DROGI PAMIĘTNICZKU…

Drogi Pamiętniczku,

Piszę do Ciebie znad kubka mętnej kawy pitej łapczywie o brzasku poranka.
To jeden z tych dni, kiedy wszystko jest cudowne, świat rozkosznie migoce, Słońce całuje Ziemię, ptaki romansują, przyroda się wdzięczy, jakby tego było mało, dostałam od kuriera nowe buty. Słowem, Raj na ziemi.
A jednak ten raj ma dziś posmak apokalipsy, musiałam zjeść kilka kanapek z dżemem żeby poczuć się lepiej.
Mam wrażenie, że te słoneczne pieszczoty to deszcz z kwasu siarkowego, fajne ptaki zostały pożarte przez kruki i wrony, przyroda powoli kona prażona przez bezwzględne słońce i nie wiem czy wyglądam w tych butach dobrze.
Zaczęło się całkiem niewinnie. Po prostu wczoraj zaplanowałam dzieciom fajny dzień pełen atrakcji. Tak więc błądziliśmy po mieście w poszukiwaniu kolejnych placów zabaw, jedliśmy smakołyki, poszliśmy do parku na rowery, były pieszczoty na dywanie, chwila odpoczynku i znowu zabawa w piachu do późnego wieczora, a na dokładkę burza na morzu w wannie.
Kiedy kończyłam wycierać i suszyć ostatniego delikwenta, nie byłam już do końca pewna, jak mam na imię oraz czy jestem matką tych wszystkich małych ludzi czy może ich przedszkolanką.
Och Pamiętniczku, ile oni mają energii! Kiedy ja siedzę na sofie widząc podwójnie, lub nawet potrójnie (mam wtedy sześcioro lub dziewięcioro dzieci i czuję się, jak starotestamentowy Abraham) i jak ta bezwładna marionetka czekam aż ktoś pociągnie za moje sznurki, oni nadal w kończynach mają sprężyny zamiast kości. Przedawkowałam im witaminę D.
Muszę opracować sposób przetwarzania ich energii w elektryczną. Będę niezależna, przynajmniej w kwestii prądu.
W końcu leżą w łóżkach, jeszcze tylko skleję kilka liter w bajkę, jeszcze tylko każdy sto razy zrobi siku i pięćdziesiąt razy poprosi o szklankę wody i wreszcie będę mogła siąść i coś napisać.
W końcu robi się cicho…

Bądź błogosławiona Chwilo w Której Dzieci Idą Spać. O, jak pięknie malujesz ich twarze spokojem, jak błogą siejesz ciszę wkoło, jak słodko koisz umysł…

„Wreszcie mogę siąść i coś napisać… Wreszcie mogę siąść… Wreszcie mogę… Wreszcie… Wreeee…”

Nie ukrywam, że plan wczorajszego dnia podszyty był zarówno miłością jak premedytacją. Po prostu łudziłam się, że dzieci najpierw się zmęczą, a potem pośpią.
Zupełnie nie uwzględniłam w tych planach siebie.
Kiedy więc wieczorem udałam się na spoczynek wraz z okolicznymi kurami, nie przypuszczałam, że kogut Lolek obwieści dzień wraz z pierwszym tchnieniem poranka.

O przeklęty bądź Bezlitosny Brutalny Poranku Używający Siły Fizycznej! Jak czarno malujesz słodki letni, idealny dzień. Zabieraj swoje farbki, wracaj do Mordoru i oddawaj mi mózg!

Bo właśnie to jest Pamiętniczku w tym wszystkim najgorsze, że człowiek chciałby zrobić coś bardziej konstruktywnego niż pomidorówkę czy wsadzenie naczyń do zmywarki, ale co począć gdy w głowie wióry zamiast szarych komórek?
Codziennie obiecuję sobie lifting umysłu, pisać więcej i mądrzej, wyrażać poglądy, komentować bieżące wydarzenia, czytać ambitne książki. Ciągle jednak lepiej wiem co słychać u córki premiera niż u samego premiera, na rękach mam krew Jo Nesbo, lukier Andersena lub po prostu dżem ze słoika i tak w kółko.
Nie dasz wiary, ale nawet teraz gdy Ci się żalę, muszę przerywać co drugie słowo, żeby spełnić litanię próśb i potrzeb.
Myślę na raty, piszę na raty, czytam na raty, jem na raty, a bywa, że biorę prysznic na raty.

Już mi lepiej Pamiętniczku. Musiałam się troszkę nad sobą poużalać, ale już kopię się w dupę, biorę w garść i wracam do rozlanego mleka, przypalonego kotleta i moich lepkich urwisów.





sukienka – Unisono | buty – Vans via Domodi | biżuteria – Apart | torba – Paulina Schaedel

You may also like

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.