PRĘDZEJ DOSTANĘ OSCARA NIŻ PRAWO JAZDY!

[Fot. Agnieszka Wanat]

Historię o tym, jak przez ponad dekadę robiłam prawo jazdy, chciałam Wam opowiedzieć już od dawna. Ale jak w przypadku większości moich tekstów – pewne znaki na niebie i ziemi muszą odpowiednio się ułożyć, a temat dojrzeć, żebym mogła o czymś napisać.
Prawo jazdy mam niecałe dwa lata. Wcześniej było ono moją obsesją, manią prześladowczą, symbolem heroizmu, dokonania niemożliwego. Na kierowców patrzyłam jak na półbogów.
Zwykłam mawiać: „prędzej dostanę Oscara niż prawo jazdy”.
Przyszedł taki moment, że powiedziałam sobie: „Najwidoczniej to nie jest dla ciebie. Pogódź się z tym i skończ z tą szajbą”.
I kiedy już zaczynałam być szczęśliwa, spokojna i pojednana z niezdolnością do prowadzenia samochodu, ktoś zawsze sprowadzał mnie do parteru. Chcący, niechcący. Kumpel na imprezie, koleżanka która ma prawko od 15 lat, przypadkowa osoba, wujek który robił je obowiązkowo w technikum samochodowym sto lat temu:
„Jak to nie masz prawka? Ale jak ty funkcjonujesz? Dziewczyno, mamy XXI wiek! Bardzo sprytne, czyli na każdej imprezie możesz pić, a mąż cię wozi! To znaczy nigdzie możesz nawet podwieźć dzieci w razie czego? Ale próbowałaś?!”
Nawet nie polemizowałam. W gruncie rzeczy tak właśnie o sobie myślałam – sierota i ofiara bez prawa jazdy, która w razie nagłej potrzeby nie zawiezie dziecka do szpitala.

Historia moich egzaminów
Czy próbowałam? Ależ oczywiście. Grubo ponad dziesięć lat temu. Nie wiem ile razy, bodaj pięć.
Zdawanie egzaminów na prawo jazdy do dziś wspominam koszmarnie. Powiem więcej – niewiele życiowych doświadczeń wspominam równie źle. Ktoś powie – oo, to mało w życiu przeżyłaś.
Mało, niemało. Trudno orzec.
Czasem czytam wypociny mądralińskich, krzyczących „no sorry jak sobie nie radzisz ze stresem na egzaminie, to w życiu będzie jeszcze dużo o wiele bardziej stresujących sytuacji i najlepiej w ogóle zrezygnuj z prawa jazdy”, to myślę – cóż za niedorzeczne pierdolenie.
Co prawda nie przeżyłam amputacji kończyny bez znieczulenia, ale mam prawie 34 lata, w międzyczasie donosiłam trzy zagrożone ciąże, wybudowałam dom, właśnie zostałam oszukana przez ekipę remontową, która nam robiła ogrodzenie i nadal zdawanie egzaminu na prawko jest na mojej „top liście najbardziej stresogennych życiowych sytuacji”.

Ohydny budynek w obskurnej części miasta. Tłum ludzi. Cząsteczki powietrza zakażone nerwicą. Każdy z żołądkiem na wysokości przełyku. Wyniosłe twarze urzędników. Cisza. Czyjeś gorączkowe westchnięcie. Spocone dłonie. Zagryzane wargi. Obgryzane paznokcie. Obumarły głośnik nagle ożywa. Beznamiętnie wywołuje do pojazdu numer X kolejną osobę.
Pod kimś uginają się nogi. Następnie prostują w kolanach. Mechanicznie. Straceniec przemierza całą salę. Za nim wlecze się tren współczujących spojrzeń.
Tymczasem na plac gwałtownie zajeżdża pojazd nr 2. Ostentacyjnie parkuje tyłem. Tłum już wie. Prowadzi egzaminator. Drzwi z prawej strony otwierają się niepewnie. Wylewa się z nich upodlony człowiek. Pełznie niepewnie do okienka „zapisać się na kolejny termin”.
W spoconej dłoni mokry kawałek papieru – kwitek, potwierdzający bycie chujowym.
I to właśnie byłam ja przez te pięć razy, aż postanowiłam odpuścić na zawsze.

Są ludzie, którzy podobnie jak ja – oblali ileś razy, mają podłe wspomnienia, ale przy okazji jeździć nie znoszą. W mojej historii najtragiczniejsze było chyba to, że ja prowadzić uwielbiam. Miłość od pierwszego wrzuconego biegu! Każda jazda z instruktorem była dla mnie najczystszą frajdą. Nie miałam ani problemów z biegami, ani z ruszaniem, ani ze sprzęgłem, ani z rondem, ani z parkowaniem. Nie potrafiłam jednak poradzić sobie ze stresem egzaminacyjnym.
Tak właśnie narodziła się moja obsesja. Kochałam jeździć samochodem, ale utknęłam na czerwonym świetle. Na zielone musiałam czekać ponad dziesięć lat.

Dlaczego zaczęłam ponownie myśleć o zrobieniu prawa jazdy?
Cóż, do tych myśli zmusiło mnie życie.
Wcześniej prawko było moją obsesją, marzyłam o nim, ale mieszkaliśmy w centrum miasta i poza pojedynczymi sytuacjami – przez większość tych dziesięciu lat – nie potrzebowałam go.
Kiedy chciałam odwiedzić rodziców, mieszkających poza miastem, bez zawracania dupy wszystkim dookoła, ładowałam cała trójkę dzieci i klamoty do PKSu, jechałam i udawałam, że to dla mnie pestka. Wolałam to od słuchania „a gdybyś zrobiła prawo jazdy…”. Słyszałam to w życiu tyle razy, że czasem na sam dźwięk słowa „prawko” miałam ochotę zwymiotować.
Kiedyś spędzaliśmy weekend u rodziców. W środku nocy dostałam ataku astmy, na którą jestem chora odkąd skończyłam trzy lata. Zawsze mam przy sobie leki, które już wiele razy uratowały mi życie. Tym razem zostały w Lublinie. Czułam jak z każdą sekundą niewidzialna ręka choroby zaciska się na moim gardle, łapczywie próbowałam wciągnąć powietrze. Potworne uczucie. Pod domem stało zaparkowanych może z pięć samochodów. Ale przecież nie mogłam prowadzić!! Obudziłam moją siostrę, która jako jedyna wieczorem nie piła wina.
Kiedy wiozła mnie do miasta, czułam się jak kretynka. Gdybym tej nocy była sama, musiałabym pewnie wezwać karetkę.
Wpadłam do domu, złapałam inhalator. Stryczek na mojej szyi poluzował się. Mogłam oddychać.
W głowie miałam jedną myśl: „dosyć tego dziewczyno. Musisz zrobić prawo jazdy”.

Ten nieszczęsny atak astmy zbiegł się w czasie z naszą decyzją o wyprowadzce za miasto. Kupiliśmy dom, a ja nie potrafiłam się cieszyć… bo nie miałam pojęcia jak odstawię dzieci do szkoły i co im powiem, kiedy będę je budzić o 5 rano, żeby autobusem o 7 na który trzeba iść dwa kilometry, zdążyły na 8.00 do szkoły…
Albo: sorry dzieci, spóźniliśmy się na autobus, więc musimy dymać z buta 15 kilometrów, mimo że strasznie piździ. Ale pamiętajcie, że mogliście iść jeszcze na boska!

Nikt nie wiedział, że znowu zapisałam się na kurs.
Postanowiłam. Sama. Nie mówiłam nikomu, że znowu zamierzam podejść do egzaminu.
Wcześniej zawsze robił się z tego rodzinny dramat. W dniu egzaminu – smsy, telefony, że powodzenia, że na pewno zdam, wszak to pestka, tylu ludzi przecież zdaje, że głowa do góry, że będzie dobrze.
Szłam więc na ten egzamin zawsze z dodatkowym ciężarem – zawiodę nie tylko siebie, ale wszystkich dookoła.
Tym razem nie wiedział nikt. NIKT.
Jak nie zdam, to nikt się nawet nie dowie. Nic się nie stanie.
Znalazłam świetnego instruktora – takiego, który nie uczył mnie na pamięć, że jak: „jedna druga lewego słupka, pojawi się w drugiej piątej prawego lusterka, zmieniając kąt o 90 stopni, muszę spojrzeć przez tylną szybę, splunąć przez ramię, zrobić dwa przysiady i jedną ósmą fikołka, następnie o 30 stopni przekręcić trzy szóste kierownicy, kątem oka pilnując lusterka, w którym pojawią są trzy siódme fragmentu słupka, który powinien wskazywać dwunastą osiem, gdyby był wskazówką zegara itp”, tylko uczył mnie wszystkiego na tzw „rozum” – metodę ciągle niepopularną w szkłach w ogóle.
Wykułam wszystko na blachę. I teorię i praktykę.
Kodeks drogowy znałam na pamięć, mogłam recytować go obudzona w nocy.
Któregoś dnia mój instruktor powiedział: „Serio Sara, nie wiem czego jeszcze mam cię nauczyć, musisz sobie po prostu poradzić ze stresem na egzaminie, bo jeździsz naprawdę dobrze”.

