DLACZEGO SŁOŃCE ZASZŁO NAD GDAŃSKIEM W POŁUDNIE? HISTORYLAND, CZYLI JAK POLUBIĆ HISTORIĘ!

Budzicie się czasem w nocy zlani potem, bo oto śniło Wam się, że jutro matura, a Wy jesteście kompletnie nieprzygotowani? Albo słyszycie: „wyciągamy karteczki!” i budzi Was widmo bezlitosnej pały?
Zawsze kiedy mi się to przytrafia, z ulgą uświadamiam sobie, że na szczęście jestem już dorosła i nie dla mnie szkolne przypały.

Jeśli chodzi o szkołę, to zakwalifikowałabym ją do zakładki „fajnie powspominać, ale nigdy więcej”. Z perspektywy osoby dorosłej mogę powiedzieć, że szkoła to był dla mnie czas ogromnego stresu i jako dziecko z kształtującą się dopiero psychiką zupełnie nie byłam na to gotowa.
Zostało mi w głowie kilka takich obrazków, niektóre śmieszne inne straszne.
Doskonale pamiętam na przykład dzień, kiedy zostałam przeniesiona w czwartej klasie do szkoły podstawowej w mieście.
1 września. Początek roku szkolnego. Jestem ubrana galowo i mam na sobie granatowe rajstopy. Porywa mnie rozjuszona ludzka toń. Jestem przerażona i bliska płaczu. Boję się, że zaraz podrą mi się te rajstopy.
W końcu trafiam do swojej nowej klasy. Wychowawczyni informuje wszystkich: „to jest Sara, wasza nowa koleżanka”.
– Sara?! Ale to imię dla psa – zaczyna rżeć klasowy błazen, a reszta mu wtóruje.
To imię później przez lata będzie moim największym przekleństwem i źródłem autentycznej traumy.
Są też oczywiście historie tak śmieszne, że będę opowiadać je jeszcze wnukom. Klasówka z biologii. Wychówa nas przesadza. Każdy dostaje złowrogą białą kartkę, która tylko czeka aż szczelnie wypełnimy ją wiedzą. Na tablicy rozpisane zagadnienia dla grupy A i grupy B.
Każdy nieuzasadniony skręt szyi w kierunku towarzyszy niedoli może skończyć się pałą. Sorka chodzi po klasie. Jest jak Światowid. Widzi jednocześnie wszystkie strony sali. Słuchać nerwowe skrobanie długopisów, ktoś westchnął. Nagle wyraźnie czuję, że kumpel z którym zostałam posadzona, wzywa mnie na litość boską wszystkimi mięśniami twarzy. Skręcam gałki oczne tak mocno jak tylko pozwalają mi na to biologia i fizyka. Próbuję wyczytać jego dramatyczne pytanie z ruchu warg, ale ni cholery. Krzyczę więc na niego wzrokiem: „Odrobinę kuźwa głośniej!” i wtedy słyszę:
– Zwierze wodne?
– Co?!
– Jakiś przykład! Zwierze wodne – krzyczy dramatycznym szeptem D.
Jprdl, zwierzę wodne, co to za pytanie – myślę gorączkowo i odpowiadam:
– Jezu nie wiem, cokolwiek, łosoś?
– Super, dzięki – odpowiada uszczęśliwiony D., pokazując mi kciuka.
Kilka dni później otrzymujemy wyniki z kartkówki. D. jest załamany. Na jego białej kartce, skromnie popieszczonej długopisem, czerwieni się krwista pała i wykrzyknikowy dopisek, płynący z samego serca bilogicy: „Łoś to nie jest ryba!!”
Nigdy nie zapomnę też dnia, kiedy inny kolega, wywołany do odpowiedzi z geografii, na pytanie „skąd wiemy, że ziemia jest okrągła?”, odpowiedział, że ze zdjęć które robią kosmici.
Natomiast ja któregoś dnia nie napisałam wypracowania, zadanego do domu. Polonistka otwiera dziennik i zaczyna długopisem smyrać po liście obecności. Klasa wstrzymuje oddech, a ja czuję, że moje nazwisko jest jak magnes przyciągający ten cholerny długopis i oczywiście nagle słyszę:” Proszę bardzo, swoje wypracowanie przeczyta nam Sara”. Jest mi tak głupio, że nie odrobiłam pracy, że nie jestem w stanie się do tego przyznać. Wtem doznaję olśnienia! A gdyby tak przeczytać wyimaginowane wypracowanie? Otwieram więc zeszyt i leję wodę z pustego o czym nie śnił nawet Salomon.
Polonistka jest ukontentowana: „siadaj piątka” powie, kiedy skończę czytać.
Z kolei na lekcjach histerii historii panował taki zamordyzm, że ludzie autentycznie zapominali swoich imion i nazwisk. Wywoływanie do tablicy na tej lekcji, było jak słuchanie uzasadnienia w sprawie własnej kary śmierci. Któregoś dnia skazany pełnomocnym wyrokiem został K. Zanim doszedł do tablicy, był już cały mokry. Na mapie miał wskazać stolicę Polski. Kiedy zaczął błądzić w okolicy Szczecina, historyca wydała z siebie gardłowy rechot i zapytała, jak nazywa się stolica Polski. K. zatkało. Cała klasę wraz z nim. Nie byliśmy w stanie mu pomóc, zresztą nikt przy zdrowych zmysłach by się tak nie narażał. Niestety w głowie K. stolica Polski była czarną bezimienną plamą, leżącą gdzieś na zachodzie.
– No dobrze – westchnęła historyca – to może inaczej. Pokaż nam na mapie największą w Polsce rzekę, która nazywa się… – zrobiła pauzę, czekając aż K. napełni ją wiedzą.
Tymczasem K. stracił nad sobą panowanie, zaczął nerwowo dyszeć, w oczach stanęły mu łzy, złapał się za głowę i histerycznym tonem wyznał: „Naprawdę to pamiętałem!!”
Z ciekawostek – prowadziliśmy też dzienniczek dat z historii. Na każdej lekcji zaczynaliśmy, albo od krótkiej „kartkóweczki”, albo od odpytywania na wyrywki.
I nie powiem bardzo przydało mi się to w życiu. Kilkakrotnie zaimponowałam w towarzystwie swoją wiedzą historyczną – 1444? Bitwa pod Warną! A jakże.

