WE TRAVEL NOT TO ESCAPE LIFE, BUT FOR LIFE NOT TO ESCAPE US.

Na spotkanie z Olą i realizację całego materiału do Zwyczajnych Dziewczyn mamy niewiele czasu i wszystko odbywa się właściwie na wariackich papierach aż do samego końca, kiedy w ostatniej chwili zmienia się koncepcja sesji. Upada pierwotny plan o nowoczesnej dziewczynie w industrialnym wnętrzu, bo Ola jest tak bardzo urzeczona polską przyrodą, że pyta, czy dałoby się może jednak zrobić zdjęcia na łonie natury. Czemu nie, możemy spróbować. Choć będzie to bardzo ryzykowne.
W tych warunkach korzystne światło będziemy mieli najwyżej godzinę… Matka natura bezlitośnie odmierza nam czas. Jeśli nam się nie uda, to koniec.
Bo następnego dnia Ola ma samolot do Nowego Jorku, gdzie od dwunastu lat mieszka. Emocje jak na amerykańskim filmie sensacyjnym.
Spotykamy się w przytulnej kafejce. Taka trochę randka w ciemno, bo co nieco o sobie wiemy, widziałyśmy swoje zdjęcia i tyle.
Przychodzę pierwsza i czekam dosłownie moment. Od razu ją poznaję.
Wielkie zielone oczy, drobne rysy twarzy, alabastrowa cera i ta zadziorna krótka fryzura. Wszystko to sprawia, że Ola wydaje mi się pięknym elfem.
Kiedy chwalę jej włosy, odruchowo je przygładza lekko zażenowana.
Zawsze miała gęste, długie, blond – w telefonie szuka zdjęcia.
– Takie – pokazuje mi z dumą.
Na jej środkowym palcu lewej dłoni dostrzegam coś – malutki tatuaż.
– Co to? Dopytuję.
– Aaa, to dłuższa historia.

We travel not to escape life, but for life not to escape us.
21 maja 2017 roku Ola umieściła w swoich social media zdjęcie z napisem: We travel not to escape life, but for life not to escape us (podróżujemy nie po to, żeby uciec od życia, ale żeby życie nam nie uciekło).
Ola kocha podróże. Na Instagramie wesoła dziewczyna ze zdjęć macha do obiektywu z różnych zakątków globu. Właśnie realizuje swoje największe życiowe marzenie – półroczną wyprawę dookoła świata.
Kiedyś, podczas jednej z tych szalonych tułaczek, trafiła do dżungli amazońskiej. Tam poznała ludzi żyjących z dala od cywilizacji, w zgodzie z naturą. Ich szczęście polegało na tym, że żyli prosto, cieszyli się tym, co mają, nie zabiegali o więcej. Powtarzali: „kochaj siebie! Bądź swoim najlepszym przyjacielem”.
– Pomyśl tylko – zwraca się do mnie Ola – jak często źle sami o sobie myślimy? Jak łatwo mówimy sobie brutalne rzeczy: „jesteś do dupy, do niczego, beznadzieja”. Z jaką łatwością się krytykujemy, ciągle w swoich oczach niewystarczająco dobrzy. Czy kiedykolwiek zwróciłabyś się tymi samymi słowami do przyjaciela? – pyta retorycznie.
Malutki tatuaż na jej środkowym palcu to serce.
– Żebym codziennie pamiętała – kochaj siebie i bądź swoim przyjacielem.
To było zaraz po powrocie z podróży dookoła świata. Ta niewiarygodna informacja, która miała zmienić jej całe życie. To życie, które tak kurczowo trzymała za ogon, żeby jej nie uciekło.
We travel not to escape life, but for life not to escape us…
– Gdybym miała umrzeć, to zobaczyłam prawie cały świat. Ilu ludzi ma to szczęście? Ja jestem szczęściarą.