Dzień egzaminu
Do egzaminu przygotowywałam się cały ten czas psychicznie. Byłam sama sobie kołczem: „nie ma się czym stresować, idź, zdaj i zamknij ten rozdział raz na zawsze”.
Podobno mózg tak działa, że jak nieustannie sobie coś wbijasz do głowy, to zaczynasz w to wierzyć. I coś pewnie w tym jest, bo wcześniej przez dziesięć lat, powtarzałam sobie „nie dasz rady, nie ma bata”.
Dzięki temu, że nikt nie wiedział o egzaminie, nie miałam komu opowiadać o stresie, nerwach i emocjach, a przez to – nakręcać się bardziej. Nikt też nie opowiadał mi niestworzonych historii o tym, jak ktoś gdzieś kiedyś słyszał, jak ktoś komuś gdzieś mówił, że ktoś kiedyś widział, jak gdzieś kiedyś oblali całe małe miasto, a następnie mieszkańcy wymarli z głodu, bo nikt nie mógł pojechać do sklepu spożywczego, bo nikt nikt nie miał prawa jazdy.

13 lipca 2016 roku.
Piękny słoneczny dzień. Całą noc spałam spokojnie. Wstałam i zaczęłam sobie powtarzać „jesteś zrelaksowana, po prostu pójdziesz i zdasz”. Zjadłam śniadanie, wypiłam kawę, wsiadłam na rower i pomknęłam na egzamin. Dotarłam na ostatnią chwilę – specjalnie. Za żadne skarby nie chciałam oglądać przez dwie godziny ludzi sromotnie oblewających.
Stanęłam na uboczu i czekałam na swoja kolej. Po chwili usłyszałam jak egzaminator złamał sobie język na moim nazwisku i udałam się do „pojazdu”. Byłam spokojna jak nigdy.
Serce nie waliło mi jak szalone. Naprawdę opanowałam strach.
Wyjechaliśmy z placu, czułam że miasto jest moje. Przejechałam dwa „mordercze” ronda. Zaparkowałam. Przepuściłam pieszego. Ruszyłam pod górkę. Kątem oka widziałam jak na karcie egzaminacyjnej przybywa „ptaszków”. Wróciliśmy do WORDu.
„Jazda z panią była dla mnie przyjemnością. Gratuluję zdanego egzaminu” – powiedział egzaminator, a ja poczułam, jak każda komórka mojego ciała szczelnie wypełnia się euforią totalną. Gorączkowo zaczęłam obliczać, czy baterii w telefonie wystarczy mi, żeby obdzwonić wszystkich na świecie.
Wykręciłam numer męża:
– Kochanie! Nie uwierzysz!! – wrzasnęłam do słuchawki.
– Co się stało? – zapytał
– MAM PRAWO JAZDY!! WŁAŚNIE ZDAŁAM EGZAMIN!!! – ryknęłam.
– Ale… jak to? Kiedy? Jak? Naprawdę? – nie dowierzał mąż.
– TAAAAAAAAAAAAK!! Od dzisiaj już tylko ja jeżdżę samochodem, ty możesz wreszcie odpocząć!!
– Boże, to jest chyba najlepsza niespodzianka w moim życiu… – wyszeptał do słuchawki.
Pożegnałam go i obdzwoniłam całą brakującą resztę świata.
Zupełnie szczerze – do dziś uważam ten dzień za jeden z najcudowniejszych w moim życiu.
Śmieję się, że jest zaraz po ślubie i narodzinach trójki moich dzieci.
Chyba przez dobry miesiąc nic nie było w stanie popsuć mojego euforycznego nastroju. Kiedy mąż opowiadał mi o problemach w pracy, mówiłam:
Przepraszam cie kochanie, to bardzo smutne, co opowiadasz, ale… JA MAM PRAWO JAZDY I CAŁY CZAS CHCE MI SIE ŚPIEWAĆ I TAŃCZYĆ, po czym zaczynałam tańczyć i śpiewać piosenkę o tym, że „OOOO, MAAAAM PRAWO JAZDY! OOOO MOGĘ WSZYSTKO”.

Mam prawo jazdy.
Niektórzy zdają egzamin, rzucają dokument w kąt i często latami nie jeżdżą. Ja wydzwaniałam do urzędu codziennie, pytając czy moje prawko jest już gotowe.
Kiedy tylko je dostałam, najpierw patrzyłam na nie nie wiem jak długo, całowałam i przykładałam do serca. Następnie zabrałam mężowi samochód i za nić w świecie nie chciałam oddać, aż się o to pokłóciliśmy.
Jakiś miesiąc po egzaminie pojechaliśmy do Holandii. Zgadnijcie kto przez pół drogi prowadził?
Tydzień zaś później teściowa wracała do Brazylii i ktoś musiał odstawić ją na lotnisko w Warszawie, wiecie kto?
Słyszałam te wszystkie straszne historie o prowadzeniu samochodu w stolicy, ale w ogóle nie robiły na mnie wrażenia. Przecież dopiero co zdałam egzamin i … oooo, mogłam wszystko.
Odwiozłam teściową na samolot, a następnie musiałam przejechać caluteńką Warszawę, bo jechałam do znajomych. Utknęliśmy w strasznym korku. Mi towarzyszyła jedna myśl: „To pierwszy prawdziwy korek w moim życiu, jestem taka szczęśliwa.”

Jazda samochodem sprawia mi nieustanną frajdę. Oczywiście korki przestałam bardzo szybko kochać, chociaż jeśli jestem sama i nigdzie się nie śpieszę, to słucham audiobooka i jest ok.

Piszę Wam dziś o tym wszystkim, bo wiem, że ludzi dla których zdanie prawka to koszmar i udręka, jest naprawdę dużo. Ostatnio spotkałam kilka takich osób – identyczna historia jak moja. Kilkakrotnie niezdany egzamin, wspomnienie potwornego stresu i irracjonalna trauma, blokująca człowieka na lata.

Pomyślałam więc, że może ta moja historia z dobrym zakończeniem, pozwoli Wam przynajmniej trochę oswoić Potwora 🙂

You may also like

96 komentarzy

  1. Moja przygoda z prawkiem jest czasem wzlotów i upadków…na kurs poszłam jeszcze w liceum w 2003 roku, skończyłam i podeszłam do pierwszego egzaminu, drugiego, trzeciego…ani razu nie wyjechałam z placu…ostatnim razem w zawracaniu na trzy najechałam na Belkę…oczywiście oblalam i obraziłam się na kolejne 7 lat…w końcu przyszedł taki moment, że jakimś cudem
    zmibilizowalam, przeniosłam
    dokumenty do Krakowa, wykupiłam kurs doszkalający u mojego kolegi i zdałam za pierwszym razem po przerwie 🙂 ale niestety mój związek z samochodem jest bardzo kapryśny…aktualnie od prawie dwóch lat nie prowadziłam i nie mogę się jakoś zmusić do przełamania tego impasu…

  2. Potrzebuję takiej motywacji totalnie, bo teorię mam zdaną i ważną, a po którymś z kolei praktycznym egzaminie się poddałam. I, tak jak piszesz, jak tylko ktoś mnie pyta, co z prawkiem, chce mi się naprzemiennie płakać i zabijać, bo chyba widać co, nie mam, dajcie mi święty spokój. Ale. Plan na marzec jest taki, że biorę jazdy, idę i zdaję i mam święty spokój. Oby!

    1. Sara, przepiękna historia! Próbuję sobie Ciebie wyobrazić jak egzaminator informuje Cię, że zdałaś i jak bardzo jesteś wtedy szczęśliwa! No i na dodatek ta niespodzianka dla rodziny!

      U mnie historia wyglądała trochę inaczej, chociaż podobnie jak u Ciebie, ten egzamin był jedną z najbardziej stresujących rzeczy w moim życiu. Nie wiem jak to możliwe, ale nie mogłam spać na tydzień przez egzaminem i miałam koszmary! Tata już na wstępie mi powiedział, że jak coś to da mi tylko na jedną poprawkę (na drugą miałam sama odłożone – jak robiłam prawko, miałam 18 lat). W dniu egzaminu w miarę spokojnie podeszłam do pisemnego, ale masakra zaczęła się na praktycznym, gdy po pierwsze nie usłyszałam, do którego samochodu mam iść i musiałam pytać wszystkich egzaminatorów po kolei czy może to ja zdaję u nich egzamin. No i jeszcze ta trzęsąca się noga na sprzęgle – myślałam,że padnę.

      Ponadto dwa razy wypowiedziałam się jak totalny tuman, wyobraźcie sobie sytuację:
      Jedziemy od świateł do świateł, trochę wolno, mało miejsca, dużo aut, to myślę sobie, że nie zmieniam biegu na trójkę: Egzaminator pyta: Pani Moniko, czy samochód ma tylko dwa biegi?
      A ja z najbardziej poważną miną: Nie, oczywiście, że ma trzy biegi, ale nie włączam trójki, bo korek, bo coś tam…

      Po chwili skapowałam, że strzeliłam sobie kulę w stopę, ale jakoś udało mi się wytłumaczyć. Jeszcze parę błędów było po drodze, aż zajechaliśmy w końcu na parking WORDi egzaminator zaczął mówił:
      „Pani Moniko, to Pani zrobiła źle, to Pani się nie udało, to nie do końca było dobre” – i do cholery do jasnej zaczął wymieniać wszystkie moje błędy!