Szkołę wspominam więc, jako osobliwy czas, kiedy nieustannie musiałam wkuwać coś na pamięć, zamiast fajnie spędzać czas. „ZZZ”– zakuć, zdać, zapomnieć. To hasło właściwie sponsorowało moją edukację. Podobno miał nadejść dzień, w którym zrozumiem po co to wszystko. Tymczasem mam 33 lata i nadal czekam, aż wiedza o rozwielitce, wałkowana na bioli w nieskończoność, odmieni moje życie.
Trzy tygodnie temu uczestniczyłam w Blog Forum Gdańsk. Prelekcję „Przekraczanie granic umysłu” prowadził Radek Kotarski. Kiedy padło zdanie „uczenie się przypomina katorgę. Jest jak nadepnięcie bosą stopą na klocka Lego”, uśmiechnęłam się pod nosem.
Dzięki prelekcji Radka dowiedziałam się, że obecny model nauczania, funkcjonujący nadal niemal na całym świecie, został stworzony 200 lat temu w Królestwie Pruskim.
Idea była taka – w wielkim budynku, w osobnych salach uczą się ludzie w grupach po 30 osób przez kolejno osiem i cztery lata. O końcu lekcji informuje dzwonek, pomysł zapożyczony z wielkich fabryk, gdzie hałas uniemożliwiał informowanie o zakończeniu pracy w inny sposób.
Dobra informacja jest taka, że wcale nie musicie przenosić się w czasie, żeby taką szkołę odwiedzić – prawdopodobnie jest za rogiem. Zła informacja natomiast jest taka, że ten system przetrwał do dziś we właściwie niezmienionej formie. Sprowadza się zaś do schematu: uczymy, pokazujemy, sprawdzamy czy uczniowie potrafią. Żeby unaocznić słuchaczom, jak bardzo ten system jest absurdalny Radek podał przykład lekcji pływania. Wyobraźcie więc sobie, że nauczyciel pokazuje jak się pływa, następnie wrzuca dzieci do wody, a za tydzień jest z tego sprawdzian.
Prelekcję Radka znajdziecie TU. Bardzo ciekawa i skłania do refleksji.