I haven’t been everywhere, but it’s on my list.
I haven’t been everywhere, but it’s on my list, Susan Sontag (nie byłam jeszcze wszędzie, ale jest na mojej liście) – napisała na swoim Instagramie Ola 18 maja 2016 roku.
Planowała właśnie kolejną wyprawę. Dwa miesiące w Afryce. Kupiła bilety. Leżała na łóżku, wpatrzona w ekran laptopa, kiedy coś pod pachą ją zaswędziało. Podrapała się. Pod opuszkami wyczuła malutką grudkę. Zupełnie się tym nie przejęła. To nie bolało, nie rosło. Spokojna poszła na usg. Dziś już wie, że radiolog wiedział od razu, ale nie chciał jej wystraszyć.
Torbiel ma wyraźne dranice. A rak… Rak jest poszarpany. Nie wiadomo gdzie się zaczyna i gdzie kończy. Rak sam w sobie jest jak jakaś upiorna zgadywanka. Rak czy nie rak? Mały czy duży? Złośliwy czy nie?
To był szósty lipca, zaraz po Dniu Niepodległości. Była pochłonięta codziennymi zajęciami, kiedy zadzwonił telefon.
Spokojny kobiecy głos oznajmił:
– Bardzo mi przykro to mówić, ale ma pani raka.
Odebrało jej mowę.
Nie miała raka!! Miała plany. Miała bilety do Afryki. Miała życie przed sobą. Miała ludzi, którzy ją kochali.
Miała umrzeć.

Channeling my inside Sinead O’Connor.
Oglądam Instagrama Oli. Niemal z dnia na dzień wesoła dziewczyna, machająca do mnie ze zdjęć, staje się wrakiem.
20 sierpnia 2017 Ola wrzuca swoje uśmiechnięte zdjęcie. Jest na nim łysa. Podpis: Channeling my inside Sinead O’Connor hasztag #baldhairdontcare. (Odkrywając swoją wewnętrzną Sinead O’Connor).
Post z 26 października 2017 roku. Piękna kobieta o oszałamiających blond włosach do pasa na tle świątyni Taj Mahal i podpis: To me and my beautiful hair. Was this really just few months ago? Za mnie i za moje włosy. Czy to możliwe, że to zdjęcie sprzed kilku miesięcy? I hasztag #cancersucks.
Rak jest podły. Może być nawet mały i bez przerzutów – jak u Oli, a i tak będą lali w ciebie chemię, aż zobaczysz, jak wyglądasz naprawdę – bez tych wszystkich dziewczyńskich ozdób – włosów, brwi, rzęs, cycków.
Na początku Ola nosiła perukę. Długie, gęste, blond włosy, do złudzenia przypominające jej własne.
– Boże, jak w tym było gorąco. Jak w kożuchu! Któregoś dnia zdjęłam to cholerstwo z głowy. Trudno, tak teraz wyglądam i poszłam do pracy. Ludzie byli w szoku. Większość wtedy dowiedziała się, że jestem chora.
A to i tak tylko to, co jest na zewnątrz. Chemia wyżera cię od środka. Dosłownie. Żywi się twoimi kośćmi, narządami wewnętrznymi. Wywołuje kolejne choroby. Ola przeszła menopauzę, miała krztuśca, raka skóry, w płucach ma pęcherzyk, który jest nieustannie monitorowany, w wątrobie ma krwiaka. To wszystko to „tylko” powikłania po chemii.
– Mówią, nie idź do lekarza, bo zawsze coś ci znajdzie. Ja teraz idę tylko po to, żeby dowiedzieć się, co znowu mi jest. Czasem odwlekam wizyty. Karmię się tym złudzeniem bycia zdrową. Jestem trzydziestolatką zatrzaśniętą w ciele schorowanej staruszki. Już nigdy nie wyjadę na dłużej nigdzie. Już nigdy nie będę tak wolna – mówi. W jej zielonych wielkich oczach zakwitają łzy, które dławi szybkim mrugnięciem. – Ale i tak jestem szczęściarą.
Powtarza to już któryś raz podczas naszej rozmowy. Szczęściarą? – patrzę na nią pytająco.
– Wiesz, tam na onkologii spotykałam dzieci chore tak samo, jak ja, czasem bardziej. Zobacz, ile więcej zdążyłam od nich przeżyć? Dwadzieścia, trzydzieści lat życia w zdrowiu… Czy nie jestem szczęściarą?