      No to ja już prawie ze łzami w oczach pytam „A czy mogę znać wynik egzaminu?”

      Na co egzaminator spokojnym głosem odpowiedział „Pozytywny” i jak gdyby nigdy nic wyszedł z auta:D Jak zadzwoniłam do Taty, żeby powiedzieć, że zdałam za pierwszym razem to mało nie zszedł taki był zdziwiony:D

      A ja cały czas myślę, że wszystko się rozeszło o to, że podświadomie szkoda było mi wydać pieniążków na prawko, bo w tamtych czasach naprawdę nie miałam ich za wiele, a zawsze lepiej jest wydać je na ubrania:D

      Sorry, że aż tak się rozpisałam, ale tak jakoś miałam ochotę Ci o tym powiedzieć:D

      PS Teraz jeżdżę autem, ale nie jakoś super często. Kilka razy w miesiącu. I mogę się Sara założyć, że jestem milion razy gorszym kierowcą niż TY:)

      1. O jaka dobra historia! Czekałam aż ktoś powie, że przesada z tym stresem, a tu proszę – każda historia niemal identyczna.
        Ja jeżdżę teraz bardzo dużo, samochód mam rok, a już ma nabite 20.000, a dalsze trasy i tak robię samochodem męża.
        Uwielbiam jeżdzić, ale zawsze mam w głowie myśl, że nie mogę być zbyt pewna siebie i nigdy nie jestem na drodze sama.
        Buziaki!

  3. Świetny tekst!
    Dokładnie dziś mija 6 lat od mojego egzaminu 😊 Z uwagi na to, ze zdawałam go pierwsza wśród wszystkich moich znajomych, nie miałam większego rozeznania, a wspomniane „ptaszki” na kwestionariuszu zakreślane w czasie trwania egzaminu przez egzaminatora opatrznie potraktowałam jako egzamin niezdany.. (nikt mi wcześniej nie powiedział, ze egzaminator pisze cos „w papierach” na każdym, zdanym czy niezdanym egzaminie). Do końca egzaminu więc prowadziłam juz bez większego stresu, zastanawiając sie, kiedy bedzie wolny termin na kolejne podejście. Moja radość rownież nie miała końca jak sie okazało, że jednak nie miałam racji 🙂

  4. Dziękuję Sara za ten wpis. Ja nie mam prawka, nigdy nie prowadziłam i szczerze, to wszystko przez jakiś dziwny Strach, który jest pozostałością z dzieciństwa. Ten Strach to mój tata… Odkąd pamiętam, uwielbiał szybką jazdę, a ja najmłodsza z dzieci, zagryzałam wargi, zasłaniałam oczy i modliłam się żeby jakakolwiek podróż i dokądkolwiek, jak najszybciej się skończyła… Nigdy nie ciągnęło mnie do zdawania na prawko. Nie lubię szybkiej jazdy, nie kręcą mnie nowiutkie karoserie samochodów, a jednak, myśląc o przyszłości i tego typu „wypadkach” o których piszesz, mam coraz większą ochotę spróbować. Boję się, że będę ostatnią sierotą, która nie potrafi jeździć, ale kurczę… Jak nie teraz, to kiedy? Trzymaj za mnie kciuki. Wierzę, że niedługo, wreszcie się przełamię. Buziaki!

    1. Trzymam więc kciuki!
      Współczuję Ci doświadczeń – domyslam się, co czułaś. Ja nienawidzę, kiedy ktoś nieodpowiedzialnie jeździ, nie trawię brawurowych kierowców i wcale się nie dziwię, że odechciało Ci się jazdy na zawsze.
      Twój strach nie jest irracjonalny, tego głosu też warto słuchać.

  5. Dziękuję Saro za ten wpis. Ja nie mam prawka, nigdy nie prowadziłam i szczerze, to wszystko przez jakiś dziwny Strach, który jest pozostałością z dzieciństwa. Ten Strach to mój tata… Odkąd pamiętam, uwielbiał szybką jazdę, a ja najmłodsza z dzieci, zagryzałam wargi, zasłaniałam oczy i modliłam się żeby jakakolwiek podróż i dokądkolwiek, jak najszybciej się skończyła… Nigdy nie ciągnęło mnie do zdawania na prawko. Nie lubię szybkiej jazdy, nie kręcą mnie nowiutkie karoserie samochodów, a jednak, myśląc o przyszłości i tego typu „wypadkach” o których piszesz, mam coraz większą ochotę spróbować. Boję się, że będę ostatnią sierotą, która nie potrafi jeździć, ale kurczę… Jak nie teraz, to kiedy? Trzymaj za mnie kciuki. Wierzę, że niedługo, wreszcie się przełamię. Buziaki!

  6. Brawo Ty. Gratuluję pomysłu ze zrobieniem prawka po swojemu!
    Jako mieszczuch korzystający z przywilejów mieszkania w środku miasta prowadzę może kilka razy w roku jak napraaawdę muuuszę, ale też właśnie przymierzam się do odkurzenia prawa jazdy. W liceum uwielbiałam prowadzić, czas przypomnieć sobie jak to było, i może w końcu odciążyć męża od ciągłego szoferowania 🙂

  7. U mnie „tylko” 3 podejścia i za trzecim razem ledwo bo ledwo ale zdałam 🙂 Z tym, że jeszcze kilka alt po egzaminie na wspomnienie egzaminu dostawałam mdłości i oblewał mnie zimny pot. To było nieprawdopodobnie traumatyczne wspomnienie. Nie potrafię wytłumaczyć dlaczego ale tak było. Prawko zdawałam mając 17 lat i szczerze mówiąc od13 lat nie wyobrażam sobie bez niego życia, jeżdżę codziennie, dużo i to kocham 🙂

  8. Ha, nie wierzę. Opisałaś moją historię, jak słowo daję. Od początku kropka w kropkę, dokładnie tak samo było u mnie.
    Co mnie zmobilizowało? Mąż i ciąża. I strach, że w razie W zostanę sama z chorym dzieckiem w maleńkim mieście bez szpitala.
    Też nie powiedziałam nikomu, że spróbuję zdać 🙂
    I co? Wczoraj zdałam! Po 10letniej przerwie, w 37 tyg ciąży 🙂

  9. Ha, nie wierzę. Opisałaś moją historię, jak słowo daję. Od początku kropka w kropkę, dokładnie tak samo było u mnie.
    Co mnie zmobilizowało? Mąż i ciąża. I strach, że w razie W zostanę sama z chorym dzieckiem w maleńkim mieście bez szpitala.
    Też nie powiedziałam nikomu, że spróbuję zdać 🙂
    I co? Wczoraj zdałam! Po 10letniej przerwie, w 37 tyg ciąży 🙂
    Jest pięknie 🙂

  10. Jak ja Cię dobrze rozumiem 🙂 Sądzę, że ten wpis przyda się tym, którzy właśnie sobie odpuścili. Ja też zdałam 13, tylko piątek trzynastego 🙂 też miałam sporą przerwę. W poczekalni tego dnia byłam oazą spokoju, podczas gdy chłopak obok mnie co chwilę mierzył sobie puls. Zostałam wyczytana jako pierwsza, pamiętam to jak dziś, 8:00… wychodzi egzaminator, który już wcześniej oblał mnie 3razy, pomyślałam sobie „no to dziś pana przewożę, panie egzaminatorze”…Wszystko poszło tak, jak sobie wymarzyłam, nie popełniłam ani jednego błędu:) Ważna jest po prostu dobra szkoła jazdy i instruktor, bo jeśli wiesz, że wszystko potrafisz świetnie idziesz z zupełnie innym nastawieniem. Gratuluję a tym, którzy chcą się poddać mówię, nie idziecie tą drogą! Zmieńce instruktora, szkołę ale probujcie!

    1. To prawda, instruktor i pewność, że po prostu umie się jeździć są kluczowe. Tak naprawdę te dziesięć lat temu, nie byłam gotowa, żeby wyjechać na miasto. Kto wie – moze bym zdała i rzuciła dokument w kąt.

  11. Saro!! Ogromne gratulacje i szacun!! <3 Szczerze Ci zazdroszczę euforii związanej z jeżdżeniem, ja utknęłam. W prawdzie zdałam prawko 5 lat temu, będąc w 8mym miesiącu ciąży i to za pierwszym podejsciem, ale kurs robiłam lata świetlne temu i zmobilizowały mnie zmieniające się przepisy dot. testów. Niestety jeździć nie lubię 🙁 Nie no nawet nie, to, że nie lubię, boję się cholernie. Za każdym razem jak miałam prowadzić, to tak się strasznie stresowałam, że myślałam, że zaraz umrę. Plus małe dziecko w aucie, drące się pół drogi – to była dla mnie wizja nie do przeskoczenia.
    Ale drące japonię dzieci podrosły i uwielbiają podróżować samochodem.
    Widziałam ostatnio, że Oleńka Radomska zaczęła jeździć 🙂
    Teraz pora na mnie! Dałaś mi tym tekstem potężnego kopa w dupę! 😀 Mam ogromną chęć i potrzebę odkurzyć prawo jazdy i jeździć, jeżdzić, jeździć :))) DZIĘKUJĘ!