To był upalny lipcowy dzień. Polska armia przezornie ukryła się w zaroślach, wcale nie przed wrogiem – przed słońcem. W tym czasie armia krzyżacka po drugiej stronie pagórka literalnie gotowała się z gorąca w swoich zbrojach. Czujecie to?

Kiedy wspominam swoje dzieciństwo uświadamiam sobie, że najchętniej uczyłam się przez zabawę i doświadczenie. Teraz ten sam proces obserwuję u moich dzieci.
Przypomnijcie sobie, ile było wkuwania o bitwie pod Grunwaldem? Tyle, że dziś niemal każdy z mojego pokolenia, obudzony w nocy, bez problemu wyrecytuje datę 1410.
Ale powiem Wam szczerze, że dopiero ostatnio, kiedy odwiedziliśmy HistoryLand w Krakowie, uświadomiłam sobie, czym ta bitwa naprawdę była. Jeśli oglądacie Grę o Tron, to porównanie do „Battle of Bastards” jest całkiem trafne. Kiedy na własne oczy zobaczysz na kilkuset metrach kwadratowych ustawione naprzeciw siebie wojska, to nagle zaczynasz czuć tę historię.
Wyobraźnia pracuje.
To był upalny lipcowy dzień. Polska armia przezornie ukryła się w zaroślach, wcale nie przed wrogiem – przed słońcem. W tym czasie armia krzyżacka po drugiej stronie pagórka literalnie gotowała się z gorąca w swoich zbrojach. Czujecie to?
Tymczasem Jagiełło się nie spieszył. Żeby wykończyć wroga upałem, wysłuchał dwóch mszy…

Albo Obrona Westerplatte.
Pamiętam te lekcje ze szkoły. Na pamięć wkuwałam podstawowe hasła: „Schlezwig – Holstein, Sucharski, Dąbrowski”. Dziesiątki wysłuchanych na ten temat akademii. I jedna nutka we mnie nie drgnęła. Kiedy w HistoryLandzie zobaczyłam ten demoniczny pancernik, niczym potwór wyłaniający się z wody, dotarło do mnie, co na jego widok musieli czuć żołnierze na Westerplatte, których była garstka!

Bitwa pod Oliwą
To również jedna z tych dat, głęboko utkwiona w moim mózgu za sprawą pamiętnego dzienniczka – 1627.
Ot, kolejna bitwa. Tymczasem to była bitwa morska! Bitwa na galeony. Przecież przy tym „Piraci z Karaibów” to grzeczne dzieci.
Podczas krwawych walk (mówi się o „morzu krwi”), w jednym ze statków została wysadzona w powietrze prochownia. Galeon zatonął i do dziś pozostało wspomnienie o słońcu, które tego dnia zaszło nad Gdańskiem w południe.

Często słyszę, jak ludzie otwarcie mówią o tym, że nie znoszą historii. I ja to rozumiem. Za moich czasów bardzo trudno było złapać bakcyla historycznego. A jednocześnie mam świadomość, że historię po prostu trzeba znać.
Postanowiłam nawet ostatnio, że zrobię sobie powtórkę z historii i w ramach alternatywnych sposobów utrwalania wiedzy, będę opowiadać ją dzieciom wieczorem w formie bajek.
Dzięki temu ja odświeżę moją mocno zakurzoną wiedzę historyczną i może uda mi się w dzieciach wzbudzić nią zainteresowanie.

