ŻYJĘ Z CAŁYCH SIŁ!

O tym, że kiedyś będę musiała napisać o Agnieszce, wiedziałam od dnia, kiedy poznałyśmy się kilka lat temu. Bezpośredni ludzie o ciepłym usposobieniu, wpadają do mojego serca błyskawicznie.
Ona ma to coś, że po minucie rozmowy, czujesz, jakbyście się znały od lat. Wydała mi się zupełnie niezwykła pod każdym względem. Pełna jakieś porywającej energii. Jakby napędzana innym paliwem. I nigdy nienarzekająca. Optymista powie, że szklanka jest do połowy pełna. Według Agnieszki ważne, że jest szklanka. Woda się znajdzie.
Godzinami przesiadywałyśmy razem na placu zabaw, zerkając na nasze, bawiące się dzieci. Tematy do rozmów nam się nigdy nie kończyły. Mnóstwo się śmiałyśmy. Zresztą ona posiada ten zaraźliwy rodzaj śmiechu, któremu po prostu należy ulec. I ma niesamowity uśmiech. Jakby każdy mięsień jej twarzy wołał „ja też! Ja też chcę się śmiać”.
Dopiero po jakimś czasie i setkach przegadanych godzin, zrozumiałam, że ten jej obezwładniający uśmiech, wyrósł na smutku niewyobrażalnym dla większości z nas.
W dniu, kiedy opowiedziała mi swoją historię, na placu zabaw złapał nas zmrok. Mówiła o wszystkim ze spokojem. Nie używała wielkich słów.
Słuchałam jej, mrugając łapczywie powiekami, w obawie, że się rozkleję, a ona ze mną. Szturchnęła mnie nagle:
– Ej Mała! Chyba nie będziesz płakać, co? – i zaczęła się śmiać.
Rozpłakałam się dopiero w drodze powrotnej do domu.
Historię Agi musiałam z siebie wypłakać po kawałku.

Kiedy zadzwoniłam do Agnieszki i zaproponowałam jej udział w nowym cyklu, była szczerze zaskoczona.
– Ale ja? Dlaczego?
– Bo kiedy myślę o niezwykłych ludziach, ty pierwsza przychodzisz mi do głowy.
Przez chwilę milczałyśmy, aż szepnęła:
– Dziękuję.