    1. No to powodzenia! Mam nadzieję, że się uda.
      Dzieci drące japę w samochodzie, to chyba największy koszmar każdego kierowcy!

  12. Gratulacje 🙂 Tak jak pisałam na fb już mam C+E ale ten stres… 😉 Jak ja Cię rozumiem. U mnie to jeszcze ambicje, chyba chore ambicje trochę, jak bym nie zdała za raz to bym padła tam.
    Pojechałam na testy na C, sala pełna ludzi. Sami chłopcy i ja. Egzaminator czyta nazwiska, bez emocji każdy podchodzi. I nagle czyta moje: pani Czubaszek, pani na C – tu wszystkie oczy na mnie – to pani prawo jazdy da do wglądu. I idę, blondynka, w spódnicy mini, na obcasach, każdy śledzi każdy mój krok, tuż przed egzaminatorem, tuż pod jego nogi upadły mi te nieszczęsne prawo jazdy…. Bo tak mi się ręce trzęsły. Testy na max, ale z wrażenia nie byłam w stanie się na praktykę zapisać. Na B miałam dokładnie to samo, po testach wybiegłam, wróciłam na drugi dzień. Przed egzaminem z jazdy nie spałam kilka nocy, tylko śniło mi się parkowanie 😀 Na szczęście jak tylko dotknęłam kierownicy to mi wszystko odchodziło 🙂

  13. Myslałam, że jestem jedyna która miała taka historię z prawem jazdy….. 6 razy, 6 razy ku….a przechodziłam przez to piekło i w koncu zdałam. Po odebraniu prawka z urzędu, na parkingu zabrałam męzowi kluczyki i wsiadłam do auta. I tak jest do dziś. Codziennie robię kilkadziesiat kilometrów z poczuciem niezalezności pod skóra. Lepsze czasem niz wino i orgazm

    1. Hahahahaha, to fakt!
      Kiedy biorę samochód męża – automat z napędem na cztery koła i jakąś niezliczona ilością koni, i mogę docisnąć gaz na autostradzie, to czuję się jak król życia,coś wspaniałego <3

  14. Dla mnie też dzień zdania na prawo jazdy to jeden z najszczęśliwszych w życiuwięc piąteczka 🙂 – ciągle się waham czy równo ze ślbem czy tuż po 😉 (dzieci na razie nie mam)

  15. no właśnie w samo sendo! gratuluję Ci z serca determinacji i odwagi. Ja mam prawo jazdy od 2012 roku zdałam bez problemu,mimo tego że też stres ogromny. Fajnie się jeździło z instruktorem w trakcie kursu, miło wspominam, ALE niestety nie jeżdżę samochodem, prawo jazdy leży bezużytecznie w portfelu. Bardzo bym chciała jeździć jednak jakaś blokada psychiczna nie pozwala mi. Zgrywam też bohaterkę, że stanie na przystanku i jeżdżenie do pracy PKS to dla mnie przyjemność. Oczywiście wcale tak nie jest! Na osoby jeżdżące samochodem, niezależne od niczego i nikogo nie proszące o podwiezienie uważam za superbohaterów i myślę jakby to fajnie było gdybym to ja tak miała. No właśnie jak to piszę to myślę że naprawdę istna głupota z mojej strony. Myślę, że teraz będzie dobry czas by coś z tym zrobić i wreszcie poczuć się tak jak Ty:))

    1. O kurde, aż żal tego prawa jazdy! Mam nadzieję, że się przełamiesz i będziesz miała frajdę z jazdy 🙂

  16. Jessu moja historia..kurs robiony w 2006 z czlowiekiem – niespełnionym aktorem – pol kazdej lekcji wydzieral sie zamiast uczyć.jak uczył to 7/8 obrotu w pol drogi do konstelacji kasjopeji. Znienawidzilam jeżdżenie. Egzamin – z poczuciem ze jestem gownem i nic nie potrafię (dzieło instruktora).mimo szczerych chęci egzaminatora na sam koniec ze stresu zawracalam na trójce. Kolejne 2 egzaminy- nie potrafilam nazwiska wybelkotac…odstawiłam prawko do teraz, bo każdy gledzi, ze jak tak zyc.szef zmusza do bycia przedstawicielem i tez gledzi ( wstydze sie i nie chcę nim byc ) wiec unikam pojcia na ponowny kurs.I tak od wiosny do wiosny. Ale jak zyc bez prawka …

  17. Matko!!! Mam dokładnie to samo! Nie jestem jedyną na świecie. zrobiłam w między czasie dwa kursy i przymierzam się do trzeciego. Traktuję to jak życiową porażkę i coś nieosiągalnego.

    1. Zobacz ile jest komentarz – niemal każda historia taka sama.
      Chyba jedyny sposób na to, to potraktować prawko jako kolejną rzecz na liście do odhaczenia, nie robić z tego „czegoś nieosiągalnego”. Ale takie myślenie trzeba wypracować, to nie jest łatwe. Powodzenia!

  18. Miss F. po pierwsze wielkie GRATULACJE. Po drugie Twój wpis spadł mi dzis jak z nieba. Moje doswiadczenia z WORDem były równie złe. Zdawałam trzy razy w wielkim stresie i upokorzeniu. Od momentu zdania – ani razu nie wsiadłam za kółko. Dzis właśnie zdawałam prawo w USA a dokładniej w Texasie. Byłam przekonana ze będzie tak samo jak w Polsce. Moje nerwy siegały zenitu. W obcym kraju, w stresie, w obcym języku, w obcym (wypożyczonym tylko na egzamin) aucie wiedziałam, że bedzie to porażka na całej linii. Mąż czekał w poczekalni przy okienku (jak w oddziale ginekologicznym) i patrzył czy NARODZI się nowy kierowca. Ja zlana potem, sina od nerwów i w sumie już bezradna poddałam się egzaminatorce. Egzaminatorka (nie tak jak w Polsce) wszystko mi wytłumaczyła, powiedziała z ludzkim uśmiechem dokładnie co bedzie oceniać i tym samym ZACZĄŁ się EGZAMIN. Dzieki Bogu wszystko poszło ok i dzierżę już dziś texanskie prawko. Ale upokoenia z Polski do tej pory pamietam.

  19. Na prawko poszłam trochę później niż rówieśnicy, bo mając prawie 22 lata. Z mojej klasy praktycznie wszyscy zdali prawko zaraz po osiemnastce. Zapisanie się na kurs to był spontan, bo ciągle denerwowało mnie dogadywanie chłopaka i rodziny kiedy wreszcie zrobię prawo jazdy i nie będzie trzeba mnie wozić. Więc poszłam, zaraz po świętach Wielkanocy w tamtym roku. Kurs ekspresowy, teoria trwała tydzień, przychodziliśmy codziennie. Zaczęłam jazdy. Skończyłam je w miesiąc, jeżdżąc praktycznie 6 razy w tygodniu. Za pierwszym zdałam teorię. Szczęśliwa, 13 czerwca. Egzamin umówiłam na 23 czerwca, na Dzień Ojca. Przed egzaminem wzięłam jeszcze 2 godziny jazd z ulubionym instruktorem. Oczywiście ulubiony instruktor jednak nie przyszedł, więc dostałam miłe zastępstwo. O ile w parkowaniu równoległym jestem mistrzem, to standardowe parkowanie prostopadłe wcale mi tego dnia nie szło. No ale wybiła godzina egzaminu. 9 rano. Egzaminator przyjechał spóźniony o 20 minut. Myślałam sobie w głowie – poproszę auto nr 7, szczęśliwa liczba… I dostałam auto nr 7! Bardzo miły, starszy Pan. Bez problemu zrobiłam plac, padał deszcz. Wyjechaliśmy na miasto. Najpierw zagapiłam się i zamiast pojechać prosto, jechałam po pasie do prawoskrętu, więc musiałam skręcić. Później przejechałam linię ciągłą, która była totalnie rozmazana przez deszcz… Łzy w oczach, w myślach „ku*wa ujebałam”… Ale Pan był wyrozumiały i zrozumiał, że wzięłam zbyt mały łuk skręcając na skrzyżowaniu i po prostu nie zauważyłam linii. Pozwolił jechać dalej. Bezpiecznie wróciliśmy do WORDu. Łzy szczęścia, zdałam… Lody w maku w nagrodę. Rodzicom nie powiedziałam o tym, że mam egzamin, zadzwoniłam z niespodzianką. Później jeździłam ich samochodem, wszystko super, aż do 23 sierpnia. Tak, tak, dokładnie dwa miesiące po zdaniu prawka. Wracałam z pracy, zagapiłam się i przywaliłam na skrzyżowaniu w samochód z przodu… Auto, w które przywaliłam do kasacji, nasze auto rozwalone… Udało się wprawdzie naprawić, ale za kółko od tej pory nie wsiadłam. Nie mogę się przełamać… Kumpela zdała za piątym razem, kupiła sobie jakiegoś gracika za grosze i jeździ… I słyszę tylko dogadywanie, że jestem słabym kierowcą, że zbyt łatwo mnie rozproszyć, że ona zdała za piątym, ale wypadku nie zrobiła… A szkoda, bo uważam, że to bardzo uczy pokory i tego, że zdanie prawa jazdy nie robi z Ciebie kierowcy. I te trzydzieści godzin jazd na kursie można sobie za przeproszeniem w d*** wsadzić. Nie potrafię się przełamać, może kiedy kupię sobie swoje „tico w holenderskim gazie” albo inne seiccento, wsiądę za kółko ponownie 😉

