LUDZIE! ZACZNIJMY SIĘ ZE SOBĄ MIŁO WITAĆ!

Lubię czasem podsłuchiwać, jak mąż prowadzi rozmowy biznesowe. Co prawda praca mojego męża jest zdecydowanie poważna i nie ma co z niej żartować, ale uwierzcie mi, że słuchając tych wszystkich akcentów, czasem muszę porządnie zanurkować w szaliku, żeby nie ryknąć gromkim śmiechem. No bo sami powiedzcie, czy to nie jest zabawne, kiedy rosły chłop podczas wideokonferencji, wita się ze wszystkimi, mówiąc: „Heloł Gejs!”.
Boris the Blade to z kolei jeden ze współpracowników męża, którego ochrzciłam tak na cześć mojego ukochanego czarnego charakteru z filmu „Snatch”. Swoim ciężkim wschodnim akcentem mógłby ostrzyć noże w mojej kuchni. Kiedy mąż rozmawia z Borisem, zastanawiam się, czy przypadkiem nie wpadł w jakieś szemrane biznesowe towarzystwo.
Jest też pewien Serb, który pisze wszystko capslokiem, żeby zostać lepiej zrozumianym. Każde zdanie kończy siarczystym wykrzyknikiem dla pewności. Kiedyś mąż, otrzymawszy kolejnego mejla, wrzasnął rozeźlony: „Nie mogę tego czytać! Mam wrażenie jakby się na mnie wydzierał! Zaraz też mu odpiszę capslokiem!” – zagroził.
Z kolei umiejętności rozmawiania z hiszpanami po angielsku po prostu mężowi zazdroszczę. Dla mnie angielski w wykonaniu Hiszpan jest jak odrębny byt językowy i zazwyczaj podczas takiej rozmowy tylko grzecznie przytakuję, na wszelki wypadek.
Ale najbardziej lubię słuchać, jak ludzie z różnych zakątków świata się witają.
Wczoraj rano jechaliśmy razem samochodem. Dzień z rodzaju tych „Why God?! Why u doin it to us?!” Najpodlejsza aura. Ciszę przerywa dźwięk dzwonka, mąż odbiera i ktoś wesołym tonem mówi: „Hello my friend, how are you today?!”
Jakby na ułamek sekundy zrobiło się cieplej. Aż nie masz siły odpowiedzieć „chujowo man!”.
Kolejny telefon. Tym razem nasze polskie, suche, wyzute z uczuć, krótkie i bolesne: „Tak słucham?”
Normalnie jakbym dostała z liścia od tego „Tak słucham”. Dlaczego my się ze sobą tak chłodno witamy?
Nie mam w zwyczaju przypisywana ludziom wspólnych wad, tylko ze względu na kraj pochodzenia, ale witanie się nie jest naszą mocną stroną. Zauważyła to nawet moja teściowa, która Polską jest oczarowana i co chwilę powtarza: „im dłużej tu jestem, tym bardziej przestaje podobać mi się Brazylia”. I ona właśnie, kiedy ostatnio w lesie przywitała obcego przechodnia radosnym „Ola!”, była w szoku, że w zamian otrzymała złowieszcze „bry”, co zapewne było jakiś dalekim krewnym „dzieńdobrego”.
– Czemu wy w tej Polsce nie lubicie się witać? – zapytała mnie i był to jedyny zarzut, jaki kiedykolwiek sformułowała pod adresem naszego kraju.
O samym pozdrowieniu „dzień dobry” już kiedyś pisałam. Wychodzi z mody dziarsko. A już takie dzień dobry, okraszone uśmiechem i pozdrowieniem ręki, to w ogóle, trąci wariatem!

Dzwonisz do Hiszpani, wita cie wesołe „Hola!”
Dzwonisz do ambasady Brazylii, ktoś podnosi słuchawkę i śpiewającym tonem mówi ”Bom dia!”
Dzwonisz do Skandynawii, słyszysz „Hello, how can I help u?”
Dzwonisz do Serbii, ktoś odbiera, mówiąc „Hello my friend!”
Dzwonisz do Polski, słyszysz oschłe „tak słucham?”
A gdyby to nasze polskie przywitanie przetłumaczyć dosłownie na angielski? To wyszłoby coś na kształt: „yes, I`m listening?”. No absurd.

Ludzie! Zacznijmy się miło ze sobą witać. To jedna z tych rzeczy, z miliarda tych rzeczy, które nic nie kosztują, a komuś tam jest miło.

