MISS FERREIRA ZRZUCA MASKĘ! (O teraźniejszości do kwadratu).

Wróciłam z Blog Forum Gdańsk. Od lat skrycie marzyłam żeby się tam znaleźć, ale Gdańsk nigdy nie był po drodze, zwłaszcza po tej polskiej wyboistej drodze.
W 2014 tradycyjnie zamierzałam oblizać się smakiem i nagle napisała do mnie Ida, zapraszając mnie w charakterze prelegentki. Wyobraźcie sobie moją radość – wreszcie nie miałam wyboru i musiałam tam być, bo w takiej sytuacji się nie odmawia.
Nishka, Ola Radomska, Natalia Hatalska, Kominek, Michał Górecki, Paweł Tkaczyk, a wśród nich ja – Ferreira. Trochę urosły mi tego dnia skrzydła, poczułam się bardzo wyróżniona i doceniona.

Tak było kilka dni temu, teraz jestem z powrotem na tych moich kilku metrach nieskończonego szczęścia. Siedzę w różowym szlafroku i rozmyślam w rytm utworu „Bronchit” sumiennie wykasływanego przez Lolek&Ąfel Lungs Orchestra.
Prasowalnica rozłożyła nogi i stoi bezczynnie, poranne okruchy bezczelnie tańczą na moich oczach, brudne talerze wdzięczą się do mnie. Pozwoliłam sobie na lekki nieład i gorączkowo porządkuję myśli.

Wszyscy mówili, że z BFG człowiek wraca z energetycznym bagażem – kilogramami wiedzy i planów. Tymczasem ja wróciłam lekka, jak piórko. Nie mam depresji popowrotowej. Jestem szczęśliwa, że moje słońce jest lubelskie, a nie gdańskie.
Nie, nie zjadłam wszystkich rozumów, po prostu posłuchałam kilku tych mądrych, a na koniec dałam głos swojemu.

ALE ZACZNIJMY OD POCZĄTKU
Był ciepły kwietniowy wieczór, dom bezlitośnie udekorowany dziecięcymi akcesoriami. Zmęczenie sięgające zenitu, niewyspanie, brak ludzi mających więcej niż 80 cm wzrostu. Otoczona łańcuchem górskim prania, dryfująca po bezkresnym oceanie pampersów ja – Samotna Wyspa Kura Do Bólu Domowa. Pieluchy po horyzont, a za horyzontem nic.
I to przytłaczające uczucie, że poza tą pieluchową fortecą nie zbudowałam w życiu nic – najgłupsze możliwe myślenie, dopadające w chwilach słabości każdą matkę.
Patrzę tęsknie za okno na monotonnie migoczący Statoil i już wiem, że zaraz zrobię perfekcyjny makijaż żeby przejść się do okolicznego supermarketu. Chodnik niczym czerwony dywan, światła na przejściu niczym flesze, wizyta w supermarkecie, jak afterparty, a ja jestem taka żałosna!
Otwieram wirtualne okno, biorę głęboki oddech, podglądam świat, który sięga hen daleko za Statoil! W wyszukiwarkę wpisuję frazę „jak założyć bloga”, potem Blogger, potem nazwa. Nazwa? Coś o mnie, tylko o mnie. Przekornie wpisuję „Miss” zamiast „Mrs.” dodaję nazwisko. „Miss Ferreira”? dobra niech będzie, i tak bloga zobaczą tylko rodzice i mąż.
Jest kwietniowy wieczór. Właśnie powstał blog „Miss Ferreira”, nie idę do supermarketu, zamiast tego piszę pierwszą notkę. Kiedy mąż wraca do domu pokazuję mu swoje dzieło, jestem tak podekscytowana, że trzęsą mi się ręce.
Boże, jak dobrze, że nie widzę przyszłości, bo przecież wyskoczyłabym wtedy przez okno.

STRATEGIA DZIAŁANIA
Już taka jestem, że kurczowo trzymam się pozytywów. Dla mnie nawet pusta szklanka jest pełna. Przytulam to życie z całych sił i nie puszczam do bólu.