***

Tego ranka wezbrał w niej paraliżujący niepokój. Może dlatego była tak nienaturalnie spokojna. Z otępienia co chwilę wyrywały ją dzieci. Dwie córeczki – sześcioletnia Ola i ośmiomiesięczna Iga.
Nieporadnie próbowała im matkować, ale namolne przeczucie, że coś się stanie, wracało do niej.
To normalne – tłumaczyła sobie w myślach – w każdym czasem zakwita niepokój. Trzeba po prostu podlać go kawą albo zjeść coś słodkiego i zaraz zwiędnie.
Wróciła do bawiących się dzieci, kiedy znów oddech ugrzązł jej na wysokości klatki piersiowej.
Nerwowo przygryzła paznokieć i wbiła wzrok w telefon. – Nie waż się dzwonić – pogroziła mu w myślach, przypominając sobie sąsiadkę, która zawsze odbierała z okrzykiem: „jezusmaria, co się stało?!”
Niepokój pęczniał w niej, szczelnie wypełniając komórki jej ciała. Jednocześnie była spokojna. Brzmi niedorzecznie. Ale tak właśnie było. Jakby przyglądała się fali tsunami, wzbierającej na horyzoncie, świadoma, że nie zdoła już jej uciec. Nie doświadczyła tego nigdy wcześniej ani nigdy później. Fala zbliżała się do niej w swojej majestatycznej potędze, nienaturalnie powoli i zamiast uderzyć w nią z impetem, wzięła w objęcia, kołysząc delikatnie. Poddała się tej wodnej kołysance z ulgą, kiedy nagle zadzwonił telefon. Popatrzyła na niego nieufnie. Odebrała.
W słuchawce rozległ się głos. Ten głos. Jego głos. Waldek.
Był zmęczony, ale już niedługo będzie w domu. Chciał tylko usłyszeć co u jego dziewczyn. Nie może się doczekać, aż je zobaczy, ma nadzieję, że ugotowała coś dobrego, bo jest głodny jak wilk.
Pożegnali się. Spojrzała na córeczki.
Odkąd Waldek pojawił się w jej życiu, czuła się taka szczęśliwa. Po smutnym dzieciństwie i brutalnym zderzeniu z dorosłością był dla niej jak anioł. Tak o nim myślała i mówiła – mój Anioł Stróż.
Waldek jest taki dobry. Wspaniały. Najwspanialszy – stopniowała w myślach. Olę pokochał jak swoją córkę. Poza Igą nie widział świata. I ją kochał. Nikt jej tak wcześniej nie kochał. I ona nie znała takiej miłości.
Bezinteresownej, silnej, gwałtownej, dobrej.
Nikt nigdy się też nią tak nie opiekował. Nawet się o to kłócili. Ona Zosia-Samosia, która potrafi się o siebie doskonale zatroszczyć. I nagle jakiś chłop chce ją nosić na rękach. Nie jest żadną cholerną królewną! Spokojnie może mieć odciski. Ale nie dawał za wygraną. Kiedy po porodzie chciała szybko wrócić do pracy, wściekł się. Przecież powinna odpoczywać po ciąży! Niech się niczym nie martwi, on się wszystkim zajmie – błagał ją, uchylając rąbka nieba, jakie dla niej szykował.
W końcu uległa. Przecież nie zabraniał jej niczego, chciał, tylko żeby odpoczęła.
Nic dziwnego, że reagowała nerwowo. Nikt jej wcześniej nie rozpieszczał. W każdym razie nie bezinteresownie.
Nieufnie ulegała temu szczęściu, przekonana, że nie jej jest pisane. Aż zaczęła się do niego przyzwyczajać. Stopniowo. Z dreszczami. Tak jak się wchodzi podczas rozgorączkowanego lata do lodowatej wody.
Pogrążyła się w myślach tak bardzo, że nawet uszedł z niej ten parszywy niepokój. Wróciła do dzieci, kiedy znowu zadzwonił telefon.
Tym razem dzwonił inaczej. Wiedziała, że nie chce odebrać tego telefonu. Nikt nigdy nie chce odebrać takiego telefonu.
Spojrzała na córeczki. Wzięła ostatni, głęboki łyk szczęścia i podniosła słuchawkę.

***

Ludzie na rzęsach stają, żeby poznać swoją przyszłość. Ona cieszy się, że nie widziała, w jakich okolicznościach pozna Magdę i Piotrka, swoich najlepszych przyjaciół.
Piotrek sprzedawał kwiaty. Kupiła od niego bukiet. Był mocno czymś zajęty, ona zamyślona, wydał jej resztę, zabrała ją i odeszła. Przeszła już spory kawałek drogi, kiedy dotarło do niej, że coś się nie zgadza.
Przeliczyła pieniądze. Zamiast reszty otrzymała wielokrotność wartości bukietu. Było oczywiste, że pieniądze nie należą do niej. Wróciła, żeby je zwrócić.
Patrzył z niedowierzaniem to na Agnieszkę to na pieniądze.
I tak się poznali. Potem poznała jeszcze Magdę – siostrę Piotrka. Widywali się często, bo przycmentarną kwiaciarnię Aga odwiedzała regularnie. Pilnowała, żeby na grobie Waldka kwiaty zawsze były świeże.
Rozmawiała z Waldkiem, opowiadała mu co u niej i co u dziewczynek. Bez szczegółów, bo po jego śmierci, ich życie brutalnie roztrzaskało się o ziemię, przypominając Agnieszce, gdzie jest jej miejsce. Została sama na świecie z malutkimi dziećmi. Przywykła do upokorzeń. Stania w kolejkach. Po zasiłek. Po mieszkanie. Po pomoc. Po swoje.
Nigdy nie zapomni dnia, kiedy weszła do przyznanego im mieszkania. W rogu kuchni straszył kibel. Nie było ogrzewania. Chciała stamtąd uciec, ale musiała zamieszkać.
A potem była komunia Oli, żeby na nią zarobić, wyjechała do Danii. Najgorsze pół roku w jej życiu. Ale nie wyobrażała sobie, że jej córka będzie jedynym dzieckiem w klasie, które nie pójdzie do komunii.
Tam nad grobem Waldka, kłóciła się z Bogiem. Wyzywała go od najgorszych. Nienawidziła go z całego serca. I płakała.
Płakała nieustannie sześć lat. Suszyła oczy tylko przy dziewczynkach. Aż któregoś dnia Ola wykrzyczała jej, że nie chce mieć smutnej mamy.
Postanowiła więc ten smutek, pochować tam na cmentarzu z Waldkiem.
Zaczęła się uśmiechać.
A potem tym uśmiechem zarażać.