    1. O kurde, współczuję 🙁 Okropna historia.
      Pewność siebie za kierownicą jest zgubna i jak piszesz – jazdy człowiek się uczy dopiero po zdanym egzaminie, wcześniej uczymy się jak jeżdzić, żeby zdać.
      Mam nadzieję, że kiedyś przełamiesz strach <3

    2. ja prawko zrobiłam tuż przed 39 urodzinami 😀
      moja historia z prawem jazdy jest prawie identyczna: kurs z poradami w stylu magicznym, kilka niepowodzeń i długa przerwa..
      wreszcie mój mąż postanowił zrobić dodatkową kategorię i poznał właściciela kameralnej szkoły jazdy, który jest pasjonatem samodoskonalenia.. po kursie u niego bez problemu zdałam „za pierwszym podejściem”.. polecam go każdemu, kto wątpi!
      zaraz po otrzymaniu prawka dostałam pierwsze auto: „gracika za grosze”, do nauki, ale duże kombi w świetnym stanie mechanicznie, z pordzewiałą blachą.. kosztowało mniej, niż skuter 😀
      pierwszego dnia, gdy nim sama pojechałam do pracy, wjechałam w parkujące obok mnie auto, trzeciego nadziałam się na hak auta, które gwałtownie zahamowało przede mną, piątego wjechałam w drzewa parkując tyłem.. i w sumie tyle z większych wpadek 😀 mój mąż mnie nastawił, że to auto do nauki, miałam się niczym nie przejmować..
      następny samochód dostałam niecałe pół roku później: automat, ponad 2 litrowy silnik, napęd na 4 koła, wysokie, zwinne auto, świetne do miasta i poza miasto.. zaobserwowałam, że kobieta za kierownicą dużego auta wzbudza respekt i trochę gasi „mistrzów kierownicy” 🙂 teraz jeżdżę trzecim swoim samochodem, jeszcze większym, z jeszcze większym silnikiem, śmieję się czasami, że małym czołgiem 😉 nie miałam niż żadnej nawet tylko potencjalnej sytuacji kolizyjnej..
      od lat mąż daje mi swoje auta, chociaż wolę jeździć swoim, ale wiem, że świadczy to o wielkim zaufaniu do moich umiejętności 😉

      swoją drogą to straszne, że większość ma tak traumatyczne doświadczenia związane ze zdobyciem uprawnień.. przydałoby się coś zmienić w systemie, nie sądzicie?

      1. Jest to po prostu durne i tyle. To niesamowite, że większość komentarzy nie dotyczy wcale stresu związanego z samą jazdą, ale z egzaminem własnie. Wszytko w temacie napisała Erill w zasadzie – uczymy się pod egzamin, żeby zdać.
        Tymczasem powinniśmy nauczyć się jeździć dobrze i bezpiecznie.

  20. Ja też kilka razy oblałam. Ba – nawet teorie oblałam, bo uparłam się, że nie nauczę się testów na pamięć… i zawiodła mnie logika. Intuicja dawała rady, a jak zaczynałam z nią dyskutować, oblewałam teorie. 2 razy. Kolejne 3 egzaminy praktyczne oblane, w tym jeden na placu. Też chciałam zrezygnować. Myślałam, że się nie nadaje, choć tak kochałam prowadzić auto. I miałam wtedy przyjaciela, który powiedział, że mam się wziąć w garść i iść na kolejny egzamin. Pozwolił poćwiczyć na swoim aucie. Nawet pożyczył mi pieniądze na egzamin. I na kurs doszkalający.. chyba uwierzyłam, że skoro on we mnie wierzy, to nie jestem beznadziejna 🙂 I też nikt nie wiedział, że tego dnia idę na egzamin . Radość była niesamowita, zdałam! Piękny to był dzień 😉
    Pani Saro
    Gratuluję prawka i gratuluję, że udało się znaleźć odwagę na kolejną próbę :-*

  21. Akurat mam wrażenie, że jeśli chodzi o prawo, to „do sześciu razy sztuka” jest bardzo prawdziwe… 😉

    1. Bardzo możliwe, chociaż! Moja koleżanka, która również zdała po 10 latach przerwy, zaproponowała…przedawnienie. To oznacza, że jeśli po dziesięciu latach przerwy zdało się za pierwszym razem, to można mówić, że zdało się za pierwszym razem 😀

  22. Gratulacje Sara:)

    Ja zdałam za pierwszym razem jakieś 15 lat temu, ale ten dzień jest wysoko w czołówce najbardziej stresujących. Byłam chyba ósma w kolejności i przede mną nie zdał nikt, wszyscy oblali jeszcze na placu. Egzaminator był nieprzyjemny i też coś notował (potem się okazało, że stawiał ptaszki) byłam przekonana że nie zdałam i taka zła, że nawet nie zauważyłam, że nie każe mi się przesiadać.I też pamiętam te kretyńskie porady o słupkach na wysokości 1/3 lusterka. Na szczęście doszkalał mnie starszy brat swoim maluchem i zdroworozsądkowym podejściem 🙂

  23. To rowniez moja historia, obecnie jestem po teoretycznym i zapewne podejde do praktycznego w przyszlym tygodniu. Nie nastawiam sie ze zdam, odnosze wrazenie ze moj instruktor totalnie mnie zdolowal i nie nauczyl wielu rzeczy… Oczywiscie codziennie slysze te same teksty co Ty Saro, juz nawet nie przyznaje sie ze nie mam prawka. Mam za to corke z choroba lokomocyjna (slynna scena z wymiotami z Egzorcysty, tak wyglada kazda nasza przejazdzka), dlatego latwiej mi jest powiedziec ze nie jezdze ze wzgledu na nia…Nie mam prawka bo jak bylam mlodsza to po prostu nie mialam na to pieniedzy (moim rodzicom raczej sie nie przelewalo), a jak juz byly pieniadze to nie bylo na to czasu za praca. Zdecydowalam sie jednak je zrobic bo zycie nieustannie robi mi na zlosc, wyobrazcie sobie ze zawsze ale to zawsze, kiedy moj maz jest w pracy a ja musze wyjsc rano z dwojka dzieci do szkoly … napierdziela deszczem!!! Akurat w tym czasie! I akurat apka zlosliwie pokazuje mi ze raczej nie jest to mzawka ale opady 100%!!! Wprawdzie do szkoly mamy 10 minut na nogach, ale po tych 10 minutach wygladam tak jakbym zdecydowala sie pokonac droge przeplywajac przez rzeke(mlody jest bezpieczny w wozku pod folia, corka pod ogromnym parasolem). Kurcze, alez jestem zdolowana na sama mysl o tym egzaminie, no coz, trzeba odladac kase na liczne praktyczne.

    1. Moja rada przed egzaminem praktycznym- przygotuj się mentalnie- zrób specjalne miejsce w portfelu na nowy dokument jakim jest prawo jazdy!! To działa!!
      Taką radę usłyszałam od siostry, która też tak zrobiła 🙂 w obydwu przypadkach podziałało 😉 a wcześniej męczyłyśmy się strasznie z kilkakrotnym zdawaniem…
      daj potem znać 😉 trzymam kciuki!

    2. Hej dziewczyny, nie dalam rady, stres mnie zzarl i oblalam. Chyba cala ta jazda samochodem nie jest dla mnie…Panicznie boje sie jezdzic i to niestety wychodzi na egzaminie. Egzaminatorka niewiele lat ode mnie starsza zapytala dlaczego wlasciwie nie mam prawka bo ona ,,to 20 lat juz smiga”… No coz, nie bede juz pisac jak sie poczulam na samym wstepie. Takze dno totalne ze mnie.

      1. Ojej :(( Ale z drugiej strony – jeśli sama jazda Cię przeraża, to może faktycznie warto słuchać takiego głosu. Mnie przerażał tylko egzamin, jeździć kocham.
        Głowa do góry i absolutnie nie myśl, że jesteś dnem!!!