You may also like

14 komentarzy

  1. Nie narzekaj, bo masz szczęście że co rano nie słyszysz „Guten Morgen” i zastanawiasz się o co chodzi z tym butem 😀
    A w rzeczy samej „Dzień dobry” jest pięknym zwrotem, bo życzysz komuś dobrego dnia. Czego można więcej? A oczywiście wszystko zależy od wykonania.

  2. Nie narzekaj, bo masz szczęście że co rano nie słyszysz „Guten Morgen” i zastanawiasz się o co chodzi z tym butem 😀
    A w rzeczy samej „Dzień dobry” jest pięknym zwrotem, bo życzysz komuś dobrego dnia. Czego można więcej? A oczywiście wszystko zależy od wykonania.

  3. Ja tak robię 🙂 Generalnie uśmiecham się, i zawsze daję z siebie maleńkie ciut więcej niż suche „dzień dobry”. Ogólnie fajnie jest dawać z siebie ciut więcej. Kiedyś pani z hotelu, gdzie zawsze rezerwowałam w pracy pokoje jak nasza firma miała gości, napisała mi w mailu, że zawsze się uśmiecha, jak dostaje ode mnie maila z prośbą o rezerwację- bo ja zawsze coś od siebie dodawałam, coś miłego. I to jest fajne, to nic nie kosztuje, a naprawdę dużo zmienia! P.S. Cudowny tekst, Saro, jak zawsze zrobiłaś mi dzień. Twój blog jest dla mnie cudowną odskocznią, dziękuję Ci, że jesteś!

  4. Saro, uwielbiam Cię za ten wpis! Jestem dokładnie tego samego zdania, że powinniśmy być w ogóle dla siebie milsi, wtedy świat byłby tak jakby bardziej przyjazny. Uśmiech nic nie kosztuje, a od razu robi się przyjemniej. Ja wychodzę z założenia, że to, w jaki sposób witam się z nowo poznaną osobą wpływa też na moje pierwsze wrażenie, a z racji tego, że dużo spraw załatwiam np. w urzędach to również na sposób mojego załatwienia sprawy, dlatego zawsze staram się być miła i uśmiechnięta. Rozmowy telefoniczne zazwyczaj zaczynam od „cześć/dzień dobry, co DOBREGO słychać”. To trochę manipulowanie rozmówcą, ale wbrew naszej polskiej mentalności zmusza ludzi do zastanowienia się zanim zaczną narzekać w pierwszym zdaniu 😉
    U mnie w pracy śmieją się też ze mnie, że po tym, jak wchodzę do biura można poznać, czy jestem w dobrym humorze (dzień jak co dzień ;)) czy nie do końca – jeśli wchodzę „razem z drzwiami” i rzucam wesołe „czeeeść” to znaczy, że ok, a jak wchodzę po cichutku to raczej coś nie halo. Także bądźmy dla siebie mili i uśmiechajmy się częściej 🙂

  5. jakie to prawdziwe! miałam gości z Australii. poszli do galerii handlowej. wrócili z pustymi rękoma mówiąc ze wydawało im się że wszystkie ekspedientki mają do nich żal i pretensje bo już dzień dobry mówiły burcząc pod nosem. nikt ich nie przywitał miło i z uśmiechem! a my chyba przywykliśmy do tego trochę.. ja słyszałam kiedyś radę by telefon odbierać uśmiechając się do tego kto dzwoni a on na pewno wyczuje ten uśmiech. dziś już wiem, że uśmiech można nie tylko zobaczyć ale i usłyszeć! 🙂

  6. od ponad tygodnia mieszkam w okolicach Trójmiasta i powiem ci, że u nas na wschodzie ta oschłość czy wręcz wrogość jest typowa, ale tutaj to zupełnie inny świat. Ludzie mówią sobie dzień dobry, uśmiechają się do siebie w długiej na pół sklepu kolejce, zamiast warczeć „pan tu nie stał” kiedy ktoś przypadkiem stanie przed kimś, przepuszczają się w drzwiach, przepraszają gdy ich potrącę, no czuję się dość dziwnie! Pamiętam, jak mój jeszcze chłopak (teraz już mąż) przyjechał do Chełma pierwszy raz. Przez godzinę myślał, że szykuje się srogi wp***dol dopóki nie wyjaśniłam mu, że ludzie tutaj już tak mają, że ‚mierzą’ cię wzrokiem bez skrępowania od stóp do głów z miną psychopatycznego mordercy, a na dzień dobry jeśli już odpowiadają, to tym właśnie mrukliwym ‚bry’.

