TAM PO ZMROKU LEPIEJ SIĘ NIE ZAPUSZCZAĆ…

Nie wiem, jakie słowo najbardziej pasuje do tej dzielnicy. Pokraczna? Szkaradna?
A jednak każde miasto posiada zakątek, będący wybrykiem natury. Niepasującym puzzlem ślepym zaułkiem, ułomną kończyną miejskiego organizmu. Tam nie zabiera się znajomych, kiedy chcemy się pochwalić miejscem, w którym mieszkamy. Tam po zmroku lepiej się nie zapuszczać – szepnie sąsiadka, troskliwie wybierając ziarna prawdy z miejskich legend.
W tych miejscach nawet czas jest zdeformowany. Jakby ktoś odwrócił go na lewą stronę. Albo po prostu zatrzymał i zakazał sprzątać. Na witrynach sklepowych straszą szkielety plastikowych kwiatów o fluorescencyjnych płatkach, pokrytych wieloletnim kurzem. Można tu kupić wszystko.
Zatrzaśnięta w witrynie lalka, o twarzy rozerwanej diabolicznym uśmiechem, stoi obok łapki na myszy. Dalej: najlepsza chemia z Niemiec, fantazyjny sedes w rybki i bokserki z gigantyczną trąbą słonia na Święto Zakochanych. Nad wszystkim jak sztandar dumnie powiewa lep na muchy. Ostatnie żywe owady podrygują spazmatycznie.
Dzielnica ma swoją charakterystyczną woń, która gwałci nozdrza bukietem intensywnych zapachów. Uryny, ptasich odchodów, chmielu i słodu jęczmiennego z pobliskich zakładów piwowarskich, drożdżowych wypieków i odmętów głębokiego tłuszczu, w którym pływają filetowane ryby.
W komórkach, wyglądających jak naziemne lochy, tłoczą się gołębie. Zaciekle rozpychają się skrzydłami, dziobiąc podejrzane resztki.
Idąc ulicą Pierwszego Maja w stronę Dworca Kolejowego po lewej stronie za drogerią Natura, zobaczysz bramę. Przenosi do innego wymiaru, ale przejść może nią każdy, kto tylko się odważy.
Szczerbaty bruk kąsa buty i trzeba być czujnym, żeby nie poczęstować go własnymi zębami.
Oto targ ukoronowany cierniem barów, z których niesie się melodia dźwięcznych bluzgów, przerywana pauzami gęstej śliny wycharkiwanej na chodnik.

Tego dnia na dzielnicę spływa błogosławieństwo jesiennego zachodu. Wygląda pięknie w welonie ze złotego światła. Jest jak panna młoda, która w szerokim uśmiechu odkrywa klawiaturę bezzębnych dziąseł. Przemykamy z aparatem wśród nieforemnych uliczek, urzeczeni ich niedoskonałością. Nagle podwórko. Prowadząca do zielonych drzwi alejka, usypana ze złotych liści. Mętne okna, w których zastygł jakiś tajemniczy bezruch. Samotne krzesło stojące przed domem i pokraczna altanka w uścisku czerwonego bluszczu. Na stole pod altanką senne wspomnienie wczorajszej libacji: pusta butelka i kieliszki, które straciły pion.
Robimy kilka szybkich zdjęć, nerwowo wypatrując kurwy, wystrzelonej z martwych okien w naszym kierunku.
Furtka rzęzi, kiedy dyskretnie wymykamy się z podwórka.



spodnie – Reserved | bluzka – h&m


You may also like

4 komentarze

  1. Wychowałam się na Dziesiątej, więc dla mnie 1go maja nigdy nie było „zakazaną” ulicą. Co więcej, z dzieciństwa pamiętam kwitnący tam handel, kino „Robotnik” i dalej na Kunickiego Dom Kultury, w którym były zajęcia muzyczne i spektakle teatralne dla dzieci – to tam byłam po raz pierwszy w teatrze i widziałam „prawdziwe” krasnoludki 🙂 Smutny znak naszych czasów to upadek ulic handlowych. Z resztą cała okolica Dworca PKP straszy. Ale zdradzę Wam sekret – najlepsze ciucholandy w Lublinie są właśnie na Dziesiątej!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.