi było ciasno!
    Uwielbiam słuchać o tym jak kobiety w czasach PRL-u szyły ciuchy z zasłon, same farbowały ubrania albo robiły na nich wzory! Ile w tym było indywidualności i oryginalności!

  4. Ha! Zupełnie jakbym czytała o sobie, i to dokładnie w tej samej kolejności 🙂 A plecak kostka był dla mnie najbardziej niewygodnym gadżetem na świecie, ale przecież nie można było nosić na plecach nic innego 😉
    Dziś wiem, że mam duszę hipiski, ale nie przeszkadza mi to założyć małej czarnej i niebotycznych szpilek. W modzie słucham po prostu siebie, tego, jak danego dnia się czuję i jak chcę wyglądać. Przerabiam wszystkie możliwe style, każdego dnia wyglądam inaczej (nie zawsze dobrze ;-P ), ale teraz, mając 33 lata, nie czuję się już z tego powodu winna. Jestem sobą. To była długa droga, ale w sumie piękna. I ciekawa.

    Pozdrawiam ciepło 🙂

  5. A dla mnie to jest właśnie styl – taki, który nie podpada pod żadną etykietę, bo wypływa z danej osoby. Uświadomił mi to kiedyś znajomy, który powiedział o czymś tam, że jest w moim stylu. „- O, to ja mam jakiś styl?” „- No po prostu jak coś widzę, to wiem, czy by ci się spodobało czy nie”.

    1. To też prawda, ostatnio przyjaciółka na wymianie ubrań wzięła dla mnie sukienkę, bo gremialnie z koleżankami stwierdziły, że „to cała Sara” 😀

  6. Też byłam hipiską:) I pamiętam, jak kiedyś moja przyjaciółka powiedziała do mnie z wyrzutem „wyglądasz ostatnio jak punkówa” 😀 Ach te szufladki stylistyczne (choć tu bardziej chodziło jednak o subkulturę)
    Bardzo podoba mi się ten cytat ostatni! W ogóle jest tak, że niedobór (nie tylko ciuchów), choć może niezbyt wygodny, wychodzi nam na dobre

    1. Tak jak napisałam – już tak nie myślę, ale w sumie fajnie słyszeć, że mam spójny styl. Z pewnością od kilku lat mój styl odzwierciedla mnie, jest spójny ze mną 🙂

  7. To prawda – w sieciówkach jakość pozostawia wiele do życzenia, a znalezienie czegoś w „swoim” stylu i nie za miliony monet graniczy z cudem. Przyznam, że przez to naprawdę zaczynam doceniać zakupy w małych lokalnych sklepach odzieżowych.
    P.S. Powtórzę się, szalik jest piękny!Pozdrawiam ciepło 🙂

  8. Zawsze myślałam,że jestem „bezstylowa” ale to,że tak nie jest uświadomiła mi moja przyjaciółka pokazując mi na wspólnych zakupach jakiś ciuch i stwierdzając”O ,to jest bardzo w Twoim stylu!”
    I choć ten mój styl jest również mocno eklektyczny to coraz lepiej mi z nim,a najbardziej jego istnienie uświadamiam sobie w momentach kiedy potrafię zrezygnować z najbardziej zajebistego ciucha,bo nie jest w „moim stylu”

  9. Styl,stylem a ja chciałabym przeczytać Twoja książkę. I pewnie wiele innych osób także 😉
    I to prawda że przy nadmiarze ubrań ciężko spotkać osoby u których widać że styl współgra z osobowością 🙂

  10. Kamień spadł mi z serca… okazuje się, że nie tylko ja cierpię na modową przypadłość niepozwalającą wpisać się w sztywne ramy konkretnego stylu ;)!!!
    Ech… to by było nudne :)!!!

  11. Miss Fereiro, jak już chyba mówiłam kiedyś, że CIę uwielbiam?

    Też szukałam kiedyś swojego stylu, jednak nie objawiał się on tym, że raz chciałam należeć do jednej subkultury a raz do drugiej. U mnie raczej wszystko obracało się w klimatach POP, ale z całą pewnością robiłam to źle:D Teraz z uśmiechem wspominam jak nosiłam kolorowe rajstopy, np. żółte i do tego fioletową spódnicę. Niestety nie wyglądałam jak Macademian Girl, tylko jak bardziej jak Klaun, który właśnie uciekł z cyrku. W każdym razie bardzo miło jest powsminać tamte czasy:D

  12. Obserwuje trendy i coraz bardziej zdaje sobie z tego sprawe, ze juz od samego obserwowania nudza mnie te same torebki, buty czy inne must havy. Zawsze bylam indywidualistka i nie nosilam tego co nosili inni. Jako nastolatka wyciagalam z szafy ubrania mojego taty, a bylo w czym wybierac. Podkradalm mu rowniez perfumy bo mial zawsze niebanalne ( zagraniczne). Ech to byly fajne czasy. Teraz jakos dusze sie od nadmiaru sklepow z tandetnymi ubraniami. U ciebie zawsze inaczej niebanalnie, lubie to!

    Pozdrawiam

  13. Miałam dokładnie to samo. Aż zaczęłam oglądać serial „Seks w wielkim mieście”! Carrie codziennie wyglądała inaczej – raz była elegantką, raz hippiską, raz francuzką…Czasem ubierała się nowocześnie, czasem retro. Raz normalnie, raz dziwacznie. Poczułam się wyleczona 🙂

Odpowiedz na „PaulinaAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany.