Wesoły autobus

Hej kochani 🙂
Rozważam ostatnio zmianę profilu bloga. Być może powinnam zakwalifikować go jako lifestylowo – przygodowy ze szczyptą mody?
Jazda autobusem z dziećmi to jedna z atrakcji, która zajmuje zdecydowanie ostatnie miejsce w moim prywatnym rankingu form spędzania czasu z milusińskimi. Składa się na to co najmniej kilka czynników, jak chociażby ścisk, osobliwy „zapach”, gwałtowne hamowanie czy niemiłosierny zaduch. Splot nieszczęśliwych wypadków zadecydował ostatnio, że musiałam podjąć wyzwanie i wraz z moją ekipą przejechać się „wesołym” autobusem.
Przyszło mi stać pod oknem. Jedną ręką trzymałam Zbycha, drugą wózek Ąfla. Kto zna moje dzieci ten wie, że należą do grzecznych i niezwykle rzadko płaczą. Tego dnia jednak Ąfel postanowił zawyżyć swoją średnią płaczu. I to nie jakimś tam byle jękiem, ale totalnym, mega darciem gęby połączonym z konwulsyjnymi ruchami ciała, zakończonymi rozrzuceniem butów po całym autobusie. Nagle okazało się, że pasażerowie mają nadzwyczaj długie szyje, które ochoczo wyciągali żeby przyjrzeć się osobliwemu ryczącemu kuriozum i jego matce. Pomyślałam, że do pełni absurdu brakuje tylko żebym i ja zaczęła ryczeć, a następnie zaintonowała znaną przedszkolakom piosenkę „Tańczymy labado” i poprosiła współpasażerów o wspólne jej odśpiewanie. Ze względu jednak na spore zagęszczenie antypatycznej atmosfery, porzuciłam tę idee na rzecz innej – apelu do społeczeństwa zgromadzonego w autobusie, że może ktoś by ruszył dupsko i pozwolił siąść matce z dwójką dzieci!!! Z których jedno się drze, a drugie jak mantrę powtarza pytanie „mamusiu gdzie mogę sobie usiąść?”
Naprawdę są ludzie, którzy decydują się na posiadanie dzieci nie tylko po to żeby być przepuszczanym w kolejce.
Apogeum groteski, nastąpiło zaś gdy na widok obskurnego dworca PKS, z piersi mojej starszej pociechy wyrwał się godny Tarzana okrzyk „mamo!!! Zoooobacz!! Nowy Jorek! Nowy Jorek!!!

No, ale żeby nie popadać w taki niusłikizm, że wszystko jest ble i niczego nie lubię, to powiem Wam, że pan z przedostatniego posta, który miał zostać zabity przeze mnie uśmiechem, jednak przeżył. Mało tego, moja broń okazał się na tyle skuteczna, że rykoszetem oberwało się najwyraźniej żonie tegoż pana, która ochoczo zaprosiła mnie na teren swojej posesji „jeśli tylko mam ochotę” 😀
Jest zatem nadzieja, nie próżno mówią, że ta umiera ostatnia 🙂

Jeśli macie ochotę na smakowity naszyjnik z filcu, taki jak mój lub czerwony to już w kolejnym poście będzie on do wygrania. Bądźcie czujni 🙂
Dobrego weekendu!
Sara
PS Ten post dedykuję mojej ukochanej mamie, która zawsze prosi żebym więcej pisała.

spodnie – vintage
buty – kreacjenatopie
naszyjnik – Studio Pomysłów
koperta,marynarka,sweterek – vintage

You may also like

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.