Kiedy podczas panelu, w którym brałam udział zapytano mnie, czy blogując przybieram maskę, odpowiedziałam, że nie. Teraz się nad tym zastanawiam. Świadomie nie piszę o żadnych problemach, jeśli to robię obracam je w żart. Ktoś, kto obserwuje mojego bloga może pomyśleć, że rzygam tęczą, kreuję idyllę.
Tylko dla mnie idyllą jest to co dla kogoś jest banałem – kubek herbaty, popołudnie z przyjaciółką, przespana noc, czytana książka, spacer z dziećmi, październikowe słońce, wolność – począwszy od tego, że mogę iść spać o której chcę, a skończywszy na tym, że mogę mówić co chcę.
Ryczę, wewnętrznie ryczę, a nawet zewnętrznie rzucam mięsem, gdy słyszę, że żyję w niedemokratycznym kraju!
Jak mogłabym formułować takie zarzuty, gdy za rogiem ktoś umiera w imię wolności, którą ja mam podaną na dizajnerskim talerzu! Czy mogę patrzeć tym ludziom w oczy i mówić o moich troskach?

Zakładając bloga nie miałam planu. Byłam pewna jednego, że to ma być pozytywne miejsce w sieci. Bo wystarczy przeczytać poranne nagłówki żeby stracić wiarę we wszystko i wierzcie mi, nie ma tam miejsca na moje bolączki.

O CZYM CHCĘ PISAĆ
„O czym chcesz pisać?” zapytał mnie Kominek. Powiedziałam, że o życiu, potem długo nad tym rozmyślałam.
Dziś już wiem. Chcę pisać o teraźniejszości. Bo teraźniejszość nie ma daty ważności. Teraźniejszość ma przyszłość.
Ten blog nie jest ani o moich dzieciach, ani o modzie. To jest blog o tym, co sprawia że jestem szczęśliwa. Dzieci determinują moje życie, są maleńkie, zależne ode mnie. Ich potrzeby liczone w setkach, przerywają mi pisanie tego tekstu. Dzieci siłą rzeczy stanowią niemal 100% mojego życia. Teraz, ale kiedyś tak nie będzie. A ja uczę się żyć tak, żeby październikowe słońce cieszyło mnie, kiedy dzieci wyfruną już z gniazda.
Nie lubię, gdy ktoś mówi o moim blogu „modowy”, bo moda nie jest moją dziedziną. Nie znam historii mody, nie wymienię najlepszych kolekcji jesień/zima 2014, nie zaczytuję się w biografiach projektantów. Nie spotkacie mnie na Fashion Weeku.
Po prostu uwielbiam być kobietą. Boże, nie mogłeś lepiej spożytkować żeber Adama. Dziękuję, że mogę bezkarnie nosić spódnice i szpilki! Dziękuję, że mogę ciapać się kosmetykami.
Ależ mam frajdę z bycia babą!

CO DAŁ MI BLOG?
Blog był i jest, prawdopodobnie najlepszą rzeczą, jaką zrobiłam dla siebie w życiu.
Nazwa „Miss Ferreira” dlatego jest tak żałośnie obciachowa, bo sądziłam, że to będzie blog dla rodziny i znajomych.
Tylko, że gro moich znajomych powiększyło się, o Was – odwiedzających tego bloga. Kiedy zaczynałam, pisałam tylko dla siebie. Teraz piszę też dla Was i dla Was nie piszę. Bo zdarza mi się długo nie pisać. To dlatego, że jeśli Was do siebie zapraszam, to nie na sklepowe sztuczne ciastka, ale na domową szarlotkę.
Są dni, kiedy milczę, bo nie mam do powiedzenia i pokazania nic wartościowego.
Nigdy nie zaserwuję Wam gniota dla zachowania statystyk.

Mój blog to ludzie – ja, czytelnicy i ci wszyscy, których po drodze poznałam. Są tacy, z którymi nawiązałam naprawdę bliskie relacje. W lipcu pojechałam do Krakowa na spotkanie z moimi wirtualnymi kupelami. I wiecie co? W realu okazały się jeszcze lepsze. Ale niesamowite jest, że gdyby nie blog, prawdopodobnie nigdy bym o nich nie usłyszała.
Mój blog to efekt motyla.
Któregoś dnia zatrzepotałam skrzydłami – założyłam bloga, chwilę potem szarżowałam na dachu najwyższego budynku w mieście fotografowana przez Dianę i Rafała, gdy odwróciłam wzrok byłam już w Kopenhadze z Venilą zataczając się ze śmiechu, parę dni temu Gdańsk.