***

W starej kamienicy w centrum Lublina mieszkają sobie Małe Kobietki.
W malutkim przedpokoju przy drzwiach tłoczą się buty. Walczą o miejsce z torebkami i ubraniami. Choć jest tu tak mało miejsca, panuje ład. Bałagan zaś ma w sobie coś z paryskiej nonszalancji. Tu i tam rozrzucone magazyny. Kubek po kawie. Przerzucona przez krzesło dżinsowa kurtka.
Nad wszystkim unosi się majestatycznie piękny, nowoczesny, biały żyrandol.
– Nie sądzisz, że jest za wielki do takiej małej przestrzeni? – zapyta mnie któregoś dnia Aga.
Nie sądzę, wygląda obłędnie na tle błękitnej ściany. Nad oknem rozwieszona delikatna girlanda papierowych lampek. Wieczorem musi tu być bardzo przytulnie. W kilku miejscach stoją kwiaty. Na ścianach ramki ze zdjęciami. Ola przebrana chyba za muchomora, malutka Iga.
W kuchni nie straszy już kibel. Znalazł dach nad muszlą w łazience. Otoczony całymi zastępami kosmetyków.
Pachnie tu kobietami. Rozlega się ich śmiech. Są wobec siebie czułe. Czasem się kłócą, wiadomo i nieustannie trajkoczą. Wartkim strumieniem płyną dziewczyńskie opowieści o rzeczach mniej ważnych – kryjącym podkładzie i najnowszej promocji.
Moją uwagę zwracają koronkowe szpilki. Piękne – z tych nie do chodzenia, jeszcze z metką.
Aga dostała je od Oli w prezencie. Bo Ola w wakacje pracuje i strasznie się cieszy, że może coś kupić mamie.
– Stać mnie – mówi do mnie i puszcza oczko.
Na parkiecie słychać pazurki. To Loko. Piesek, rozmiarem pasujący idealnie do 37m2 mieszkania.
Dziewczyny dostały go w „spadku” po przyjaciółce Agi. On też ma swoją historię.
Jakiś czasem temu źle się poczuł. Diagnoza straszna – rak trzustki. Operacja kosztowała fortunę. Pani doktor powiedziała, że jej zdaniem to bez sensu, bo i tak pożyje najwyżej rok, a ja na to, że ten rok wart jest każdych pieniędzy, bo przecież ten pies to sama radość – mówi Agnieszka, czochrając czule sierść Loko.
– No dobra Mała, to co, co mam ci opowiedzieć? – pyta Aga, stawiając przede mną parującą kawę.
– No właściwie wszystko – waham się – ale nie wiem, czy chcesz mówić tak przy dziewczynkach? – pytam, zerkając na Igę i Olę, pochłonięte swoimi zajęciami.
– Nie mamy przed sobą tajemnic, rozmawiamy ze sobą o wszystkim – odpowiada i zaczyna snuć tę samą historię, którą opowiedziała mi kiedyś na placu zabaw, kiedy złapał nas zmrok.
– Myślałam, że już zawsze będę smutna – wzdycha, a ja ciągle nie mogę jakoś w to uwierzyć, bo nie znam weselszego miejsca na świecie niż te 37m2 w centrum Lublina, wypełnionych radością i ciepłem.

