O włos od tragedii

Autor: Miss Ferreira

Wczoraj zabrałam Ferę na spacer. Pierwszy od powrotu z Brazylii. Był piękny dzień. Po moich ukochanych polach rozlewało się gęste słoneczne światło. Liczyłam, na ilu z nich zakwitnie w maju rzepak. Zrobiłam jeszcze sobie zdjęcie. Na kilka minut przed tym, co wydarzyło się potem, uśmiecham się szeroko do obiektywu i czuję wdzięczna za ten moment.
Dramat rozegrał się nagle. Kiedy się odwróciłam, zobaczyłam za nimi ogromnego owczarka niemieckiego. Resztę pamiętam przez mgłę. Straszliwy pisk Fery, mój skowyt, odgłosy psa zagryzającego Ferę i krew, wszędzie krew. W tym amoku oprzytomniałam na sekundę, przypominając sobie, że mam w kieszeni gaz pieprzowy. Kiedy skierowałam go w stronę napastnika, z pojemnika wyciekł tylko płyn… Gaz nie zadział.
Wtedy dotarło do mnie, że nie mamy szans. Byłyśmy same z dala od zabudowań. Tymczasem Fera miała na sobie kaganiec. Widziałam, jak desperacko walczy o życie, jak opada z sił, jak nie może się bronić.
Mój telefon pokazuje, że dojechanie do nas zajęło mojemu mężowi 4 minuty i 42 sekundy.

Siedem lat temu ktoś wyrzucił z samochodu Ferę przed naszym domem. Tak stała się częścią naszej rodziny. Mówię na nią „anioł w psiej skórze”. Wobec ludzi jest niewiarygodnie łagodna.
A jednak szybko zrozumiałam, że z mojego anioła wychodzi zwierzęcy instynkt. Jest niebezpieczna dla innych zwierząt. Dlatego nosi kaganiec, którego nienawidzi. Dlatego chodzi na smyczy.
Choć nigdy nie zaczepiła żadnego człowieka, to wyobrażam sobie, że widok dużego pasa, może przerazić. Mnie samą przeraża.
Dlatego nie funduję tego uczucia innym. Nigdy nie pozwalam jej chodzić luzem, gdy widzę ludzi w zasięgu wzroku.
Od siedmiu lat niemal codziennie zabieram Ferę na bardzo długie spacery. W tym czasie zrozumiałam, że jestem jedną z niewielu osób, które szanują to, że inni mogą BAĆ SIĘ mojego psa. Że dla mnie to ukochany członek rodziny, ale dla innych potencjalne zagrożenie.
Bardzo rzadko widuję psy na smyczy. Regularnie małe psy atakują Ferę. Ich właściciele traktują to wręcz jak coś zabawnego. Na zwrócenie uwagi niemal wszyscy reagują agresją.
Widuję też wielkie psy, traktowane z ogromną nonszalancją „on nic nie zrobi, proszę się nie bać, on jest tylko duży”.
Dla mnie takie teksty to szczyt głupoty i nieodpowiedzialności.
Od wczoraj spływają do mnie setki wiadomości. Historie podobne do mojej, ale też takie, które skończyły się tragediami i traumą leczoną latami.

Kiedy piszę do Was te słowa, pod moimi nogami leży Fera. Co jakiś czas żałośnie popiskuje i musi się przytulić. Nie mogę wytarmosić jej za uszy, jak to uwielbia, bo są pokaleczone. Delikatnie ją głaszczę, bo w wielu miejscach ją boli.
Ale żyje i nie ma żadnych poważnych ran, to jest najważniejsze.
Wczorajszy dzień mógł przynieść tragedię, o jakiej wolę nie myśleć. Na szczęście wyszłyśmy z tego cało, więc wykorzystuję ten moment, żeby zaapelować do wszystkich: kochajcie swoje psy, ale pamiętajcie, że inni się ich boją. Bądźmy odpowiedzialni za swoje zwierzęta!

Podobne posty

Napisz komentarz