SZLACHETNE LITERY…

Pamiętam jakby to było wczoraj. Wiejska biblioteka. Od progu obłędny zapach tysiąca zmęczonych książek, cisza przerywana śpiewem ptaków, szmerem podłogi, szelestem drzwi. I pani bibliotekarka, najmilsza osoba na świecie troskliwie reanimująca każdą dogorywającą książkę. I jeszcze ja, zgubiona pośród regałów, łapczywie szukająca literki „l”. L jak Lindgren. Astrid Lindgren, Dzieci z Bullerbyn, Pippi Pończoszanka, Bracia Lwie Serce ( pierwsza książka w moim życiu, którą pobrudziłam łzami).
L, ł, m… Montgomery, Lucy Maud. Ania z Zielonego Wzgórza połyskująca nowością na tle książkowego plebsu, nadszarpniętego zębem wszelakim i pieszczonego tłustymi palcami.
Ale ja wolę plebs, mam słabość do książkowych kalek, do tych po transplantacji okładki i transfuzji kartek. Do tych, w których więcej jest śladów ludzkiego dna niż liter, uwielbiam te pożółkłe czasem.
Ania to pierwsza książka, z którą spędzam noc i witam wschód słońca. Kiedy kończę czytać ostatnie zdanie całej serii, płaczę niemal tak rzewnie, jak przy Braciach Lwie Serce. Przeklinam dzień, w którym pośród sennych regałów wpadłam na literkę M, jak Montgomery. Już nigdy nie przeczytam Ani po raz pierwszy.
Ale jest jeszcze Musierowicz, ogromna pociecha po utraconej Ani.
Powoli odkrywam mroczniejsze zakamarki biblioteki – na uboczu, w nieuczęszczanej alejce czai się ponury regał, gdzie tłoczą się szczelnie ułożone kryminały. Tak poznaję Agathę Christie, z którą szybko robię czarne interesy. Do domu szmugluję pisane krwią woluminy. Robię się podejrzliwa i przestaję ufać sąsiadom.
W końcu zakochuję się w mężczyźnie, nazywa się Erich Maria Remarque. I wtedy dociera do mnie, że książki to litery i łzy. Remarque zostawiam dla Kapuścińskiego (lata później szlag mnie trafi, że koloryzował, ale szybko mu wybaczę, kto nie koloryzuje niech pierwszy rzuci kamieniem!)
Po Kapuścińskim odkrywam Herlinga-Grudzińskiego, tak trafiam do książkowych łagrów i obozów, które na zawsze uczą mnie, że jeśli nie będę umiała docenić dobrej książki, pysznej kawy i pięknych kwiatów to nigdy nie będę szczęśliwa.

Na moim osiedlu jest biblioteka z wczoraj. Pachnie tak samo, jak ta z dzieciństwa. Obejrzycie wystawę z pomalowanego farbami makaronu i ręcznie robione „gazetki” o pisarzach.
Jest też pani bibliotekarka – najmilsza osoba na świecie, czule nadająca książkom kolejne życia. Panuje dokładnie ten sam zapach i wielmoży się cisza. I byłam tam kilka dni temu ja – łapczywie szukająca szlachetnych liter.

Jeśli znajdziecie coś lepszego niż dobra książka, pyszna kawa i piękne kwiaty to koniecznie dajcie mi znać!

You may also like

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.