Together we can fight it all.
Ze zdjęcia na Instagramie patrzą na mnie dwie dziewczyny. Są identyczne. To bliźniaczki jednojajowe. Ola i Wiola.
Do dziś potrafią nabrać własną matkę. Ale na egzaminach były zawsze uczciwe – każda zdawała swój. No, chyba że oblewała.
Przez pierwsze lata były nierozłączne. Funkcjonowały jako dwupak, przez wszystkich nazywane po prostu „bliźniaczkami”. Dlatego postanowiły iść do innych liceów. Musiały nauczyć się żyć osobno. Emocjonalna więź nie osłabła między nimi nigdy.
Teraz Ola mieszka w New Jersey, a Wiola na Florydzie. Prawie dwadzieścia godzin drogi samochodem. Nieustannie rozmawiają przez telefon i odliczają czas do następnego spotkania.
Kiedyś nie widziały się wyjątkowo długo. Na lotnisku, wpadły sobie w objęcia i przez dziesięć minut tylko płakały.
W tamtym czasie Ola dorabiała do studiów pracą w kawiarni. Pewnego dnia zaczepił ją klient: – Przepraszam, czy ty masz może siostrę bliźniaczkę?
– Tak, a skąd pan wie? – zdziwiła się.
– Widziałem was na lotnisku, jak się witałyście. To było tak piękne, że sam się wzruszyłem. Nigdy tego nie zapomnę.
– Świat bez Wioli nie mógłby istnieć – mówi Ola i po jej policzku spływa pierwsza podczas tej rozmowy łza, a przecież gadamy o raku i umieraniu.
Dlatego pierwszą osobą, do której Ola zadzwoni, żeby powiedzieć o chorobie będzie jej siostra.
Obie będą bardzo długo milczeć, a potem płakać. Aż Wiola wsiądzie w samochód i przyjedzie z Florydy do New Jersey, żeby przytulić siostrę.
To nie rak jest najgorszy, ale myśl o tym, jak zniesie to jej siostra bliźniaczka. Przecież będzie miała czarne myśli. Będzie płakać w poduszkę. Będzie wyobrażać sobie świat bez Oli… Będzie na nią patrzeć, kiedy chemia odrze ją ze wszystkiego. I będzie musiała być twarda. Udawać silną. Ocierać jej łzy, swoje ukradkiem. Trzymać ją za rękę.
Zdjęcie z datą 16 lipca 2017 roku. Dwie radosne dziewczyny w kapeluszach. Podpis:
I wanted to take a second and thank my AMAZING twinnie for dropping everything and driving all the way across the country when I needed her. This week has been so much easier having you here with me. I know that together we can fight it all, including bears apparently. There are no words to describe how much I love you.
(Chciałam poświęcić chwilę uwagi mojej cudownej bliźniaczce, która rzuciła wszystko i przejechała cały kraj, żeby być ze mną, kiedy jej potrzebowałam. Ten tydzień był dzięki Tobie o wiele łatwiejszy. Wiem, że razem nic nam nie straszne, nawet niedźwiedzie jak się okazuje. Nie ma słów, które potrafią opisać, jak bardzo Cię kocham.
– Tak naprawdę powinnaś napisać o Wioli, a nie o mnie – w zamyśleniu mówi Ola.

I am the storm.
Mam takie zdjęcie, zrobione na kilka dni przed tym, zanim dowiedziałam się o chorobie.
Jest na nim piękna dziewczyna, z długimi blond włosami, uśmiecha się.
Patrzę na nią i myślę – ona jeszcze nie wie.
Jest taka szczęśliwa. Taka wolna. Ma wszystko – i nie wie o tym.
Gdybym mogła cofnąć czas, to dałabym tej dziewczynie świadomość tego wszystkiego, co posiada.
Tak często to, co mamy, bierzemy za pewnik. Przyzwyczajamy się. To przestaje nas cieszyć. A życie jest tak kruche.
Niedawno w Stanach można było wygrać w narodowej loterii 1,6 biliona dolarów. Ola z przyjaciółkami postanowiły zagrać. Kupiły mnóstwo losów. A potem zaczęły fantazjować, jak bardzo zmieni się ich życie po wygranej i co za to kupią.
– I nagle dotarło do mnie, że jednej jedynej rzeczy, której brakuje mi naprawdę, nie kupię za żadne pieniądze. Gdybym tylko mogła wybrać między bilionem dolarów a zdrowiem, wybrałabym zdrowie – patrzy na mnie szklistymi oczami i przez moment czuję się milionerką.

Z Instagrama Oli:
30 września 2017 roku:
The Devil whispered in my ear,
„You’re not strong enough to withstend the storm”.

Today I whispered
in the Devil’s ear,
„I am the storm.”

(Diabeł szepnął mi na ucho: „nie jesteś wystarczająco silny, żeby przetrwać burzę”.
Dziś ja szepnęłam Diabłu na ucho: „To ja jestem burzą”).

18 października 2018:
Yesterday, after a total of 30 infusions over 14 months, I have finally reach the end of my cancer treatment! Yay!
(Wczoraj, po 30 wlewach w ciągu 14 miesięcy, skończyłam leczyć się na raka).

