DZIEŃ DOBRY!


Zasiadłam dziś do klawiatury chcąc poczęstować Was anegdotą, bo oto Lolek spędziwszy bezowocnie dobre dwadzieścia minut na nocniku, postanowił zwieść mnie. Wrzuciwszy do nocnika rodzynkę oznajmił „już!”(!)
O niespełna dwuletnia głowo! Jakże drański zamieszkuje w tobie umysł!

No więc, jak już wspomniałam, chciałam poprzestać na tej porannej krotochwili, kiedy przypomniało mi się, że jest coś, o czym naprawdę chcę napisać od dłuższego czasu, następnie zaś pomyślałam „jaki tam ze mnie Mikołaj Rej żeby morały prawić i o przykładnym życiu mówić?”.
Ostatecznie uznałam, że wychowuję kawałek społeczeństwa w postaci trzech małych osób, jestem matką rodziny wielodzietnej, co w dobie niżu demograficznego się chwali i jeśli nadal wszyscy będą się tak bardzo nierozmnażać to niebawem wraz z Chylińską, Jolie i Beckham dostaniemy jakiś order.
Dokonawszy tej małej analizy, podliczywszy wszystkie za, wręczyłam sobie prawo do pouczenia narodu.

O SZTUCE MÓWIENIA DZIEŃ DOBRY.

Lolek to jeszcze brzdąc, przewrotnie nazywam go „Panem Lolentym”, bo tak bardzo nie jest panem, jak tylko możecie to sobie wyobrazić (podobnie sprawa ma się ze Zbyniem, która jest takim anty Zbyniem, że nie sposób nazywać ją inaczej).
A więc Lolek to ludziczek w kwiecie berbeciostwa, prowadzi batalię z nocnikiem, ale mijając przechodnia dziarsko mówi „obly!”, co w wolnym tłumaczeniu znaczy dzień dobry.
Podobnie sytuacja miała się z maleńkimi Zbyniem i Ąflem.
Krąży też rodzinna anegdota o kilkuletniej Saruni, która przyjechawszy ze wsi do miasta nie nadążała z mówieniem dzień dobry – na wsi to nie problem, spotykasz sąsiada raz na jakiś czas, ale miasto! Ilu ludzi tyle dzień dobry, można język zwichnąć!
Tak więc widzicie, można być kulturalnym siusiumajtkiem? Można!

Zaiste, onegdaj nie przyszło by mi do głowy, że jestem artystką, bo mówiąc dzień dobry, uprawiam sztukę!
Za młoda jestem żeby mówić „za moich czasów”, za bardzo kocham swoje czasy, żeby je oczerniać, ale u licha, mówcie dzień dobry!
Pal sześć mówienie, w dobie wirtuala real może onieśmielać, niewirtualny sąsiad może człowieka autentycznie spłoszyć, ale powiadam Wam nieodpowiedzenie na czyjeś dzień dobry to arcychamstwo!
Powtarzam w pełni świadomie – arcychamstwo, którego nagminnie doświadczają moje dzieci.
Za każdym razem, kiedy dzień dobry moich dzieci odbija się echem, czuję, jak kwitnie we mnie bujna wiązanka słów, których próżno szukać w słownikach.
Nie rzucam nimi, jak mięsem, bo lekarstwem na chamstwo nie jest chamstwo.

Tak oto, nie dalej jak tydzień temu przyszło nam robić zakupy w supermarkecie. Ąfel poczęstował pana siedzącego za kasą, wesołym dzień dobry dobry pięć razy, bezowocnie.
Po czym na głos, mając za widownię kilometrową kolejkę do kasy, zapytał mnie „mamo, ten pan nie odpowiada, bo brakuje mu kultury?”.

Są tacy, którzy cały savoir vivre świata mają w jednym paluszku, a jakimś cudem umknął im akapit o mówieniu dzień dobry. Powiadam Wam, ci są najgorsi.

Kim jestem żeby się tak wymądrzać?
Osobą czynnie uprawiającą sztukę mówienia dzień dobry. Matką, której dzieci mówiły dzień dobry zanim w ogóle potrafiły mówić. Osobą kulturalną.



sukienka – Choies | sandały – Mango | torba – Paulina Schaedel
FACEBOOK | INSTAGRAM

You may also like

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.