O CZYM SZUMI LAS…


Przyszłam na świat, jako pierwsza z piątki rodzeństwa. Mama wspomina, że byłam dzieckiem wyjątkowo poważnym, od maleńkości skorym do ciętej riposty i nie zależało mi na uznaniu pozostałych przedszkolaków. Przyjaciół miałam w domu.
Na zewnątrz dogorywał szalony komunizm, a my w trójkę wiedliśmy słodki żywot – ja mama i tata.
Aż do czasu, kiedy dokładnie cztery lata później, w dniu moich czwartych urodzin (!), rozkoszny błogostan został brutalnie zburzony przez pierworodnego syna – Kubę, który przyszedł na świat wraz ze swoją Świtą Dzikich Wrzasków.
Dziś wiem, że bolały go uszy, jako czterolatka miałam miej zrozumienia i sądziłam, że to tylko katar. Nie dziwcie się więc, że chcąc ulżyć sobie, rodzicom i Kubusisku Kubusiowi, wzorem mamy zakropliłam mu nos. Zrobiłam wszystko dokładnie tak, jak moja rodzicielka z tą subtelną różnicą, że ona używała kropli do nosa, ja zaś użyłam spirytusu do przemywania pępka. Pamiętam, że wtedy Kuba strasznie darł gębę, co gorsza rodzice też, ale zapytajcie dziś Kuby czy miewa katar. Po prostu udrożniłam chłopa zawczasu. Nie dziękuj Kubuniu, do usług!

Z czasem Kuba przełknął gorycz spirytusu, którym go poczęstowałam, zrozumiał, że chciałam dobrze i wybaczył mi. Od tamtej pory jest dla mnie, jak starszy brat, o którym zawsze marzyłam.
Kiedy więc parę dni temu zadzwonił i zaproponował wspólny wypad do lasu, zareagowaliśmy bardzo entuzjastycznie, zabraliśmy strzelby kije na niedźwiedzie i byliśmy niczym Baear Grylls – gotowi stawić czoła naturze.
Przerażone naszym widokiem niedźwiedzie postanowiły na wszelki wypadek zostać w krzakach, i słusznie. Odwagi by stanąć z nami oko w oko, nie zabrakło natomiast chrabąszczom, zwłaszcza tym martwym. Okazało się też, że do roztoczańskich lasów docierają nowinki z wybiegów, czego Zbynio nie omieszkał skomentować „piękne te chrabąszcze, takie niebieskie… no taka teraz moda” (moje matczyne serce szafiarskie zapałało).
Przedzieraliśmy się więc przez dziewiczą dzicz – my dzielni piechurzy (Majkel, ja, Zbynio, Ąfel, Pan Lolenty i Kuba z żoną Ulą), którym niestraszne są słońce i piękna pogoda, jedynie od czasu do czasu mijał nas jakiś zbłąkany turysta.
Aż dotarliśmy do Szumów. I wtedy się zaczęło. Zobaczyłam siebie niespełna jedenastoletnią, zobaczyłam mamę wyglądającą tak jak ja dziś, i Kubę ze strzechą włosów koloru zboża, i maleńką Mery o wielkich kocich oczach i rumianych policzkach, i jeszcze mniejszego Pitera kurczowo trzymającego się spódnicy mamy, i tatę jeszcze dzielniejszego niż Bear Grylls.
Siedzieliśmy dokładnie w tym samym miejscu, nic się nie zmieniło. Oprócz nas.
Woda szumiała dokładnie tak samo, jak dwadzieścia lat temu… Szumiała o tym, że nim się obejrzę przyjdzie tu Zbynio ze swoimi dziećmi, może będzie wyglądała tak, jak ja dziś, a wczorajsza czupryna koloru zboża posiwieje…
A ja mogłam tylko stać i patrzeć i słuchać Szumów, chociaż przez moment chciałam tak strasznie je zatrzymać, na chwilkę cofnąć bieg.





spódnica – Pracownia Krawiecka ZAMS | top – Nife | szpilki – Mohito | torebka – Nucelle Składając zamówienie w ZAMS na hasło „Miss Ferreira” dostaniecie 15% zniżki :))
FACEBOOK | INSTAGRAM

You may also like

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.