CARNAVAL SZTUKMISTRZÓW | 2015

P1010255

Przyjechali. Rzucili urok na miasto. I zostawili je urzeczone. Tak po prostu. Znowu tu byli Sztukmistrze. Znowu były harce na niebie, tańce na ziemi, hulańce, swawole!

Znowu deptakiem popłynęła wartka rzeka ludzka, znowu pozwoliliśmy się jej ponieść!
Znów był Carnaval Sztukmistrzów i znowu mi smutno, że muszę mówić o nim w czasie przeszłym.

Ale zacznijmy od początku.
Sztukmistrzowanie zaczęliśmy od słonecznej kąpieli na miejskiej plaży. Dzieci rozpaczały, że nie pozwalam im nurkować w fontannie, wszak to ich naturalne środowisko! Ostatecznie pozwoliłam zadecydować swojemu wewnętrznemu dziecku, które na co dzień ma zakneblowane usta (na wszelki wypadek). Negocjacje pomiędzy moim wewnętrznym dzieckiem i zewnętrzną trójką doprowadziły do ugody. Strony wyraziły zgodę na wejście do wody, z wyłączeniem picia jej oraz nurkowania. Sprawiedliwości nie stało się zadość, albowiem Lolek dzięki wzrostowi godnemu dorodnego krasnala, zanurzył się niemal cały, podczas gdy Zbyniowi ledwo zakryło kostki.
Kompromis znaleźliśmy pobliskim Placu Zabaw Niezwykłych, gdzie każde dziecko, bez względu na wzrost, znalazło coś dla siebie. Były wyścigi ślimaków, zjeżdżanie „prawie na sankach”, magiczne rysowanie i skrzynia zmysłów. Cuda niewidy.
Nacudowani po uszy, obraliśmy za cel Stare Miasto. Miejska legenda głosiła, jakoby działy się tam rzeczy o jakich słyszeli tylko najstarsi sztukmistrze. Postanowiliśmy to własnoocznie zweryfikować.
I faktycznie, stare kamienice na Rynku powleczone były pajęczyną, po której z zwinnie stąpały pająki przebrane za ludzi… Tłum wzdychał z zachwytu, a my parliśmy dzielnie do przodu, gdzie na Palcu po Farze suto mydliły się bańki i pękały niczym marzenia ludzkie w zderzeniu z arsenałem parasoli beztrosko kołyszących się na wietrze.
Staliśmy, jak urzeczeni susząc oczy do łez i rejestrując w głowach ten obłędny widok.
A potem poszliśmy dalej hej w Lublin, karmiąc miejską legendę o dziwach, jakie mają miejsce na Starym Mieście.

Tymczasem na Błoniach pod zamkiem spotkaliśmy dalekich krewnych – kuglarzy, którzy odkrywali tajniki swej sztuki za symboliczny uśmiech. Dzieci mogły więc bezkarnie robić wszystko to czego w domu zabraniam, jak chociażby rzucanie talerzami czy eksperymenty z hula-hop (kto doświadczył hula-hop uderzającego o parkiet, ten wie o czym mówię).
I tak stąpaliśmy ochoczo po deskach ulicznego teatru, czasem będąc widownią, a czasem aktorem. Zgodnie z protokołem gubiliśmy się w tłumie i legalnie traciliśmy rozum.

A potem przyszła burza, w płaszczu z błyskawic. Nad Lublinem zebrały się czarne chmury i pociemniało…
Ale legenda miejska głosi, że było to kolejne dzieło Sztukmistrzów.

















Zdjęcia wykonane aparatem Olympus PEN E-PL7




You may also like

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.