***

Zdarzają się takie spotkania z ludźmi, które potrafią poruszyć najgłębsze struny w środku.
Słowa zastygają w gardle gulą. Trudno myśleć o czymkolwiek innym.
Właśnie taka – odarta z pancerza i brocząca emocjami, wracałam ze spotkania z Olą.
Było już ciemno. Dzień zgasł i ponurą strugą rozlewał się mrok. Światło reflektorów samochodowych roztrzaskiwało się o gołe drzewa. Dojeżdżając do domu, zwolniłam. Zobaczyłam ich w kuchni. Byli tam. Cali, zdrowi, moi, skąpani w wieczornym świetle, w ciepłym domu.
W głowie zadźwięczały mi słowa Oli: „to, co mamy, bierzemy za pewnik, a życie jest takie kruche”.
Pękłam.

*O cyklu ZWYCZAJNE DZIEWCZYNY:
Chciałbym, żebyście na to słowo „zwyczajne”, tak niepopularne w ostatnim czasie, przekornie zarzuciły woal wyjątkowości.
Świat chce żebyśmy były idealne. Powinnyśmy mieć idealne figury, kariery, twarze, życiorysy, a na koniec przepuścić wszystko przez Photoshopa. Dla pewności.
W efekcie jesteśmy zakompleksione i niedowartościowane.
To brzmi jak frazes, ale nowym cyklem chcę Wam pokazać, że jesteście wyjątkowe. Takie jakie jesteście. Ze swoimi wadami, niedoskonałościami, słabościami.
Że to dobrze, że nie zjechałyśmy z jednej linii produkcyjnej. Że mamy inne twarze i inne życiorysy.
Mój pomysł przychodził na świat powoli przez ostatnie lata, jako wyraz buntu na pozornie idealny świat przedstawiony social mediów, reklam, magazynów.

Przed Wami Ola








sukienka – Lana Nguyen
biżuteria – APART



Patronem cyklu ZWYCZAJNE DZIEWCZYNY jest marka PIXBOOK. Każda z bohaterek dostaje w prezencie swoją fotoksiążkę ze zdjęciami z sesji.
Dla Was też mam kod rabatowy. Z hasłem ALEKSANDRA fotoksiazka A3 kosztować będzie 59 zł (cena regularna to 99 zł). Kod jest wielokrotnego użytku, ważny do 31 grudnia 2018 roku.
Polecam Wam, bo to doskonały pomysł na prezent pod choinkę.



Partnerem cyklu jest również firma APART. Każda bohaterka otrzymuje w prezencie biżuterię.


You may also like

9 komentarzy

  1. Pani Olu, dziękuję za uświadomienie mi, co jest w życiu najważniejsze. Jest PanI niezwykle mądrą i silną kobietą. Pozdrawiam ciepło i życzę powodzenia oraz satysfakcji z życia.

  2. Piękna kobieta, wzruszająca historia. Popłakałam się bo wyobraziłam sobie świat bez mojej siostry ( młodszej nie bliźniaczki) To byłby smutny świat, załamałabym się i nie wiedziałabym jak mam dalej normalnie funkcjonować. A pamietam jak byłam małą i rodzice powiedzieli że będę miała siostrę. 9 lat bycia jedynaczka i tu taki prezent. Powiedziałam im wkurzona ” Nikt nie pytał mnie o zdanie. Nie chce”. A teraz? Nie wyobrażam sobie świata bez niej…
    Dziękuję za tak piękną wzruszającą historie która przypomniała mi czego nie docenia, zapominam, co jest w życiu najważniejsze 😉

  3. Dzień dobry
    Odkąd pamiętam Ciebie i Was obie z Twoją Siostrą,to zawsze widziałam uśmiech i troskę oraz siłę
    Jesteś Wielka-Tezynaj się Kochana
    Będzie dobrze , pozdrawiam cieplutko 😊

  4. Kieruję moją wiadomość głównie do Oli: Wspaniale prezentujesz się na wszystkich zdjęciach, na sesji 🙂 Bardzo ładna, zwiewna sukienka i do tego ten uśmiech 🙂 Może będzie sesja zdjęciowa na zimę?

    Historia wzruszająca, chciałabym zobaczyć Waszą dwójkę na sesjach zdjęciowych 🙂 Obie. Cieszę się też, ze poznałam coś więcej projekcie pn „Zwyczajne dziewczyny” 🙂

    Pozdrawiam Was ciepło

    Anita z Modny Blog

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.