  7. „Wczoraj rano jechaliśmy razem samochodem. Dzień z rodzaju tych „Why God?! Why u doin it to us?!” Najpodlejsza aura. Ciszę przerywa dźwięk dzwonka, mąż odbiera i ktoś wesołym tonem mówi: „Hello my friend, how are you today?!”
    Jakby na ułamek sekundy zrobiło się cieplej. Aż nie masz siły odpowiedzieć „chujowo man!”.”

    I to chujowo man rozwaliło mi system hi hi hi, bo na chama i gbura tylko uśmiech, od razu robi mu się głupio i” mięknie przysłowiowa rura ” .

    Kochana uwielbiam Twoje teksty a od kilku dni nic innego nie robię tylko…. czytam Ciebie .Więc uściski jesienne przesyłam kończąc wykrzyknikami siarczystymi !!!!!!!!!!!!

    1. Mieszkam w Gdyni od 3 lat, wcześniej mieszkałam w Poznaniu. Przepaść jeśli chodzi o serdeczność, oczywiście na plus. W Poznaniu każdy zerkał na każdego wilkiem, każdy się spieszył i rzucał mrukliwe „bry”. Odkąd mieszkam w Trójmieście naprawdę tego nie zauważam i sama zrobiłam się milsza 🙂
      Znajomi, którzy teraz mnie odwiedzają również zauważają to, że ludzie tutaj są po prostu serdeczni, uprzejmi, uśmiechnięci. Mam teorię, że to bliskość natury ma taki pozytywny wpływ.

  8. Na żywo zawsze witam się z ludźmi serdecznym „dzień dobry” uśmiechając się szeroko, a nawet jeszcze szerzej. 😀 Ale przez telefon (też zawsze) pada z mojej strony pełne rezerwy „Tak, słucham”. To moja tarcza, zbroja przed jakimś nieznanym niebezpieczeństwem czającym się po drugiej stronie linii… Jakby dzwoniący chciał mnie co najmniej zjeść.

  9. Masz rację! Jak mieszkałam we Francji, to nie mogłam wyjść ze zdumienia, jacy oni wszyscy są mili! I to wszyscy, nawet jakies podejrzane typki na ulicy, do których bałabym się podejść mówili „dzień dobry madame, przepraszam, czy mogłaby nam pani podać piłkę?”

    Z drugiej strony, u nas i tak nie jest tak najgorzej. Jak dzwoniłam w pracy do Rosji, to dopiero było „halo?” tonem „czego?” tak, że człowiek chciał zaczynać od przepraszania za to ze dzwoni;)

  10. Haha… takie z nas Polaki… ponuraki ;P.

    Przyznam się bez bicia, że choć na ogół jestem istotą o pogodnym usposobieniu, to bywają dni (zwłaszcza te szare, ponure, jesienne), że lepiej nie testować mojego ,,dzień dobry” ;).
    Pozdrawiam :)!!!

  11. A ile razy na moje „Dzien dobry!” uslyszalam „Dla kogo dobry dla tego dobry!” takze pozytywne nastawienie gora 😉
    Polacy maja problem z milym powitaniem i dokladnie taki sam z pozegnaniem…uslyszec cos jak „milego dnia” to jak wygrac w lotto…a kiedy sama tak sie zegnam, kiedy jestem w Polsce – z przyzwyczajenia, bo tu gdzie mieszkam to norma – to w 98% spotykam sie z zszokowanym milczeniem… 😉

    Tak a propos – mialam juz dawno sie odezwac i napisac, ze moj maz tez ma na pierwsze nazwisko Ferreria 🙂 Pozdrawiam, beijinhos!

  12. A ile razy na moje „Dzien dobry!” uslyszalam „Dla kogo dobry dla tego dobry!” takze pozytywne nastawienie gora 😉
    Polacy maja problem z milym powitaniem i dokladnie taki sam z pozegnaniem…uslyszec cos jak „milego dnia” to jak wygrac w lotto…a kiedy sama tak sie zegnam, kiedy jestem w Polsce – z przyzwyczajenia, bo tu gdzie mieszkam to norma – to w 98% spotykam sie z zszokowanym milczeniem… 😉

    Tak a propos – mialam juz dawno sie odezwac i napisac, ze moj maz tez ma na pierwsze nazwisko Ferreria 🙂 Pozdrawiam, beijinhos!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.