O tym, jak w miesiąc przybrałam 10 kg

Autor: Miss Ferreira

Wczoraj wspomniałam na instagramie o zastojach limfatycznych w organizmie i moja skrzynka rozgrzała się jak nigdy od Waszych wiadomości.
Już wcześniej obiecałam sobie, że opiszę, co mi się przytrafiło, bo było to trochę niewiarygodne i wiem, że ten problem dotyczy mnóstwa osób.

O tym, jak w miesiąc przybrałam 10kg
W połowie lipca zeszłego roku zauważyłam, że coś dziwacznego dzieje się z moim ciałem. Że jest go coraz więcej, z dnia na dzień. Nie byłam w stanie założyć ubrań, które swobodnie nosiłam jeszcze w czerwcu. Kiedy rano się budziłam, trudno mi było zgiąć palce u rąk, były jak małe balony z wodą. W trakcie dnia tej wody ubywało, ale kolejne sukienki odmawiały współpracy.
Myślałam – kurde, może za dużo czipsów, może to już ten wiek, kiedy metabolizm zwalnia.
Jednak prawda była taka, że choć w wakacje chętniej sięgam po czipsy, to nadal jadłam zdrowo i regularnie ćwiczyłam. Nie wydarzyło się nic, co mogłoby mieć aż taki wpływ na tę zmianę.
Pewnego dnia, kiedy nie weszłam już w jedną z większych sukienek w mojej szafie, postanowiłam się zważyć. Ważę się bardzo rzadko, jednak od lat moja waga waha się od 54 do 56 kilogramów, po ubraniach widzę, że nic się nie zmienia.
Tym razem zobaczyłam na wyświetlaczu 10 kg więcej…
To dla mnie był wyraźny sygnał, że dzieje się coś złego. Od razu zapisałam się na szereg badań, na szczycie listy była tarczyca.
Jakie było moje zdziwienie, kiedy przyszły wyniki, a moja lekarka oznajmiła, że mogę być dumna.
Po tych wynikach widać, że prowadzi pani bardzo zdrowy tryb życia – dodała.
Te wieści były dla mnie dobre i złe jednocześnie. Nie byłam na nic chora, to wspaniale, ale dlaczego w takim razie przybrałam 10 kg? Lekarze rozkładali ręce, jednocześnie sugerując, że przecież ładnie wyglądam. Ja jednak wiedziałam, że to nie jest moje ciało.
Uznałam, że po prostu przytyłam. Przypomniało mi się, że przecież to były wakacje, że tu dużo zjadłam, tam dużo zjadłam.
Odpaliłam więc tryb „ostra dieta i sport”. Pod koniec sierpnia, czyli po miesiącu ćwiczeń i zdrowego odżywiania ważyłam… tyle samo i tak samo nie mieściłam się w stare ubrania. A do tego doszedł jeszcze cellulit i bardzo nierówna struktura skóry.
Wtedy przypomniałam sobie, że kiedyś moja koleżanka wspomniała o fizjoterapeutce, do której poszła z uczuciem ciężkich nóg na masaż drenujący.
Uznałam, że to ostatnia deska ratunku. Umówiłam się na wizytę.

O tym, jak schodziło ze mnie morze wody
– Ojej – oznajmiła pani Wiola, fizjoterapeutka, podczas pierwszej wizyty – pani jest strasznie zablokowana.
– Zablokowana? – dopytywałam.
– Tak, upraszczając, ma pani bardzo zablokowane węzły chłonne a przez to limfa i woda nie mogą znaleźć ujścia z organizmu. Ten cellulit, na który się pani poskarżyła, jest wodny, a dodatkowe kilogramy to nadprogramowa woda, która zebrała się w organizmie.
– Ale dlaczego tak się stało? – chciałam wiedzieć.

