Upiorna fabryka

Kochani!
Zaczniemy od deseru – będzie odrobina lukru. A zatem antagonistów słodkości i przebywających na diecie odsyłam do kolejnego akapitu 😉
Wylaliście na mnie hektolitry słownej dobroci w tym tygodniu – płonę rumieńcem i dziękuję.
Prosicie żebym pisała więcej i choć niesłychanie łechce to moją próżność i jest nie lada pokusą, to wierzcie mi – piszę tyle na ile pozwalają mi codzienne obowiązki 🙁
Jeszcze raz dziękuję Wam – jesteście moją siłą napędową.

Dziś opowiem Wam o mojej przygodzie na miarę Tap Madl, o losie który jest niezłym scenarzystą, o bratnich duszach i starych fabrykach, w których straszy…
Fortuna jest wobec mnie szczodra. Tym razem, dziwnym splotem przypadków, rzuciła mnie wprost do starej fabryki FSO. Wyobraźcie sobie zatem moje zdziwienie, gdy po tak silnym rzucie ujrzałam nad sobą dwie przyjaźnie prezentujące się postacie. Wyglądem przypominali ludzi, jednak ich dziwaczny ekwipunek sugerował co innego… Mieli ze sobą miotacz ognia, strasznie duży biały parasol i całą masa innych dziwnych rzeczy, których nie potrafię opisać. W dodatku posługiwali się niezrozumiałym językiem pełnym tajemniczych słów, jak „zakres iso, matryca, stabilizacja obrazu, kompensacja, ekspozycja”. Jak przystało jednak na prawdziwych kosmitów, okazało się, że posiadają niezwykłą umiejętność posługiwania się tym samym językiem co rozmówca. Ja wybrałam technologiczny dla żółtodziobów i początkujących. Z lekką ulga przyjęłam nową wiedzę o tym, że miotacz ognia to po prostu obiektyw…

Całe szczęście, że tego dnia rano postawiłam nie tyle na wygodę, ile na prezencję. Był to co prawda zwyczajny poniedziałek, ale coś podkusiło mnie żeby założyć jednak sylwestrową kreację Dagnez. Tak własnie elegancko odziana, rzutem Fortuny wylądowałam w mrocznej fabryce. Byłam przekonana, że tam straszy i szybko przekonałam się o słuszności moich podejrzeń. Nie były to duchy, ale kurz i brud jakiego nie odważono by się pokazać w najśmielszym horrorze. Równie skutecznie próbował nas odstraszyć mróz…
I chyba nie sądzicie, że im się powidło? Gęsia skórka widoczna na moich nogach nie pojawiła się ze strachu, ale z zimna i żeby to było jasne.

Cóż zatem mogliśmy w tej sytuacji zrobić jeśli nie zdjęcia? Ja miałam dobrą kieckę, oni dobry sprzęt. Do tego trochę zapału, sporo ich talentu i osobliwa przygoda w fabryce zaowocowała całkiem miłą dla oka sesją 🙂

Dziś prezentuję Wam małą próbkę talentu Diany i Rafała. Jeśli macie ochotę zobaczyć więcej koniecznie zajrzyjcie na ich stronę http://dr5000.pl/ i dołączcie do ich Facebooka . Wielkie dzięki!

Ściskam Was
Sara

sukienka – Dagnez
szpilki – Stradivarius
bolerko – vintage
etola – pożyczona

You may also like

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.