W DUPIE RAŹNIEJ

Kochani, przybywam dziś ku pokrzepieniu Waszych serc. Chcę Wam powiedzieć, że jeśli Wasz dzień również układa się w kształt włochatego, nie powiem czego, którym tak chętnie sygnują nasz kraj wandale we wszystkich możliwych miejscach, to przybijam Wam piątkę!
Siedziałam tak sobie właśnie o poranku, próbując wydrapać z głowy całkiem dosłownie, o czym by tu dziś do Was napisać. Te wszystkie tematy notowane skrzętnie w moim kajecie, wydały mi się po prostu durne, jakby wyszły gdzieś z otchłani dupy. Zresztą ja też czułam nad sobą ten rozpościerający się jej cień. Podobnie moje tulipany, które gremialnie zwiędły, zanim rozkwitły, a ja rozstawiłam je we wszystkich kątach salonu, żeby przywołać wiosnę.
Rozumiem tulipany. Z miejsca, w którym siedzę, widzę, że świat kapie i zamienia się błotnistą breję.
Zaraz bociany zawrócą. Swoją drogą jak uwielbiam bociany, to jaką trąbą trzeba być, żeby wić sobie gniazdko w miejscu, gdzie nieustannie leje ci się na łeb?! Wczoraj widziałam, jak wicher próbował wyszarpać naszego bociana z gniazda.
Kiedy tak siedziałam, patrząc na wodę za szybą i piaszczystą Saharę, którą zostawia po sobie nasz pies w każdym miejscu, w którym leży, przyszło mi do głowy, że skoro i tak nie piszę, to chociaż zjem kanapkę z miodem, po drodze sprawdzając, co tam na Vinted.
Bułkę podgrzałam w piekarniku, aż przyrumieniła się skórka. Chrupiącą położyłam na talerzu, szczodrze pieszcząc ją masłem, otworzyłam słoik z miodem i… aż mnie zemdliło. Zamiast złotej tafli malinowego miodu, ujrzałam poruszającą się czarną mrówczą masę. Właściwie miód wyglądał jak mak, tylko ruchomy. Łyżką zaczęłam wyławiać robactwo. I żal mi było tej bułki, co wystygła i mrówek, co umarły w męczarniach i siebie samej, że zamiast rozkoszować się smakiem porannej bułki z masłem i miodem, wzdrygam się i przełykam namolne soki żołądkowe.
I wtedy usłyszałam jęk: no nie, nooooo!, a w kuchni pojawił się rozczochrany Lolek, z całą pościelą odbitą na twarzy i ciężkimi od gęstego jak ten mód snu, powiekami.
– Nikt mnie nie obudził na lekcje! – wyjęczał ponownie, ja zaś usłyszałam ryk tłumu wiwatującego, gdy otrzymywałam statuetkę dla Najgorszej Matki Roku!
Zasępiona okolicznościami poranka, powróciłam przed monitor komputera. Świat kapał jeszcze bardziej i wydało mi się, że dom sąsiadów jest już autentycznie niższy o cały parter nurkujący w brei. Zerknęłam na prognozę pogody. Okazało się, że ta pogoda będzie już zawsze.
I wtedy to do mnie dotarło. Z całą mocą i brutalnością.
Że w jedyny naprawdę ciepły dzień w tym roku, kiedy słońce pieściło pierwsze nagie kolana i obojczyki, ja miałam takiego kaca (wiem Mamo i Tato, że nie tak mnie wychowaliście, prawie nic nie wypiłam, po prostu pomieszałam), że żałowałam, że w ogóle mam głowę i jeśli to był jeden jedyniutki ciepły dzień w tym roku, to zmarnowałam cały rok!!

I tak sobie myślę, kończąc już ten lament, że nawet jeśli świat stoi przede mną otworem, to dziś tym tylnym. Jestem przyfastrygowana do ziemi tymi upierdliwymi drobiazgami z życia. Niebo przepływa gdzieś ponad mną nieosiągalne i stalowe.
Tymczasem z biura męża dochodzą odgłosy wykrzykiwanych po angielsku, polsku i portugalsku przekleństw, chyba też mu dzień się bardziej rozsypuje, niż układa, albo może po prostu języków się uczy.

Wszystkiego dobrego kochani, pamiętajcie W DUPIE RAŹNIEJ <3

You may also like

10 komentarzy

  1. Lubię to, że nawet we wpisach, w których narzekasz na przeciwności losu, zachowujesz poczucie humoru i jednak spory dystans do rzeczywistości. Dupa dotarła też na Dolny Śląsk, jednak mimo wszystko liczę na to, że nadejdzie wreszcie dzień, w którym nawet przez złowrogi otwór wpadną do nas promienie wiosennego słońca. :))

  2. To prawda. W dupie raźniej 😏 Ja wczoraj otrzymałam od samej siebie tytuł Matki Roku. Moje dzieci pomimo mojego urlopu dostały na obiad zupki chińskie i arbuza… Wiesz, owoc musi być 😏

  3. Och jezu jak mi trzeba tego było. Wczoraj zmarła moja ukochana babcia, dzisiaj pies z ostrą niewydolnością nerek i rozsianym rakiem walczy właśnie u weta o życie a ja z duszą na ramieniu czekam na telefon od niego. I nagle to zdanie „I tak sobie myślę, kończąc już ten lament, że nawet jeśli świat stoi przede mną otworem, to dziś tym tylnym”, które uruchomiło u mnie jakąś klepkę napadowego śmiechu, gdzie oczami wyobraziłam sobie ten tylny otwór. Co prawda to i tak śmiech przez zły ale zawsze jednak śmiech. Dziękuję

  4. Ojjj przytulam. Ja po 3 tygodniach wracam w normalnym trybie do pracy w przedszkolu, Młoda do swojego, więc byłoby spoko, ale opiekunka się wypięła też tą drugą stroną, więc coś mnie opadło…
    Rzeczywiście w d* raźniej 😉

  5. Niech już wreszcie przestanie padać! Czekam, żeby zacząć wystawiać rośliny na taras, ale ciągle zimno i pada… Jak długo mogę je więzić poupychane w mieszkaniu? Przecież to zaczyna być już niehumanitarne. Deszcz padający całymi dniami a nawet tygodniami powinien być zakazany :-/ Nie dość, że lockdown, to wszystko nam zabrali – nawet słońce. O tak, jesteśmy w wielkiej, czarnej i do tego mokrej dupie!

  6. Dziękuje, zrobiłaś mi wieczór. Bo dzień przepadł. I myślałam ze pocieszę się jak zawsze Twoim wpisem o Ferze.
    Pozdrawiam, Grażyna

  7. Nie wiem, czy taki był zamiar (wręcz wątpię w to), ale ubawiłam się świetnie czytając ten post. Tak więc dziękuję! Bo jestem straszliwą…optymistką i nawet jak jest źle, to wiem, że i tak będzie lepiej. Optymizmu!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.