***

Strasznie długo szarpałam się z Bogiem, że zabrał mi Waldka. Aż w końcu, zamiast krzyczeć, że już go nie ma, zaczęłam być wdzięczna, że w ogóle w moim życiu był.
A później tę filozofię przełożyłam na wszystko. I wszystko zaczęło mnie cieszyć. Zupełne pierdoły – wiatr we włosach, działający samochód, słoneczny dzień.
Wsiadam na rower. Pędzę, cząsteczki powietrza roztrzaskują mi się na twarzy. Rozjeżdżam tak wszystkie problemy i zmartwienia. Wracam zmęczona, z czystą głową. Uwielbiam to! Tylko moich dziewczyn nie potrafię tym rowerem zarazić.
Tego dnia, kiedy Waldek zginął w wypadku samochodowym, Agnieszka była pewna, że już nigdy nie wsiądzie za kółko. A jeździć zawsze uwielbiała, to był jej azyl. Kiedy na autostradzie mogła docisnąć gaz, czuła się wolna jak ptak. Nawet czasem myślałam, że gdyby życie się inaczej potoczyło, to kto wie, może zostałabym kierowcą rajdowym – śmieje się.
Strach przed jazdą samochodem z czasem ustał.
To dziwne, ale kiedy po raz pierwszy od dnia wypadku, usiadła za kierownicą, czuła się pewnie.
Nie miała traumy. Dodała gazu. Wiatr tarmosił jej włosy.
Co jeszcze lubi?
Włączyć głośno muzykę w samochodzie i śpiewać!
Jakiś czas temu stała na światłach, w radiu poleciał jakiś jej ulubiony kawałek. Oszalała, przekrzykując wokal. Nagle poczuła na sobie czyjś wzrok. W samochodzie obok chłopak śpiewał ten sam numer. Jak na umówiony znak otworzyli okna. Zanim pojawiło się zielone światło, stworzyli uliczny duet, zaśmiewając się do rozpuku.
Poczuła, że żyje.
Z całych sił żyje.


Koniecznie obejrzyjcie krótki film o Agnieszce <3

PRZED WAMI AGNIESZKA W NASZYM OBIEKTYWIE















sukienka, kapelusz, torba – Per Te Boutique
biżuteria – Apart

O cyklu ZWYCZAJNE DZIEWCZYNY:
Chciałbym, żebyście na to słowo „zwyczajne”, tak niepopularne w ostatnim czasie, przekornie zarzuciły woal wyjątkowości.
Świat chce żebyśmy były idealne. Powinnyśmy mieć idealne figury, kariery, twarze, życiorysy, a na koniec przepuścić wszystko przez Photoshopa. Dla pewności.
W efekcie jesteśmy zakompleksione i niedowartościowane.
To brzmi jak frazes, ale nowym cyklem chcę Wam pokazać, że jesteście wyjątkowe. Takie jakie jesteście. Ze swoimi wadami, niedoskonałościami, słabościami.
Że to dobrze, że nie zjechałyśmy z jednej linii produkcyjnej. Że mamy inne twarze i inne życiorysy.
Mój pomysł przychodził na świat powoli przez ostatnie lata, jako wyraz buntu na pozornie idealny świat przedstawiony social mediów, reklam, magazynów.

Co miesiąc na blogu poznacie nową „Zwyczajną Dziewczynę”.
Sesją zdjęciową, którą wykonamy wspólnie z mężem, chcę Wam udowodnić, że każda z nas może wyłonić się z instagramowej piany jak Afrodyta, wystarczy dobry fotograf, odpowiednie światło i zmysłowa poza.

Patronem nowego cyklu są firmy APART i PIXBOOK.
Każda z moich bohaterek otrzyma w prezencie biżuterię firmy Apart i fotoksiążkę PIXBOOK ze zdjęciami z sesji.



Mam dla Was również KOD RABATOWY na Fotoksiążkę PIXBOOK. Z hasłem CALAONA zamówicie Fotoksiążkę A4 Pion 40 stron tylko za 27 zł 🙂 Cena regularna to 38 zł.
Kod jest wielokrotnego użytku i będzie ważny do 15 września!

You may also like

19 komentarzy

  1. Straciłam męża pół roku temu, mając 25 lat.
    Wiem, jak to jest krzyczeć w niebo, że to podłe i niesprawiedliwe. Wiem, jak to jest, gdy przychodzi zrozumienie. Gdy wściekłość zmienia się we wdzięczność. Gdy cieszysz się życiem i dziwisz ludziom, że nie dostrzegają piękna małych rzeczy. Pozdrowienia dla pięknej Agnieszki!

  2. Saro, ten cykl jest cudowny!Wszystkie Twoje teksty wspaniale się czyta, ale Zwyczajne Dziewczyny wyjątkowo poruszają moje serce. Piękne, mądre i silne kobiety są dla mnie inspiracją. Agnieszce życzę, żeby ten zniewalający uśmiech nigdy nie schodził z jej twarzy, bo zasługuje na wszystko, co najlepsze – jak zresztą każda z nas! 🙂

  3. Historia, którą opisałaś jest smutna, sposób w jaki ubrałaś ją w słowa – piękny. Zupełnie jak Twoja bohaterka, która niewypowiedziany smutek ubrała w radość z życia. A na koniec jest w tym ogromna nadzieja, że mimo wszystko może być dobrze. Obie jesteście cudowne.

