ZIELEŃSZA TRAWA SĄSIADA…

„Chciałbym mieć jego problemy. Jakie on może mieć problemy?” – powie o Vincencie van Goghu jego współpracownik. Właśnie czytam „Pasję życia” – biografię malarza. To zdanie od kilku dni za mną chodzi.

Robimy ogrodzenie. Od października. Żadne tam złote szprosy i marmury. Proste ogrodzenie. Niestety bardzo przejechaliśmy się na wykonawcy. Niemal każdy dzień od trzech miesięcy zaczynamy od nieprzyjemnego telefonu. Wygląda na to, że zostaliśmy oszukani. Straciliśmy sporo pieniędzy, jeszcze więcej nerwów i pewnie trochę wiary w ludzi.
To było dzień przed wigilią. Lodowaty podły dzień. Przez okno zerkałam na robotników. W gruncie rzeczy bogu ducha winnych. Zdanych na łaskę swojego szefa – niesłownego partacza.
Było ich dwóch. Jeden starszy i chorobliwie chudy. Drugi młody, ale z twarzą okrutnie poturbowaną przez życie. Majstrowali przy drutach zgrabiałymi i sinymi z zimna rękami, jednocześnie łapczywie zaciągając się dymem papierosowym. Po jakimś czasie zauważyłam, że skończyli i siedzą w garażu. Nie rozumiałam, czemu nie wracają do domów.
– Czekamy na szefa, żeby nam zapłacił – poinformował mnie młodszy z nich – obiecał, że da nam dziś po 200zł. Musimy czekać, bo chcemy coś kupić na Święta.
Wróciłam do domu. Od progu uderzył mnie błogi zapach pierników. Przełknęłam gigantyczną gulę, która nagle zakwitła w moim gardle.

Dosłownie wczoraj przeglądałam zdjęcia na Instagramie, kiedy na jednym z nich zobaczyłam niemowlę. Jedna z moich ulubionych zagranicznych blogerek – Jessica Stein, niedawno urodziła dziecko, to było jej maleństwo. W nosku dziecka była sonda. Jej fragment przylepiony był ogromnym kawałkiem plastra do filigranowej twarzy.
Po chwili już wiedziałam, że jej córeczka jest bardzo ciężko chora, a jej szanse na przeżycie niewielkie…

Wracaliśmy dziś do domu. W złych nastrojach. Kolejna awantura z gościem od ogrodzenia.
Siadłam w kuchni i tępo patrzyłam przez okno. Jakoś zwalił mi się na głowę ten styczeń. Ciągle problemy. Nagle zadzwonił telefon. Moja przyjaciółka. Załkała do telefonu.
– Wywalili mnie z pracy – boże, co ja zrobię…
Nie wiedziałam, co jej powiedzieć.
– Przyjedź – szepnęłam – po prostu cię przytulę i razem wymyślimy jakiś plan.
– No właśnie chciałam zapytać, czy mogę. Jak tylko się uspokoję, pakuję dzieci do samochodu i przyjadę – powiedziała, przełykając łzy.

Dziś miałam napisać o czymś całkiem innym. Ale siedzę tu sobie i tak rozmyślam, patrząc na moje nieskończone ogrodzenie i czekając na przyjaciółkę, której właśnie zawaliło się wszystko, że może najlepiej mieć swoje własne problemy.
Że nigdy nie wiadomo, co tam jest – pod tą zieleńszą trawą sąsiada.

płaszcz, spódnica, sweter – lumpkes
torba – Gino Rossi
botki – topshop

You may also like

14 komentarzy

  1. Wczoraj pewien chłopczyk złamał Mateuszowi nogę….. serio ta trawa powszednia nasza…jak zwykle trafiłaś z tematem wpisu!
    ech.
    A za koleżanki pracę serdecznie trzymam kciuki. Niech wyjdzie kolejny raz i w jej przypadku, że nie ma tego złego….