    1. No to powodzenia, chyba najlepiej potraktować to jako coś zwyczajnego, rzecz na liście do odhaczenia 🙂

  24. Sześć razy. I to w Warszawie (3 pierwsze razy w innym mieście!). Same problem. Stres egzaminacyjny mnie zjadał. Za piątym razem tak się wściekłam na instruktora (bo już dobrze jechałam), że poprosiłam go na koniec o jego dane i zapowiedziałam, że złożę skargę. Skargi nie złożyłam, zapisałam się na 6 egzamin. Wylosowałam egzaminatorkę. Był 8 marca. Kiedy usłyszałam, że zdałam, rozpłakałam się. Egzaminatorka zapytała przestraszona, co się stało. Odpowiedziałam jej: Bo dzisiaj są urodziny mojej Babci. Egzaminatorka się nie uśmiechnęła, a ja nie dodałam, że Babcia zmarła rok wcześniej. I że nigdy nie miała prawa jazdy. Ale byłaby ze mnie dumna.

    Natomiast to co napisałaś: Podobno mózg tak działa, że jak nieustannie sobie coś wbijasz do głowy, to zaczynasz w to wierzyć. I coś pewnie w tym jest, bo wcześniej przez dziesięć lat, powtarzałam sobie „nie dasz rady, nie ma bata” zapisuję sobie w notesie. Bo ja teraz znowu tak mam, że nie wychodzi i już chcę odpuszczać… ale to nie w moim stylu. Lubię walczyć do końca. To daje milion razy więcej satysfakcji.

    1. Ja też się raz wściekłam – byłam pewna, że zdałam, wróciliśmy pod WORD, a egzaminator „prawie by pani zdała”. Ale jak to?! Okazała się, że miałam włączone przez cały egzamin światło przeciwmgielne.
      Strasznie się z nim wtedy pokłóciłam!

  25. Saro, choć poród dopiero przede mną ( maj), budowa domu rusza w tym roku więc może nie będę obiektywna. Ale spośród wszystkich egzaminów i rozmów kwalifikacyjnych, matury, wesela i ślubu, i innych historii z mojego 27 letniego życia, egzamin na prawo jazdy był najstraszniejszy. Jak tak teraz się nad tym zastanowię, to nawet wydarzenie złamanego serca nie było tak straszne. Heh

  26. Saro- jakbyś pisała o mnie…
    Robiłam prawo jazdy na raty chyba z 10 lat… W końcu zmotywowałam wszystkie siły jak byłam w ciąży!!
    Nie wyobrażałam sobie wystawania z moim dzieckiem mroźną zimą na przystankach…
    Wiecznie od wszystkich zależna…
    Musiałam mieć to prawo jazdy!! I dostałam!! ołłłł jeeeeeeeeeeeeeee!!! 😉
    p.s. Jak egzaminator poinformował mnie o zdanym egzaminie to ze szczęścia (i chyba przez hormony) się rozpłakałam 😉
    Pozdrawiam ciepło 😉

    1. Mnie nawet dzieci nie zmotywowały, dopiero wyprowadzka za miasto! Chociaż pewnie gdybym nie miała dzieci, to możliwe, że do dziś nie wzięłabym się za to prawko.

  27. Czuję jakby ten wpis był o mnie! Ja zdałam za szóstym razem – miałam taką samą blokadę związaną ze stresem. Zapisywałam się na kolejne egzaminy tylko dlatego, że szkoda mi było wydanych już pieniędzy (na kurs, jazdy doszkalające i poprzednie egzaminy). Przy kolejnych podejściach również nikomu nie mówiłam kiedy mam termin. Wszystkie podejścia zaliczam do najbardziej stresujących momentów w życiu – dokładnie tak jak Ty. I również słyszę głosy, „widocznie mało jeszcze przeżyłaś”, no cóż, ja wiem swoje. Gdy wreszcie zdałam, nie jeździłam przez pięć lat – miałam strach i blokadę. Dwa lata temu wsiadłam za kółko i wsiąkłam. Pokochałam to (no może oprócz wspomnianych przez Ciebie korków oraz niektórych kierowców którym wiecznie się spieszy). Teraz nie wyobrażam sobie życia bez samochodu. Pierwszy raz usłyszałam/przeczytałam, że ktoś miał tak bardzo podobne odczucia jeśli chodzi o ten egzamin. Dzięki!

  28. Teraz będzie hardcorowo, ja zdałam za dziewiątym razem. Zapisałam się na kurs jak skończyłam 40 lat. Wszystko razem trwało około półtora roku. Były chwile zwątpienia, ale nie poddałam się. W dniu odebrania dokumentu kupiłam samochód i jeżdżę codziennie i uwielbiam to. Gdy egzaminator powiedział „zdała pani”, ucałowałam go. Stres był gorszy niż na maturze. Pozdrawiam serdecznie:)

  29. Mogłam Ci oddać swoje. Mam prawko od 18 roku życia (haha… prawie 18 lat!!!). Co z tego… jeśli panicznie boję się jeździć. Jak ja to w ogóle zdałam??? Jakiś (nie)fart ;P!!!

    No, ale postawiłaś mnie do pionu. Haha… do 40-stki muszę się przełamać :)!!!

  30. Ja też już 5lat sie czaję. Boję się, bo szybko łapie mnie stres… Śni mi się po nocach, że zaraz się rozbiję bo nie potrafię hamować. Tragedia. Mam nadzieje że jak w końcu się na to zdobędę, to będę też śpiewać i tańczyć! 😉

    ps. a moja mama ma 40stkę i mówi, że już za stara jest nie bedzie robić.. weź no jej coś powiedz!

  31. Pamiętam to jak dziś, klaustrofobiczna sala gdzie czekało się na swoją kolej, z której okna doskonale było widać plac manewrowy i wszystkie nieopowiedziane historie, których był świadkiem. Podchodziłam do egzaminu 5 razy, jak Ty. Zarzekłam się, że ten 5 będzie moim ostatnim – byłam już tym tak psychicznie wyczerpana. Kilka miesięcy wcześniej zdawana matura nie przysporzyła tyle stresu co egzaminy na prawo jazdy!

    5 egzamin rzeczywiście był moim ostatnim, szczęśliwie zdanym 🙂 nigdy nie chciałabym przechodzić przez to raz jeszcze!

  32. Ciesze sie za Ciebeie, ja mialam podobne egzaminacyjne dramaty… i po 7 albo moze 8 podejsciach i 13 latach przerwy mam ten wymarzony kawalek plastiku.

  33. Ja też zdawałam egzamin w Lublinie. Jak sobie przypomnę ten budynek i tą armosferę… brrr, to było straszne! Idealnie to opisałaś. Ja nawet koszmarnie wspominam ten egzamin, który udało mi się zdać.
    Super, że Ci się udało 🙂 Niech Ci się zawsze tak dobrze jeździ! 🙂

  34. Moja historia z prawkiem taka jak wiele opisanych powyżej. Jednak u mnie pierwsza i niepokonaną przeszkodą była nauka jazdy i koszmarni instruktorzy (nie umiem prowadzić, jestem w tym słaba a dla nich to chyba jakaś obelga i dno ludzkie) Jestem z Lublina i jeśli to możliwe bardzo bardzo proszę o namiary na tą szkołę i tego przyjaznego instruktora…
    P.S. moja koleżanka kiedyś powiedziała że w tym WORDzie śmierdzi… kupą czyli strachem tysięcy ludzi których tam przeczołgano…

    1. Hahaha, tą kupą mnie rozwliłaś 😀
      Teraz jest nieco lepiej, bo był remont i nawet nowocześnie. No o niebo lepiej niż kiedyś, ale atmosfera grozy – niezmienna!
      Co do instruktora, uczył mnie pan Arek ze szkoły iDrive 🙂 Nie mam do niego już kontaktu, ale w szkole mają z pewnością 🙂

  35. swietny wpis:) ja odniose sie tylko do czegos drobnego: kiedys tez zmagalam sie z astma, powiedziano mi, ze musze brac leki do konca zycia. rzeczywiscie, ataki minely, ale leki mialy mnostwo skutkow ubocznych. udalo mi sie wyleczyc inaczej. przez rok zrobilam sobie intensywna „kuracje czosnkowa”, jadlam czosnek codziennie, min. 3 zabki. po astmie ani sladu, nie musze brac zadnych lekow (chociaz lekarz uwazal, ze jestem na nie skazana). wygooglaj wlasciwosci czosnku i jego wplyw na astme, polecam:) usciski, K.

    1. O rety, ale to ma jakieś naukowe podstawy? Bo z kolei znam ludzi,k tórzy czosnkiem sobie bardzo wątrobę zniszczyli, stosując podobne kuracje 🙂

  36. Ja zdawałam trzy razy.
    Za pierwszym i drugim zaraz po oblanym egamiznie i zapisie na nowy, wsiadałam do auta mojego chłopaka i trenowałam dalej.
    Od momentu odebrania prawka w 2004 miałam trzy przerwy 2-4 miesieczne tylko z uwagi na kontrakty pracowe zagranicą. Jeżdzę non stop, rocznie dziesiątki tysiecy kilimetrów.
    Jak myślę o tym, że w trakcie egamiznów pan egzaminator nazwał mnie kilkukrotnie debilem który nie ma wyobraźni (swoją droga spoko podejscie zawodowe, żeby ubliżać innym w trakcie egzmianu) to chce mi się smiać i jednoczasnie jest mi przykro że od lat nie uczy się jezdzic tylko zdawac egzamin. A potem mamy ludzi nie umiejących w ronda, suwak, że o „lewy pas jest do szybkiej jaaaazzdy w miescie, deeeebileeee” nawet nie wspomnę.
    Z jednej strony zdawanie prawka to momentami droga przez męke – zwłaszcza dla tych co umieja myslec za kółkiem a nie bębnia na pamkę trasy egzaminów – a z drugiej wytwraza to pozbawionych wyobrazni prowadzaczy maszyn które są w stanie naprawde zrobić dużo szkody. Wszystko na odwrót.