Zarabiam na blogu.
Niemal zawsze, kiedy pojawiają się wpisy sponsorowane, ktoś wyrywa się z opinią „sprzedałaś się”. Przyznaję się, że to jedyny rodzaj komentarza, który zawsze na kilka sekund wyprowadza mnie z równowagi. Bo możecie mnie nie lubić, możecie uważać, że jestem brzydka, że źle się ubieram, nie jestem zupą pomidorową, nie każdemu będę smakowała. Ale nie możecie odmówić mi prawa do zarabiania na blogu.
Nie mogę ubrać dzieci w moje zasady moralne, nie zaserwuję im pieczeni z bartera.
Szanuję siebie i Was, dlatego na tym blogu tak niewiele jest treści sponsorowanych, jeśli pojawiają się, to wyraźnie oznaczone i ładnie podane.
Czy wstydzę się, że zarabiam na blogu? Wręcz przeciwnie, jestem z tego dumna.

CZEGO CHCĘ
Podczas BFG usłyszałam, że marnuję talent, nie wykorzystuję życiowej szansy, że tak niewiele mnie satysfakcjonuje, że moje ambicje nie wykraczają poza 9 tysięcy fanów na facebooku.
Jeśli chcecie mierzyć mnie w liczbach to proszę, ale w centymetrach i w kilogramach.
Dla niektórych zawsze będę płotką, której nie stuknął żaden milion, ani na koncie, ani w statystykach.
Wybaczcie ten paulokoelizm, ale wartość mojego bloga jest niepoliczalna!
„Mogłabyś zarabiać na tym blogu o wiele więcej” – usłyszałam kilkakrotnie. Mogłabym, ale nie chcę. Bo zarabiam, tyle ile chcę. Nie dlatego, że nie jestem ambitna. Po prostu nie trzeba mi więcej.
Ja nie chcę Ferrari, chcę samochodu.
Nie chcę domu z basenem, chcę domu.
Nie chcę torby od Hermesa, chcę torby.

Najbardziej chcę spokoju, komfortu niebania się o jutro. Pewności, że zdołam zapewnić godne życie moim dzieciom.
Nie mów mi więc, że jestem mało ambitna, czy Tobie zarzucam pazerność?
Szanuję to, że chcesz mieć Ferrari, uszanuj to, że ja nie chcę.

Nie chcę fanów, chcę czytelników!
„Fan” to takie ohydne, na wyrost słowo. Nigdy nie nazywam tak osób odwiedzających mojego bloga i mam głęboką nadzieję, że nie jesteście moimi fanami. Wierzę, że lubimy się i szanujemy. Po prostu.

CO DALEJ
To nie jest tak, że wróciłam z BFG, uświadomiłam sobie, że mam super bloga, a teraz poproszę o laury i oklaski.
Michał Szafrański mówił, że blog jest, jest jak statek – musi mieć kapitana, który nad wszystkim czuwa, załogę, która zna się na rzeczy i musi wiedzieć dokąd płynie.
Mój blog jest łódką, nie opłynę nią oceanu, ale obrałam właściwy ster.
Mam dużo do zrobienia. Chcę pisać więcej, chcę pisać mądrzej, chcę pisać o czymś.

Z punktu widzenia stratega, mój blog ma sporo wad. Wygląda nieco amatorsko.
Jakiś czas temu planowałam zrobić wizualno-strategiczną rewolucję. Ale wiecie co? Odpuściłam.
Teraz większość blogów wygląda, jak profesjonalne portale.
I chociaż niewątpliwie to świetnie, że blogi tak prężnie się rozwijają, miewam wrażenie, że zatraciły to co pierwotnie je cechowało – spontaniczny autentyzm, pewną nieporadność.
Chcę żeby mój blog pozostał blogiem.
Dla kogoś może być amatorski, dla mnie jego bezradność stanowi o jego uroku.

Jeśli jest na tym rynku, jakaś nisza, to nisza pozytywnych treści.
Czasem piszecie mi, że zaglądacie na tego bloga w chwilach zwątpienia czy smutku i wraca Wam nadzieja. Nie istnieje dla mnie większy komplement.

Na koniec chciałam Wam podziękować. Nie Wam wszystkim, ale każdemu z osobna.
Dziękuję Ci, że kawałek swojego bezcennego czasu spędzasz na tym blogu.

Ściskam Cię
Sara

You may also like

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.