Kiedy więc HistoryLand zaprosił nas lekcję z historii Polski, wybudowaną z klocków Lego, zaproszenie przyjęliśmy entuzjastycznie. Alternatywny sposób odkrywania historii? Bardzo chętnie!
Jechałam tam z przekonaniem, że to atrakcja dla dzieci – i owszem, jak najbardziej, ale w równym stopniu, co dla dorosłych. W 200metrowej sali, w której odbywa się Bitwa pod Grunwaldem, spojrzeliśmy na siebie ze znajomymi, łapiąc się za głowę i mówić „Battle of Bastards!”.
Mnie osobiście bardzo poruszyła Obrona Westerplatte, o której wspominałam. Dzięki czujnikowi ruchu, którym steruje się samodzielnie, można uruchamiać połączone z mappingiem opowieści i dowiedzieć się, co się tam działo dzień po dniu. Przejmujące, smutne, zapadające w pamięć.


Bitwa pod Oliwą. Podczas krwawych walk (mówi się o „morzu krwi”), w jednym ze statków została wysadzona w powietrze prochownia. Galeon zatonął i do dziś pozostało wspomnienie o słońcu, które tego dnia zaszło nad Gdańskiem w południe.

Ciekawostki o HistoryLadndzie:

* Budowle z klocków Lego, które możecie podziwiać powstawały przez… trzy lata!
* Budowało je kilkanaście osób, po pracy, w swoich garażach, z pasji do klocków Lego i historii Polski
* Wszystko co zobaczycie w HistoryLandzie odwzorowane jest z ogromną dbałością o fakty historyczne i wielokrotnie konsultowane z historykami.
* Podczas budowy Biskupina, historycy zwrócili uwagę na niewłaściwy kąt nachylenia dachów, należało to poprawić.
* Bitwę po Grunwaldem ustawiano z pomocą wideo live z udziałem ekspertów, tak żeby konie były ustawione w odpowiednie chorągwie.
* W Sukiennicach szukajcie Dzidzianny Solskiej, najsłynniejszej wróżki w Krakowie! Jest dokładnie tam, gdzie najczęściej siedziała za życia.
* Pod Monte Casino w lesie, bystre oko wypatrzy niedźwiedzia Wojtka.
* Obecnie w HistoryLandzie jest ponad milion klocków Lego!

Marzę o tym, że dożyję dnia, w którym dotychczasowy system szkolnictwa, zostanie zastąpiony lepszym. Gdzie zdobywana wiedza będzie czymś namacalnym, po co dzieci będą sięgały z radością. Gdzie nikt nie będzie truchlał ze strachu przed wezwaniem do odpowiedzi. To raczej nie przytrafi się już moim dzieciom, ale kto wie, może wnukom?
Tymczasem na szlaku wycieczki szkolnej do Krakowa, obok Smoka Wawelskiego i Sukiennic, koniecznie należy dopisać HistoryLand, czyli miejsce gdzie historia przestaje być nudna i bezbarwna.



Kiedy w Historylandzie zobaczyłam ten demoniczny pancernik, niczym potwór wyłaniający się z wody, dotarło do mnie, co na jego widok musieli czuć żołnierze na Westerplatte, których była garstka!


Monte Cassino – bystre oko wypatrzy w lesie legendarnego niedźwiedzia Wojtka!





Po wystawie, można odwiedzić salę z klockami Lego, gdzie dzieci mogą się pobawić, a rodzice wziąć oddech. Powiem szczerze, że bardzo przypadły mi do gustu te ogromne klocki. Trudno się nimi zadławić. Ale co najważniejsze – trudno na nie nadepnąć!!