    Zyczyłabym sobie – w tym idealistycznym Erillkowym swiecie – coby zdawali kierowcy tacy jak Ty Sara, ktorzy sie jaraja jazda, umieja to robic i mysla w trakcie a nie ci bebniac y formułki ktorzy potem nie maja wyobrazni jak sie na tej drodze zachowac i robia nerwowe ruchy. Moze byłoby wtedy bezpieczniej 🙂

    1. To prawda – system jest potwornie durny. Uczysz się jak należy zdać egzamin – stąd tylu ludzi już po otrzymaniu dokumentu nadal boi się jechać.
      No nic, dobrze, że mamy to za sobą!

  37. Też Lublin. Też ten sam stres,zdane za 6 razem… Na kurs zapisałam się zaraz po 18stych urodzinach wszystko szło sprawnie, nawet mój instruktor stwierdził że bez problemu zdam egzamin bo mam „ten dryg” może przez to że każde wakacje spedzalam w ciezarowce mojego Taty 🙂
    Ale stres był tak silny, że nie dałam rady pięć kolejnych uwalonych … Poddałam się na 4lata aż wreszcie stwierdziłam że mam dość bycia od kogoś zależnym kiedy i gdzie jedziemy i wracamy. Zapisałam się na egzamin zaraz potem na jazdy doszkalające – 20 godzin z których wyjezdzilam jedynie 2 godziny i to przed samym egzaminem , bo instruktor na którym mi najbardziej zależało rozchorowal się, w zastępstwie nie mieli nikogo innego dla mnie…
    Nikt nic nie wiedział, bo tak jak pisałaś Saro jest to za duże obciążenie psychiczne dla zdajacego…
    Tym razem do egzaminu podeszlam na wielkim luzie, co ma być to będzie i wreszcie się udało, mina egzaminatora bezcenna na wieść o tym że kurs robiłam 4lata temu i jestem tylko po dwóch godzinach doszkolenia. Do odebrania dokumentu nic nikomu nie mówiłam. Dodatkowo data urodzenia (dzień i miesiąc) są takie same jak data wydania prawa jazdy – czyli całkiem fajny prezent urodzinowy.

  38. Świetny wpis! Przeczytałam go 3 razy nie mogąc uwierzyć, że ktoś ma aż tak podobne odczucia do moich!
    Tyle tylko, że ja właśnie zapisałam sie na kurs, to był impuls, a umowa już podpisana. Mam 24 lata i co chwilę słyszę, że na prawo jazdy czas najwyższy i dlaczego nawet nie próbowałam. Sama nie wiem, bardzo chciałabym mieć prawko, wyobrazam sobie siebie kierująca, słuchająca muzyki i jadaca gdzie chce, najlepiej na wakacje oczywiście :D. Jednocześnie ogromnie się tego boję, nigdy nie prowadziłam samochodu i mam wrażenie, że jak nauczę sie tego to równie dobrze mogę sterować statkiem kosmicznym. O tym, że zaczynam powiedzialam garstce ludzi, nikomu z mojej rodziny. Gdy czytałam fragment o tym jak zdalas, co czulas i dzwoniłaś to az serce mi przyspieszylo, marzę o tym samym!
    Bardzo dziękuję Ci za ten wpis!

    1. Super, powodzenia!
      Rachel z Przyjaciół, kiedy po raz pierwszy w życiu zrobiła kawę, będąc już dorosła, powiedziałą „skoro jestem w stanie zrobić kawę, jestem w stanie zrobić wszystko!” I ja uważam, że to bardzo mądre.
      Dla mnie zdanie egzaminu było ogromnym krokiem do pewności siebie, zaraz po tym zrobiłam milion ileś rzeczy, które latami odkładałam, bo sądziałam, że nie dam rady.
      Tak więc wcale się nie zdziwię, jak tym statkiem kosmicznym polecisz!
      Pozdrawiam

      1. Za odpowiedź również dziękuję, czuję się teraz o wiele pewniej!
        To zabawne, a raczej niedorzeczne, jak bardzo może nas ciągnąć do pewnej rzeczy, a z drugiej strony boimy się tego, jakby to było coś złego.
        Mam tylko nadzieję, że i ja okażę się dobrym kierowcą bo oczyma wyobraźni jadę już terenowym samochodem po górach. Pozdrawiam!

  39. W mojej szkole jazdy zaraz na pierwszych zajęciach powiedzieli nam, że dla WORDu najważniejsze są słupki. Tego się nie przeskoczy, ma być 30% zdawalności i tyle. Jak chcą oblać to obleją. Słyszałam o przypadkach, kiedy łapali na „nie zastosowaniu się do znaków”, a znak był ukryty za drzewami – chyba nawet nie każdy mieszkaniec tego osiedla wiedział o jego istnieniu.

    1. Zasada jest bardzo prosta – jak chcą uwalić człowieka na egzaminie, to uwalą, nie ma bata. Nie poruszałam tego nawet w tekście – ale cztery razy zostałam oblana własnie na takich cwanych pułapkach.

  40. Gratulacje! Ja uwielbiam jeździć odkąd Tata nauczył mnie zawracać na ręcznym swoim maluchem… Przed egzaminem. Przede mną wysiadła dziewczyna z samochodu. Krzyczy w euforii „ Jeeeeest!!! Zdałam!!!” Na to ja zestresowana „Gratuluję! Wow! Za pierwszym razem?!” Na to dziewczyna: „Nie! Za 16-tym!” To dopiero motywacja 😁

  41. Saro, jak ja Ciebie rozumiem! Doskonale. lepiej niz doskonale.
    Zdałam w którąś sobotę lipca 2016. Za 26 czy 27 podejsciem….po 20 przestałam robić notatki.
    To było najcięższe dowiadczenie w moim życiu.

    O kolejnym podejściu wiedział tylko mój przszły Mąż. Wróciłam do tematu po ~1,5 roku przerwy (przy wczesniejszym egzaminie dostawczak wjechał mi w tył samochodu egzaminacyjnego..)
    Przy każdej z wcześniejszych prób przez problmey żołądkowe gubiłam 2 kilo. PO każdym niezdanym egzaminie wymiotowałam z nerwów.

    Opanować stres w końcu pomógł… szybki numerek godzinę przed egzaminem;p
    Tata się popłakał do słuchawki.NIkt z rodziny na początku nie uwierzył.
    I to uczucie, kiedy po 5 latach przed Wigilią słyszę od swojej ogromnej rodziny (7 braci, siostra, rodzice) : w zasadzie ni wiemy czego Ci życzyć, prawko masz!
    Uwielbiam prowadzić. Tobie gratuluję z całego serca!!

    1. Matko nie wierzę! No szacun totalny, ja pewnie bym odpuściła, niesamowita jesteś.
      Ja też bardzo długo myślałam- teraz jak mam prawko, to już wszystko w życiu mam. Zresztą za wiele się nie zmieniło w tej kwestii 😉 Teraz za to jak jestem w jakieś czarnej dupie, to myślę „mogłaś jeszcze w dodatku nie mieć prawka” 😀

        1. Hahahah, to jak ja podczas porodów, kiedy kończyli mi zakładać wenflon – uff,najgorsze już za mną 😀

  42. wow, ale komentarzy! to ja tez swoja cegielke dorzuce. Prawko mam od dosyc dawna ale…zdawalam 5 razy, tez w Lublinie i ten brzydki budynek w kiepskiej dzielnicy mam do tej pory przed oczami. Nie udawalo mi sie nigdy przejechac placu bezblednie, teoria to byl pikus, praktyka na kursie tez, lubie jezdzic i robie to dobrze, i zawsze tak bylo tylko nie na egzaminie. We wspomieniach mam ewidentne przypadki zlosliwosci egzaminatora, ktory tylko czekal zeby mnie na czyms przylapac np. na tym ze w stresie nie zauwazylam zaciagnietego recznego i samochod skoczyl przy starcie czy (naprawde to widzialam) chodzenie z linijka i odmierzanie cm czy aby na pewno dobrze zrobilam luk czy jakies inne badziewie i informowanie mnie z falszywym wspolczuciem, ze niestety ale niedobrze i do widzenia. W koncu zdalam…i jezdze szczesliwie od 17 lat. Ale tego stresu nie zycze nikomu. Gratulacje dla Ciebie w ogole!
    a dodam jeszcze ze bol brzucha w stresie przed egzaminem mialam porownywalny ze skurczami macicy przy porodzie-powaga!

