CHANEL CZY MCQUEEN?

Coco Chanel mawiała, że moda w której nie można wyjść na ulicę nie jest modą, a ja Wam mówię moda w której nie można wyjść na ulicę nie istnieje!
Zapytacie może, kim jestem żeby polemizować z legendą? Odpowiem, że oto głos szarego tłumu, przemawiający do Was z piedestału kostki brukowej.
Srogim oczom dezaprobaty, gardzącym spojrzeniom, szyderczym uśmiechom, niezrozumieniu wymalowanemu na twarzy, ubraniowym konwenansom krępującym ruchy, mówię z polskim akcentem to co mawiał mój dobry znajomy (Polak poznany w Londynie) – „Aj hew dac ynaf!”.

Mówią, że Vogue jest biblią mody, ja zaś miałam w życiu okazję poczuć się jak modowa Maria Magdalena. To był ciepły, bezchmurny dzień. Stwierdziłam, że pogoda, dzielnica i ja dojrzeliśmy wreszcie do tego, aby wyprowadzić na spacer moje nowe czerwone kopyta.
Świadomość tego jak bardzo się myliłam dotarła do mnie w momencie, kiedy gorączkowo zaczęłam rozglądać się za podeszwami lecącymi w moją stronę.
To co do tej pory miałam za buty odrobinę symulujące kopyta, okazało się płachtą na byka zmieszaną z kwasem solnym. Zarówno dzielnica jak i ja nie wytrzymały tego napięcia, przetrwała jedynie pogoda.
Jak przystało na osiedlowego tchórza, spakowałam buty w pudło i posłałam do Polski Zachodniej, być może w tym wypadku Wschód okaże się bardziej dziki – czego życzę z całego serca nowemu właścicielowi czerwonych kopyt.

Są dni, kiedy budzę się rano i czuję, że spokojnie na śniadanie mogłabym zjeść Dodę w sosie chili, wtedy ubieram się tak lub tak. Bywają też dni kiedy jestem śmiała jak Luz Marija, co w praktyce oznacza, że mam ochotę schować się za spódnicą mamy czyli własną.
Najgorsze zaś są dni, kiedy jestem ewidentną Luz Mariją, a przebieram się za Dodę. Wracam do domu zmęczona. W łazience zrzucam z siebie nieznośną kolczugę spojrzeń.
Przeklinam wtedy ten cały kokoszanelizm i trzymam sztamę z Alexandrem Mcqeenem, Johnem Galiano i Jeanem Paulem Gaultierem.
Jednocześnie czuję wstyd, że jakieś tam ludzkie koślawe spojrzenia potrafią odebrać mi radość z noszenia ulubionych dziwnych spodni.

Dosłownie kilka dni temu mijałam na ulicy dziewczynę, która wyglądała jakby uciekła z domku krasnoludków zaraz potem, jak nastraszyła ją czarownica.
Dobrze, że społeczność Lublina nie korzysta już z pręgierza, bo sądząc po wyrazach twarzy, znaleźli by się tacy, którzy nie trwoniliby czasu na przywiązywanie nieszczęsnej Śnieżki, tylko po prostu przywaliliby jej tym pręgierzem na otrzeźwienie.
A przecież dziewczyna tak fajnie ozdobiła mój dzień i nudne Krakowskie Przedmieście, nie wspominając o tym, że na śniadanie zjadła chyba samego Mike Tysona.

Nie znam się na biologi, ale wiem, że w ludzkich żyłach płynie krew i nietolerancja.
Wystarczy przejrzeć fora internetowe żeby przeczytać opinie samozwańczych znawców i domowej roboty krytyków mody na temat Miry Dumy, Anny Piaggi, Anny Dello Russo czy wielbionej przeze mnie Tamary.
Tłum skanduje „ależ to nie ubranie, to przebranie!”, ale przecież jak powiedziała swego czasu Ryfka „ubranie to przebranie”.
Kto ustala w czym nie wolno wyjść na ulicę? Pokażcie mi tych ludzi, bo chcę wiedzieć kogo mam nie słuchać!

Nie o to chodzi, żeby zmuszać się do polubienia czegoś czego się nie lubi. Chodzi o to żeby pojąć, że dla jednych piękno zaczyna się tam gdzie kończy dla innych. I zaakceptować to.

PS Przy tej okazji polecam Wam moją mentorkę Tattwę, która swego czasu pisała o banałach na temat mody. Oczywiście pisała nie dość że mądrze to pięknie… No trudno.



spodnie,top – Sheinside|
naszyjnik – H&M|
bransoletki – Perera|
marynarka – Persunmall|
sandały – Bluffalo London|
torba – etorba

You may also like

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.