Nie chciałabym nikogo z Was urazić Drodzy Czytelnicy. Nie jest też moim zamiarem, żebyście poczuli się gorsi ode mnie, choć niechybnie dotknie to co po niektórych po przeczytaniu tego tekstu. Niemniej fakty są takie a nie inne. Otóż wątpię, żeby ktokolwiek z Was mógł ze mną dziś konkurować w kategorii: „chujowy poranek”.
Gdy dotykam palcami klawiatury, przenika mnie myśl o nieprzewidywalności ludzkiego życia. Banał? Być może. A jednak dzisiejszy świt w żaden sposób mnie nie ostrzegł, znikąd nie przybył szept „uważaj, ostrożnie”.
Tak oto w aureoli ciszy, stąpając bezszelestnie po schodach, żeby nie uronić choć kapki hałasu, który mógłby zbudzić pozostałych domowników, wstąpiłam w progi kuchni.
I tu Drodzy Czytelnicy rozegrała się pierwsza scena dramatu zwanego porankiem, kiedy ciszę brutalnie jak tasakiem rozdarło darcie mordy kota. Jeszcze próbowałam ją reanimować, zebrać z ziemi, ale wszystko na nic. Rozczłonkowana cisza na moich oczach wydawała ostatnie tchnienie, a towarzyszył jej nieznośny koci jazgot. Kot też był w agonii, ale wiadomo – głodowej, jak to kot.
W nerwach otworzyłam lodówkę, żeby wyjąć karmę i czym prędzej zatkać nią kotu gębę, kiedy to puszka ożyła, wyślizgnęła mi się z rąk, zawirowała w powietrzu a ja poczułam piekący ból w palcu.
Nagle agonia nie dotyczyła już tylko ciszy i kota, konał również mój mały palec. I z tego miejsca chciałabym powiedzieć, że do głowy by mi nie przyszło, ile krwi mieści się w jednym głupim małym, palcu, w dodatku takim, który nawet nigdy nie wydawał mi się jakoś bardzo potrzebny.
Ponieważ cisza już nie żyła i nie mogła mi towarzyszyć, pokonałam schody w kilku hałaśliwych susach i jak tornado wpadłam do sypialni po Octenisept. Na niewiele się to zdało, palec pulsował i wyrzygiwał z siebie krew. Biegiem udałam się w drogę powrotną do kuchni i uwierzcie lub nie, zdążyłam wyhamować w ostatniej chwili.
Oto przed samymi schodami, zupełnie niespodziewanie, niemal jak podarek od Świętego Mikołaja, zakwitło wielkie GÓWNO. Tak duże, że przez głowę przemknęło mi „do kurwy nędzy, mamy pasa czy słonia?”.
Tak więc teraz sprawę oddaję Waszej wyobraźni. Musicie sobie wyobrazić jak ręką owiniętą w papier toaletowy, cały uwalony krwią, wynoszę kawałek po kawałku psie klocki wielkości piramid.
I teraz nie bardzo wiem, jak to wszystko się odbyło? Czy pies się zesrał na widok krwi?
I czy kot się zesrał na widok psiego gówna?
Bo jeszcze nie wiecie, że tak się ta historia kończy.
Nakarmiony kot, wielki winowajca, poszedł i wzorem psa postawił klocka pod prysznicem.
I tak Drodzy Czytelnicy wyglądał mój pranek.