  43. Ale trafiłaś z tym wpisem! Pięć dni temu zdałam egzamin. Za trzecim podejściem. Pierwsze dwa razy nie wyjechałam nawet z placu, mimo że na kursie plac nie sprawiał mi trudności. Stres mnie zjadał i chyba podświadomie nie wierzyłam ze mogę zdać. Za trzecim razem postanowiłam ze nie dam się zjeść i zdałam:)) Egzaminator był milczący i sprawiał groźne wrażenie, ale widziałam ze nie ma na celu mnie oblać, że nie zestawia pułapek. Popełniłam kilka błędów, ale żadnego dwa razy. Tak jak u wielu osób w rankingu najbardziej stresujacych sytuacji egzamin na prawko jest u mnie numerem jeden.
    Teraz odbieram dokument i nam zamiar jeździć od razu bo wiem że jak zrobię dłuższą przerwę to potem będzie coraz trudniej.
    Dodam jeszcze że jesli ktoś nie czuje się pewnie za kierownicą to warto dokupić godziny, czy zmienić instruktora (ja tak zrobiłam) a nie liczyć ze uda się jakoś zdać.
    Pozdrawiam ciepło

  44. Saro,

    ja muszę też o sobie w tym temacie, bo pęknę przecież, jak nie opowiem 😉 Zatem, moja droga Saro, ja przez trzy lata starań w ciążę ani rusz nie mogłam zajść, a jak tylko kupiłam sobie ponad 4 lata temu grata niemiłosiernego (żeby nie było szkoda, jak bedzie jakaś szkoda), to po dwóch miesiącach tego potwornego stresu za kółkiem byłam oczywiście w ciąży 🙂
    Moje Punto rocznik 2000 jest dla mnie pewnym symbolem. Jeden ogromny, wieloletni stres zajadłam drugim – związanym z byciem początkującym kierowcą. I okazało się, że jestem zdrowa, tylko strasznie zestresowana, hi hi.Moje auto jest ojcem chrzestnym naszego największego życiowego sukcesu – synka Krzysia! A podczas egzaminu – pamiętam doskonale – miałam budyń zamiast mózgu, dosłownie. Jechałam jak w hipnozie, we śnie, sztywna do granic, pewna, ze sie nie uda. No i proszę! Bez auta życia sobie dziś nie wyobrażam.

    Pozdrawiam,

    Edi

  45. Gratulacje!
    Ja zdałam za pierwszym razem, ale żeby nie oglądać „sromotnie oblewających” wzięłam ze sobą jakiś ckliwy romans do czytania..tytułu nie pamiętam, za to zdanie „Gratuluję, zdała pani” błogosławię po dziś dzień.
    Jeszcze raz gratuluję wytrwałości i samozaparcia

  46. pamiętam jak kiedyś opisywalas historie jak jeździsz z dziecmi PKS-emi ja spytałam ci się czy masz prawko,nie odpisalas mi,teraz wiem ze to pytanie padało pewnie z każdej strony i było ci przykro ze nie masz,mnie osobiście tez pytano ciagle o prawo jazdy i było to denerwujące ale mi teraz w kwietniu stuknie 8 lat zdane za 2 razem ,podeszłam miałam wyje…e i zdałam bez stresu az dziwne bo jestem nerwusem.

  47. Zazdroszczę. Ja mam prawko od 1998, za kółkiem ostatnio siedziałam w 2001. To moja pięta Achillesowa-boję się.

  48. Na żadnym egzaminie na studiach nie byłam tak zestresowana jak na egzaminie na prawko! Noga na sprzęgle trzęsła mi się i nie byłam w stanie tego opanować. Swój egzamin zdałam za trzecim razem. Dziś zdarza mi się bywać na egzaminach praktycznych z obcokrajowcami, jako tłumacz przysięgły – i mimo, że sama jeżdżę już naście lat, to za każdym razem znowu przeżywam ten stres razem z egzaminowanym. Cała oprawa egzaminu, punkty, kamery, egzaminator-służbista, sztywny jak wykrochmalony obrus – ten stres nie mija chyba nigdy.

  49. A jak instruktor tłumaczy Ci jak masz jechać, dokładnie w ten sposób, który opisałaś (chyba miałyśmy tego samego instruktora, chociaż ja zdawałam na Pomorzu! Chyba, że są jakieś specjalne szkoły dla instruktorów, gdzie uczą ich tych przeklętych, tfu, zaklętych formuł) że: „jedna druga lewego słupka, pojawi się w drugiej piątej prawego lusterka, zmieniając kąt o 90 stopni, muszę spojrzeć przez tylną szybę, splunąć przez ramię, zrobić dwa przysiady i jedną ósmą fikołka, następnie o 30 stopni przekręcić trzy szóste kierownicy, kątem oka pilnując lusterka, w którym pojawią są trzy siódme fragmentu słupka, który powinien wskazywać dwunastą osiem, gdyby był wskazówką zegara itp”, to myślisz tylko o tym, żeby wykrzyczeć mu w twarz, że oko nie ma żadnego kąta do cholery jasnej! 😉

    Tez mam same najgorsze wspomnienia z robieniem i zdawaniem egzaminu na prawo jazdy, u mnie doszedł jeszcze ten mankament, że ja po prostu nie lubię jeździć. Na szczęście za setnym podejściem udało mi się zdać egzamin. I super, bo w wielu przypadkach prawko jednak się przydaje i teraz nie wyobrażam sobie już mojego życia bez tego ułatwienia. 😉

  50. Tak czytam te komentarze i dziekuje bogu ze robilam prawko ‚zagranico’ 😀 (2 mies temu zdane, wiek 31 lat;)). cudowny nauczyciel, calkiem bezstresowa jazda, prawko po zdanym egzaminie dostalam od razu. jedyny problem: nie jezdze regularnie:/

  51. Jak ja Cię rozumiem! Sama zdałam za czwartym razem tuż po maturze tylko po to by prawo jazdy rzucić w kąt na całe 7 lat. Udowodniłam sobie, że umiem i tyle, potem powrót był już bardzo trudny. Aż do pierwszego dziecka, jednak podróż przez miasto skmką z wózkiem to nic fajnego. Myślałam o tych kobietach z Arabii Saudyjskiej, które w ramach protestu jeżdżą samochodem narażając się na nie lada problemy z prawem i było mi po prostu głupio. Samochód stał pod domem, prawo jazdy w szufladzie, a ja jak debil z tym moim uporem.
    Mąż cisnął, więc w końcu kupiłam jazdy z instruktorem i krok po kroku udało się. Zdaję sobie sprawę, że wielu ludziom, łącznie z moimi najbliższymi, trudno jest zrozumieć jak wielki był to dla mnie wysiłek. Po prostu fizyczny ból w postaci ściśniętego żołądka i do tego zanikający mózg zwiększający ryzyko wypadku, na początku horror. Ale z czasem było coraz lepiej, aż w końcu przyszedł ten jeden dzień gdy żołądek przestał boleć, a mózg się kurczyć i zaczęło być wspaniale 🙂 Najlepsze jest to, że nie muszę nikogo prosić!!! Niezastąpione uczucie, rewelacyjne. Czuję się taka dzielna i duża 😉

  52. Saro droga kochana! Dziekuje Tobie iz prawdopodobnie jestes lwia czescia mojego dzisiejszego zdanego prawka! Zdalam! 5 lat temu zaczela sie moja przygoda z motoryzacja, 2 niezdane egzaminy pozniej bylam przeszczesliwa, ze to juz koniec. Przrprowadzalismy sie do Wielkiej Brytanii i przestalam o tym mowic. Z tylu glowy jednak gdzies sie ta mysl tlila. Strach przed samochodem, dodam iz miewalam kosznary z tym zwiazane, snilam o tym, ze musze jechac, a nie wiem jak ruszyc. Jestem typem czlowieka, ktory teorie opanuje w trzy dni, a z praktyka moze byc roznie. Przeczytalam Twoja powyzsza historie i mysle sobie, bedzie, tez zrobie. Nie mowilam zbyt wielu osobom, o tym, ze znow ucze sie jezdzic. O egzaminie nie wiedziala moja rodzina, ani znajomi. Mimo tego iz chca oni dobrze, dokladaja niepotrzebnego stresu swoja nadmierna, aczkolwiek urocza troska… cala reszta natomiast opowiada niestworzone historie z egzaminu, ktory ledwo sie pamieta. Ja 5 minut po egzaminie nie potrafilam powiedziec, jaka trasa jechalam. Wiec, mialam wczoraj cudowna, rodzinna, plenerowa niedziele. Dzis wyszlam z domu jak gdyby nigdy nic do pracy, a pojechalam na egzamin… i zdalam za pierwszym razem w UK! Stres, opanowany, bo byl tylko moj wewnetrzny “podpierdalacz”, jakby powiedziala Nosowska. Po egzaminie zadzwonilam do lubego, mamy, siostry etc i mowie ZDALAM! Dzieki Ci Sara za motywacje i dobry pomysl! Nie mowcie nikomu!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.