I tu z panią Wiolą doszłyśmy do ściany, ponieważ zaproponowała mi, żeby koniecznie zrobić solidne badania ze szczególnym uwzględnieniem tarczycy. Ale przecież ja już zrobiłam te badania i wszystko było ok…
Dlaczego w takim razie mój organizm zmienił się w kanister na wodę? Do dziś tego nie wiem. Podejrzewam, że przyczyną były problemy, jakie w tamtym czasie miałam z jajnikami, ale lekarze to wykluczają.
Po pierwszej wizycie u pani Wioli wybiegłam z jej gabinetu pędem do toalety, gdzie naprawdę miałam wrażenie, że nie przestanę sikać. Już wracając do domu, czułam zdecydowanie lżejsza, niż przez ostatnie dwa miesiące. Okazało się, że zeszły ze mnie 2 kilogramy wody.
Podczas kolejnych wizyt było podobnie. Pod dwóch miesiącach (jedna wizyta na tydzień) wróciłam do mojego „prawdziwego” ciała, zniknął też cały wodny cellulit, który pojawił się tak nagle.
Ostatni raz byłam u mojej fizjoterapeutki na kilka dni przed wylotem do Brazylii. Bardzo się bałam, że bez tych masaży woda znowu zacznie się we mnie zbierać, ale na szczęście nic takiego się nie stało.

„A jak pani wróci z Brazylii, zajmiemy się blizną po cesarce”
Takie zdanie rzuciła pani Wiola, kiedy się z nią żegnałam. Nie byłam pewna, co ma na myśli i co w ogóle można zrobić z moją blizną, ale uznałam, że dopytam po powrocie.
Tymczasem dziś mija kilka dni od tej wizyty i nadal nie dowierzam.
Po trzech cesarskich cięciach na moim brzuchu została szeroka zabliźniona szrama i wałek skóry.
Przez te 12 lat od ostatniego porodu kilku lekarzy sugerowało, że śmiało mogę zrobić plastykę brzucha, jeśli mi to przeszkadza. Ja natomiast nie widziałam powodu, żeby iść pod nóż. Ot, takie pamiątki po dzieciach.
Jakie więc było moje zdziwienie (a właściwie szok), kiedy moja fizjoterapeutka oznajmiła, że ten wałek jak najbardziej nie jest naturalny, nie jest mile widziany i że to po prostu zrośnięte tkanki, które nie powinny się ze sobą zrastać. Dodała, że nie trzeba tu żadnej operacji, ale serii masaży, podczas których ona te tkanki od siebie oddzieli…
Po pierwszym masażu czuję wewnątrz lekki ból, taki mniej więcej, jak po kilku tygodniach od cesarki. To dobry znak, to znaczy, że te tkanki w środku ruszyły do pracy.
Za kilka miesięcy dam Wam znać, jak idą postępy.

Piszę Wam o tym wszystkim, bo sama rok temu chciałbym mieć tę wiedzę. Kiedy dzieje się coś niepokojącego z naszym organizmem, pierwszym odruchem jak najbardziej powinien być dobry lekarz i badania – do tego Was zachęcam i sądzę, że dobry fizjoterapeuta też Wam to zasugeruje.
Jeżeli jednak to, co opisałam, brzmi znajomo, a lekarze rozkładają ręce, warto znaleźć dobrego fizjoterapeutę.
Pani Wiola powiedziała mi, że taki masaż drenujący, który odblokowuje węzły chłonne, każdy powinien sobie zrobić raz na jakiś czas.
Na koniec – życzę sobie i Wam, żebyśmy na tych zdrowotnych wybojach spotykali specjalistów, którzy patrzą na ciało holistycznie. Takich, którzy pytają o to, co, jemy, co pijemy, co ćwiczymy, jak śpimy, jak żyjemy.
To wszystko jest bardzo bardzo ważne.

Taki wałek po cesarce nie jest normalny i można pracować nad nim u fizjoterapeuty!

Podobne posty

Napisz komentarz