*Wpis powstał we współpracy z HistoryLand

You may also like

12 komentarzy

  1. Halo halo!!! To ja nadaję z gminy gdzie leży Grunwald!! właśnie ten Grunwald 1410!! i zapraszam małych i dużych Ferreirów na coroczną inscenizację Bitwy w lipcu.

  2. Ojej, ten wpis jest przegenialny, a historia o wyimaginowanym wyoracowaniu sprawiła, że prawie spadłamz krzesła 😀 Również boleję nad współczesnym systemem edukacji, który zabija kreatywność i traktuje ludzi jak grupę małpek do wytresowania. Dodam jeszcze, że jestem świeżym magistrem historii i to, co napisałaś niezwykle inspiruje do pracy nad sposobem przekazywania wiedzy, która w rzeczywistości jest przecież arcyciekawa! Dziękuję!!! <3
    PS. Nie słyszałam o historylandzie!

  3. Mam podobne odczycia odnośnie szkoły. Dorosłość jest super, mniej stresu, więcej luzu i czasu. Szkoda, że czas dzieciństwa i młodości został nam tak obrzydzony. Co najlepsze jestem spokojniejsza i lepiej się wysypiam mając 4-miesięczne dziecko, niż za czasów szkolnych 😉
    Pozdrawiam

  4. Twój wpis przypomniał mi tegoroczna wizytę w gdańskim Muzeum II Wojny Światowej. Nigdy żadna lekcja historii nie dała mu tyle, co kilkugodzinna wizyta w tym muzeum. Często nialam łzy w oczach oglądając materiały, czytając wspomnienia, chodząc po zdewastowanej warszawskiwj ulicy. Uważam, że powinien to być punkt obowiazkowy dla każdego ucznia bo pozwala dotknąć i poczuć historię na własnej skórze.

  5. Droga Saro! Zgadzam się w 100% co do nieudolności obecnego systemu edukacji ale nie zgadzam się co do tego, ze nasze dzieci są na niego skazane. My byliśmy, ale one już na szczęście nie są. Jest już sporo sensownych alternatyw- szkoły Montessori, walfdorfskie, demokratyczne, w duchu nvc. W okolicach Lublina na pewno macie z czego wybierać. Pozdrawiam serdecznie

  6. Nie lubię użytego przez Ciebie określenia ,,czekam na dzień w którym przyda mi się wiedza o tym i o tym”, czyli w domyśle PO CO TEGO UCZĄ. No kurde, przecież przyswajanie wiedzy w podstawówce ma na celu tylko i aż lepsze poznanie świata, być może poruszenie w dziecku struny, dzięki której odkryje że te rozwielitki/opisy bitew/programowanie/liczenie ułamków to jest coś co go kręci. Wydajesz się być miłośniczką literatury, humanistką- tym bardziej dziwi podejscie wg którego wszystko jest po coś, wszystko ma się przydać, jak się nie przyda to nawet nie zerknę na mikroskop z mejozą bo KIEDY MI SIĘ TO PRZYDA. Trochę ciekawości świata, jako ścisłowiec też mogłabym pytać na co ma mi się przydać wiedza z przeczytanej Lalki? Ale przyjmuję do wiadomości że nie wszystko musi być pragmatycznie po coś, czasem poznajemy dla radości poznawania i poczucia że się rozwijamy i wiemy więcej niż wczoraj.

  7. Jak macie teraz z dziećmi taki fajny zwyczaj poznawania historii przez opowieści, to bardzo polecam nową książkę Anny Dziewit Meller „Damy, dziewuchy, dziewczyny. Historia w spódnicy” (http://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,97292,Damy-dziewuchy-dziewczyny-Historia-w-spodnicy). Powinna Wam się spodobać – o niezwykłych kobietach w historii Polski, bardzo przystępnie, dla dziewczynek i dla chłopców 🙂 I superowe ilustracje!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.