JUŻ NIGDY PÓŹNIEJ Z TAKIM ZAPAŁEM NIE CHCIELIŚMY UMRZEĆ…

Poranek rozlewał się po polach kleistą mgłą, kiedy wiozłam ich rano do szkoły. Biała ściana bezdusznie odcinająca promieniom słońca dostęp do mnie. Nie wiem który dzień z rzędu.
Jechaliśmy w milczeniu. Na przedniej szybie samochodu roztrzaskiwały się ciężkie cząsteczki powietrza, brocząc białą breją.
Zaparkowałam pod szkołą. Wysiadali ociągając się w nieskończoność, jakby byli nieodłącznym elementem foteli samochodowych.
– O nie! – jękną Ąfel piskliwym głosem – zapomniałam z domu walentynki!
– O nie! Zapomniała z domu walentynki! – powtórzyłam za nią w myślach krzykiem. – Nic na to nie poradzę, to zdaje się jedyna rzecz o jakiej miałaś pamiętać, masz nauczkę – burknęłam, obnażając swoje najpodlejsze – zrzędliwe matczyne oblicze.
Wróciłam do domu. Rzuciłam kluczyki samochodowe w kąt i spuściłam ze smyczy marzenie o kawie, które pędem ruszyło do ekspresu. Weszłam do kuchni. Na blacie bieliło się koślawe serce, tu i tam niezdarnie połatane taśmą klejącą. Zajrzałam do środka: „Bardzo cię lubię. Odkąd chodzę do tej szkoły jesteś moją najlepszą przyjaciółką” – nabazgrane niestarannie. Biały wyrzut sumienia w kształcie nieforemnego serca, uruchomił moje własne, zlodowaciałe po tygodniach bezsłonecznych dni.
Złapałam tę cholerną walentynkę, zarzuciłam kurtkę, odpaliłam silnik.
Weszłam do szkoły, od progu jak zawsze połechtał mnie ten specyficzny zapach, który uwielbiam – wypastowana podłoga i wczorajszy obiad.
Zapukałam do klasy. Trzy rzędy. W każdym rzędzie po pięć ławek. W każdej ławce po dwie małe głowy. Jedna z nich – moja, energicznie wstała i szybko do mnie przybiegła. Zwinnym ruchem przekazałam do jej dłoni pokraczną walentynkę. W locie złapałam jej wzrok, a w nim morze wdzięczność.
Zamknęłam za sobą drzwi. Szkołę spowijała ta charakterystyczna cisza przed dzwonkiem. Przyśpieszyłam kroku i gwałtownie zatrzymałam się przy schodach. Stało tam pudełko z napisem „poczta walentynkowa” i otworem na tyle dużym, że zdążyłam zauważyć tłoczące się tam listy, liściki i kartki.

Dzień Zakochanych z czasów mojej podstawówki zmaterializował się przede mną kształtnym wspomnieniem, ożywionym dodatkowo tym szkolnym mdłym zapachem.
Pukanie do drzwi. – Poczta walentynkowa! – bezpardonowo oznajmiali przybysze, po nazwisku wywołując odbiorców listów. Rekordziści otrzymywali całe pliki wyznań miłosnych, opakowane gumką recepturką.
Następnie nauczyciel krzyczał, że już i tak mu rozwalili lekcje, mamy to schować i czytać na przerwie!
Zupełnie niedorzeczny apel w tak emocjonującej chwili. Irracjonalny rozkaz płynący wprost ze skamieliny onegdaj będącej sercem. Słowem – wolne żarty. Czekać do przerwy? Wszak 45 minut lekcyjnych, to 45 lat świetlnych. Przerwy można nie dożyć! Miłość jest najważniejsza.
Po czym klasa wypełniała się dyskretnym nerwowym szelestem, serca miłością, policzki rumieńcami…
Och, dramatami i uniesieniami słane były tego dnia korytarze szkolne. Glebę świeżo pastowanego parkietu użyźniały nasze młodociane łzy. Już nigdy później z takim zapałem nie chcieliśmy umrzeć. Z taką pasją nie składaliśmy dozgonnych deklaracji. Z taką namiętnością nie kochaliśmy.

Tymczasem niespełna dwa kilometry ode mnie, historia zatacza koło, znacząc szkolne zakamarki pierwszymi podrygami rozgorączkowanych uczuć.
Dzisiaj wrócą z niewinną walentynką. Ale jutro będę musiała czuwać nad ich pękniętymi sercami, pamiętając, że niezrozumienie bólu pierwszej złamanej miłości, jest jak posypywanie otwartej rany solą.

You may also like

13 komentarzy

  1. Moja Droga Miss Ferreiro,
    cóż Ci mogę powiedzieć, wzruszyłaś mnie… . Fragment o dostarczeniu walentynki cudowny, jakoś nigdy się tak łatwo nie wzruszałam… Może to się zmieniło od kiedy mam syna? 4- latek planujący wspólne życie z 7- latką, hmmm…
    Lubię Cię, bardzo 😀

  2. Moja Droga Miss Ferreiro,

    powiem Ci w tajemnicy- wzruszyłaś mnie… Ten fragment o dostarczeniu walentynki fantastyczny, cudowny, i tu mi łezka poleciała 😀 dzięki
    Lubię Cię, nawet bardzo 😍

  3. Też zawsze jadę drugi raz do szkoły 🙂 Najczęściej z zapomnianą pracą plastyczną, którą sama w nocy tworzyłam 🙂

  4. Przepięknie napisane 🙂 Wielbię Cię niezmiennie od dobrych kilku lat, a zajrzenie do Ciebie jest moim „obowiązkowym” punktem dnia punktem dnia 😉
    Pozdrawiam gorąca :*

  5. „Przerwy można nie dożyć! Miłość jest najważniejsza” Takie proste a takie prawdziwe… Popłakałam się…

  6. Dopiero dzisiaj wpadłam na te słowa i aż zachciałam sobie przypomnieć ten stan rozdygotania i chęci umierania. Jak Ty czasem napiszesz… to ten kij bejsbolowy zdaje się jednak być miękkim puchem, który zamiast zabić mógłby otulić pogubioną głowę <3

  7. Och, u nas ludzie wysyłali sobie wiele walentynek, podpisanych i nie, i zawsze się człowiek zastanawiał, która jest na poważnie i czy faktycznie wysłała ją ta osoba co jest podpisana… Bo to w szkole nigdy nie jest takie oczywiste.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.