  4. Wzruszyłam się. Czasem zastanawiam się, ile człowiek jest w stanie znieść. Okazuje się, że bardzo dużo… Że nagle znajduje w sobie siłę, o którą by się nigdy nie podejrzewał…
    Pani Agnieszko, jest Pani piękną, dzielną i mądrą Kobietą. Podziw i szacunek!
    Serdeczności i życzenia wszystkiego dobrego dla Pani i Pani Dziewczyn 🙂
    Podziękowania dla Sary za pomysł na cykl o „zwykłych” Dziewczynach – Perłach Prawdziwych 🙂

  5. Świetna babka z Agnieszki! Tak trzymaj, uśmiechasz sie cudnie! I wiem ze to nieważne ale figura ekstra. Pozdrawiam rownież córki- oby były jak najbardziej podobne do czadowej mamy, uściski
    Dzięki Sara za ten cykl, good job

  6. Ja przepraszm, że tak w nocy i w ogóle tak z nienacka. Ale dławię łzy bo takich opisów się nie spodziewałam. Jestem poruszona. Wróciłam tutaj po paru latach nieobecności, czy to w ogóle możliwe, że ten blog istniał w 2013/14roku? Byłam wtedy w ciąży z pierwszym dzieckiem i pamiętam że fascynowało mnie Twoje pisanie, ale było wtedy zdawkowe, bo był fokus na modę. Kojarzę przez mgłę. Ale zaraz z ciekawości przesiądę się na laptop i chyba całą noc przesiedzę na czytaniu!! Jestem wzruszona. Nie pamiętałam nawet nazwy bloga. Odnalazłam Cię po frazie „blogerka modowa Lublin”. Czytając Cię w głowie chciałabym się podzielić z Tobą swoimi historiami (przed chwilą przeczytałam też tekst o CV 😉 ale mam tyle myśli że głowa mi zaraz pęknie. Pozdrowienia z Lubaczowa.

  7. Ja przepraszm, że tak w nocy i w ogóle tak z nienacka. Ale dławię łzy bo takich opisów się nie spodziewałam. Jestem poruszona. Wróciłam tutaj po paru latach nieobecności, czy to w ogóle możliwe, że ten blog istniał w 2013/14roku? Byłam wtedy w ciąży z pierwszym synkiem i pamiętam że fascynowało mnie Twoje pisanie, ale było wtedy zdawkowe, bo był fokus na modę. Kojarzę przez mgłę. Ale zaraz z ciekawości przesiądę się na laptop i chyba całą noc przesiedzę na czytaniu!! Jestem wzruszona. Nie pamiętałam nawet nazwy bloga. Odnalazłam Cię po frazie „blogerka modowa Lublin”. Czytając Cię w głowie chciałabym się podzielić z Tobą swoimi historiami (przed chwilą przeczytałam też tekst PCV 😉 ale mam tyle myśli że głowa mi zaraz pęknie. Pozdrowienia z Lubaczowa. P. S. Dla takich tekstów w Interneci

  8. Pierwszy raz czytam, fajnie że są ludzie zainteresowani innymi, zwykłymi – niezwykłymi, że potrafią innych wysłuchać, poświęcić swój czas…Tego współcześnie brakuje. I super filozofia życiowa Agnieszki.
    Pozdrawiam

  9. Saro….czytam Cię od kilku lat… Mniej lub bardziej regularnie zaglądam na bloga i rozpływam się w Twoich tekstach… Nie raz wywołałaś uśmiech /śmiech i zdziwienie w oczach współpracowników… A tej co tak wesoło? 😉
    Ale ta seria…. Te teksty… To wyjątkowość wyjątkowości jaką tworzysz od lat…. Pięknie pisałaś zawsze a teraz… To już przesadziłaś 😉
    Zbieram szczękę z podłogi i czytam czytam czytam czytam…. I podziwiam jak pięknie jak łatwo umiesz chcesz potrafisz nazwać to co wydaje się być niemożliwe do nazwania…
    Dziękuję!!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.