  2. Witaj Saro! <3
    To prawda. Najlepiej mieć swoje własne problemy. Jakie by one nie były. Nasze. Bo zawsze moze byc gorzej. Wychodzę z założenia, że to, co mnie spotka, to cos, z czym będę w stanie dać sobie radę. Bo ufam, ze nie dostanę na plecy wiecej, aniżeli zdołam udźwignąć, cokolwiek by to nie było.
    Wczoraj miałam naprawdę podły dzień. Zepsułam uchwyt do prysznica. Piekłam tort na urodziny taty i nie dość, ze ciasta wyszło za duzo i wylazlo mi z blachy, to jeszcze przez półtorej godziny sie zupełnie nie upiekło. Było płynne. Wiec wywaliłam do kosza i robiłam jeszcze raz. A później prawie do północy składałam tort. Wszystko pięknie, tylko jak juz go wkładałam do lodówki o dekoracja zaczęła spływać na boki. I wreszcie jak juz chciałam pójść pod prysznic, zepsułam drugi uchwyt… I po prostu zaczęłam wyć pod tym prysznicem… Ja wiem, ze to wszystko pierdoły. Ale razem do kupy, w dodatku drugi dzien okresu, który miałam nadzieje nie nadejdzie, i to było za dużo. Nie zlicze ile razy ryczałam wczoraj. Ale wieczorem to po prostu wyłam przez pół godziny wtulona w męża.
    A dzisiaj wstałam, najpierw walnęłam kolanem w stolik, a potem naprawiłam tort. Mąż naprawił prysznic. Spakowaliśmy sie i jedziemy do rodziców. I myślę ze będzie ciut lepszy dzien niz wczoraj. Bo wczoraj to było jakieś totalne apogeum.
    Bedzie dobrze. Musi byc dobrze. Bedzie wiosna. Juz niedługo.
    Ściskam serdecznie <3

  3. To prawda, najlepiej mieć własne problemy, chociaż czasem jako optymiści ukrywamy je pod płaszczykiem uśmiechu, makijażu i świetnego stroju a inni nie mając pojęcia co się dzieje głębiej oceniają: ” A jakie ona może mieć problemy???”

    1. Ja też staram się zawsze myśleć, że „nie dostanę w plecy więcej, niż zdołam udźwignąć”, mimo, że to bardzo trudne czasem, bo jakoś tak od długiego czasu mam wrażenie, że ciągle zbieram kolejne kopniaki. Ale tak jak pisze Sara, wystarczy się rozejrzeć dokoła, żeby zrozumieć, jak bardzo jesteśmy w sumie uprzywilejowani…
      Trzymam kciuki, żeby było dobrze! Nam wszystkim! 🙂

  4. Zawsze zielensza ponieważ nie wiem co jest w środku.Mój tata zawsze powtarzał że nie ważne co u innych,ważne co u nas. A gdy ktoś ma problem to nie ma co go walkowac to on musi go rozwiązać według własnych możliwości. My powinniśmy wysłuchać i przytulić. To jest chyba najważniejsze aby w tych ciężkich chwilach moc mieć kogoś kto wysłucha i przytuli. On jakoś zawsze stronil od ludzi. Ale gdy już rozmawiał to zazwyczaj słuchał. Oj jakbym chciała aby był tutaj i wysłuchał mnie, aby doradzil. Wiem że czuwa tam na górze nad nami i pomaga na tyle ile może. Przyjaciólce życzę wspaniałej pracy w której ja docenia i do której będzie chodzić z przyjemnością.

  5. Czasami warto też sobie pomyśleć o tym, jak wiele mamy szczęście mieszkając w Europie, gdzie mimo wszystko mamy wiele możliwości i wolności, w porównaniu na przykład z Argentyną, Tajlandią czy nawet ojczyzną twojego męża – Brazylią, gdzie kobiety a nieraz i dzieci zmuszane są do niewolniczej pracy, na której później Zara i inne sieciówki – tak jak nie raz wspomniałaś na swoim blogu – zdzierają z nas ile mogą.
    Ile razy sobie o tym pomyślę, od razu czuję motywację do zmagania się z moimi śmiesznymi problemami i jednocześnie do ostatecznego sieciówkowego bojkotu.

  6. Zgadzam się. Z tym, że gdy działam nie w swoim imieniu, jestem skuteczniejsza. We własnych sprawach czasem nie mogę sie z miejsca ruszyć. Jestem nową fanką. Pozdrawiam:)

  7. warto miec tez to na uwadze, ze czasami w ulamku sekudy cale nasze zycie moze stanac na glowie….w piatek wieczorem dzieci nie chcialy spac mimo poznej pory, meza nie bylo, co chwile mamo mamo, ja padnieta po juz kolejnym dniu zajmowania sie nimi i na tzw mega wku…ie i tak jak piszesz caly styczen a moze i listopad i grudzien zwalily mi sie na glowe. W amoku sprzatania skaleczylam sie w palec ale tak powaznie ze w nocy musialam byc na szybko operowana, dzieci do znajomych, narkoza, mdlosci i slabe samopoczucie po narkozie i prawa reka w bandazach i szynie na 6 (!) tygodni. I ja myslalam, ze wczesniej to ja mialam problemy….Ale i tak jestem wdzieczna, ze to tylko maly palec i wdzieczna za naszych super profesjonalnych chirurgow urazowych, ktorzy mimo poznej pory i zmeczenia byli super! wprawdzie jakies 20 minut zajelo mi napisanie tego ale nie jest zle 🙂 pozdrawiam wszystkich i zycze duzo wdziecznosci i doceniania tego co sie ma oraz szybkiego nadejscia wiosny.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.