CUDNE MANOWCE!

P1080847

Romantyczny wieczór. Sam na sam z samą sobą. Mąż popisowo skapitulował chwilę po dwudziestej drugiej. Tak się złożyło, że tego dnia po stu latach usłyszałam Stare Dobre Małżeństwo…
Och, wypłakałam oczy niebieskie przy tej muzyce…
W bezsenną noc (wszak z nim będę szczęśliwsza…), w blasku ogniska (i suchy szloch w tę  dżdżystą noc… ), w poświacie księżyca (czemu cię nie ma na odległość ręki?!). Tyle niepełnoletnich łez, które użyźniły glebę pod moim namiotem (och… jeszcze zdążymy w dżungli ludzkości siebie odnaleźć…).

O tak. Rodzina uśpiona, po domu szwenda się cisza. Plan jest prosty – ja, wanna i Stare Dobre Małżeństwo. Zanurzam się w takt „Czarnego bluesa” na kilka godzin przed czwartą nad ranem. Idylla. Nucę tak cicho, żeby nie zbudzić sąsiadów.
Gdy Ci to śpiewam u mnie środek zimy…
Nad wanną łopoczą sny podstarzałej nastolatki. Woda paruje, odgrzewam wspomnienia, bezwstydnie mruczę „cudne manowce”. Jeżu, jak mi dobrze…
Tęskność zawrotna przybliża nas.
Czwarta nad ranem.
Mmmm…
Lalalala…
Czemu mówimy do siebie listami?

Moje powieki, niczym mąż godzinę wcześniej, kapitulują.
Jaka epoka? Jaki to wiek? I jaka godzina kończy się, a jaka zaczyna?
Woda paruje, jest błogo, woda paruje, powieki się kleją… WTEM!
Włóczęga?
Niespokojny duch?!
Nie. Zjawa! W drzwiach staje zjawa!! Bezbronna ja, wanna i zjawa! Romantyczny wieczór sam na sam z samą sobą z SDM, niepostrzeżenie zamienia się w horror rodem z Hitchcocka. Zjawa bezlitośnie stąpa w moim kierunku. Psychoza!!
Krzyk więźnie mi w gardle, kiedy mój nos zostaje bezpardonowo rozkwaszony przez obezwładniający fetor. W mig trzeźwieję!
To nie zjawa! To żywa istota. W dodatku sama wydałam ją na świat. Zbliża się do mnie w tęczowej stylizacji misternie utkanej z kolorowej zawartości żołądka.
Niech ktoś mnie uszczypnie! Niech to będzie okrutny żart Morfeusza!
Niestety.
To nie sen.
Tymczasem SDM wesoło mnie informuje:
– Jest już za późno!
– Jakbym k***a nie wiedziała! – syczę przez zęby i zamaszystym kopniakiem odprawiam z łazienki głośnik.

Czwarta nad ranem.
Ja która płaczę, ażeby śmiać mógł się ktoś…
Już dość, już dość, już dość!

O, Przewrotny Losie Macierzyński. Jakiż z Ciebie kawalarz!
Gwałtem wyrugowałeś mnie z parującej wanny i brutalnie rzuciłeś w sam środek żołądkowej pożogi!
Wręczyłeś ścierę i pokazałeś miejsce na ziemi.
Dziękuję Ci, bo doprawdy przez moment myślałam, że jestem Królową Wanny. Tymczasem jestem Władcą Szmat. Panią na Klozetowych Włościach. Zaiste.

O, Przewrotny Losie Macierzyński! Wypłakałabym za tobą oczy niebieskie.
Niech cię dobre bogi!
Niech cię dobre wiatry!

You may also like

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.