CAŁA JA!

Wiecie, jaki jest plus posiadania garderoby, której zawartość w niemal stu procentach, to rzeczy z drugiej ręki?
Większość z nich posiada jakąś barwną historię. Nie wspomnę nawet o tym, że każde z tych ubrań ma za sobą cały życiorys! Albo nie, wspomnę. Weźmy choćby sukienkę ze zdjęć – onegdaj była czyjaś. Ktoś ją kupił, nosił, postanowił oddać. Może była świadkiem pierwszego pocałunku zakochanych? A może zerwania? Czy zerwał on, czy dziewczyna w żółtej sukience w groszki? Czy bywała na piknikach? I wreszcie – jak wyglądała garderoba, w której mieszkała? Czy bawiła w przepastnym konfekcyjnym pałacu, czy może raczej w tekturowych slumsach, jak teraz? I czy dziewczyna, która ją nosiła, była egzotyczną brunetką o lekko skośnych oczach i niepokojącym spojrzeniu? A może miała alabastrową cerę, upstrzoną piegami i zakładała za ucho ryże kędziory? Czy uważała się za ładną? Czy raczej wytykała lustrzanemu odbiciu wszystkie przywary?
Och, czasem miałabym ochotę spotkać tę pierwszą właścicielkę ubrania i powiedzieć jej: „coś nas łączy, wszak mam na sobie pani sukienkę”. A wtedy ona prychnęłaby: „pff, przecież ją wyrzuciłam” . Albo może poszłybyśmy na kawę i powiedziałby mi, że naprawdę lubiła tę sukienkę, ale po prostu jej się znudziła, lecz kiedy teraz mnie w niej widzi, to nawet odrobinę żałuje.
Moja przyjaciółka nie jest w stanie założyć niczego z drugiej ręki, bo jak mawia – to są rzeczy po nieboszczykach. Wybucham wtedy śmiechem i pytam, czy naprawdę uważa, że nieboszczyk biegał w sukience po łące. Ale wzdryga się tylko i ciągle nie może przemóc, żeby odwiedzić lumpeks.
Lubię, że te ubrania mają swoje nieopowiedziane historie i może nawet wolę sobie wyobrażać ich życiorysy niż znać prawdę, zapewne boleśnie nudną.
Lubię coś jeszcze – historie tego, jak pojedyncze ubrania trafiały do mojego konfekcyjnego haremu.
Weźmy, chociażby sukienkę, którą zobaczyłam samotną w ciemnym kącie lumpeksu. Wisiała bez życia jak na szafocie. Smutna, bo nikt na nią nie zwracał uwagi. Zbyt pstrokata, o nieporęcznej długości i szkaradnym kroju. Któż by chciał takie dziwactwo? Kiedy przyjrzałam się jej z bliska, już wiedziałam! Była szlafrokiem… Szlafrokiem, który nonszalancko zarzucała na siebie jakaś hrabina, żeby otworzyć drzwi, nieproszonemu gościowi. Najpierw wydmuchiwała dym papierosowy, a dopiero potem pytała „kto tam?”. Odchodziła od drzwi z westchnieniem, lekko poirytowana, że ktoś przerwał jej wciągającą lekturę.
O! Szlafrok z takim życiorysem trzeba przymierzyć. Zdjęty z szafotu natychmiast nabrał życia. Opłynął mnie łapczywie i szepnął mi do ucha: „będę twoją sukienką”. Uwierzyłam. I chyba słusznie, bo stojąc przed lustrem, łapałam zazdrosne spojrzenia współszperających, które nie dały mu szansy.
Nie zapomnę też spódnicy, którą mierzyłam na środku sklepu z braku przymierzalni, a ta nieznośnie utknęła w połowie drogi z mojego pośladka. Już myślałam, że będę musiała prosić sprzedawczynię, aby zajrzała mi do tyłka i powiedziała, jaka jest cena na metce, ale szczęśliwie zamek odpuścił mi tej żenady.
Warto z tego miejsca przypomnieć też sukienkę, dzięki której wywiązał się przezabawny dialog o cyckach.
A jaka jest historia żółtej sukienki w groszki? Urocza. Otóż dostałam smsa od przyjaciółki o takiej treści: „słuchaj, bo jestem na wymianie ubrań, znalazłam tę sukienkę i wszystkie dziewczyny zgodnie mówią, że to cała ty. Brać?”
No i wzięła. Wszak to cała ja.







You may also like

17 komentarzy

  1. Mam dokładnie tą samą sukienkę, co Ty na zdjeciach! Tylko granatową. Też z ciuchlandu. Noszę ją już długo, była nawet ze mną kilka lat w Australii, oraz w ciąży. I wróciła ze mną do Lublina 🙂

  2. O mamo boska ta sukienka! W ogóle to zawsze podziwiam Twoje lumpeksowe łowy, sama również uwielbiam ciuchy z drugiej ręki i tego samego uczę swego syna 😉 I także często zastanawiam się kto do kogo wcześniej należał dany ciuszek i dlaczego ktoś go wyrzucił 🙁 Z drugiej strony cieszę się, że trafił w moje ręce a ja go wielbię nieprzerwanie. Mój mąż nie zawsze podziela to uwielbienie ale co tam – moja sprawa w czym chodzę 😀

  3. Zobaczyłam kiedyś na ciucholandzie olbrzymią kolekcję przepięknych szpilek, wszystkie w podobnym stylu, wszystkie w rozmiarze 37, wszystkie z widocznymi śladami noszenia. Klasyka z lekkim pazurem, każda para miała w sobie coś co intrygowało. Jakkolwiek dziwne jest odczuwanie refleksji podczas stania „za butami” – wówczas pomyślałam sobie „Dobry Boże, żeby oddać tak piękne buty – to chyba musiała umrzeć jakaś dziewczyna która pewnie dotąd traktowała je jak cudeńka”. Zaczęłam sobie wyobrażać ich właścicielkę, kim była, ile miała lat, jakie dobierała do nich ubrania, czym mogła się zajmować. Same buty mówiły mi że musiała być niezwykle intrygującą osobą 🙂 Czasem chciałabym do wyłowionych ubrań przypiąć metkę z historią ich i ich właścicieli 🙂

  4. A ja mam odwrotnie- zastanawia mnie historia moich ubran, gdy juz mnie opuszcza. Czy sa szczesliwe? Czy ktos pierze je delikatnie? Nosi „po domu” czy „do ludzi”?

  5. Być może bardzo to.płytki komentarz, ale… jesteś piękna. I ta sukienka to cała Ty. Ja również uwielbiam szperać w lumpkach, jest to większy fan niż wizyty w galerii handlowej. Choć tamte ubrania też mają swoją historię – są często robione przez małe lub bardzo spracowane dłonie…

  6. jesteś wirtuozem pisania i wymyślania prze różniastych historii! jesteś JEDYNĄ blogerką, którą czytam, a nie tylko przeglądam fotografki z lumpami…fenomenalnie wpis, jeszcze bardziej fenomenalna autorka!

  7. Podziwiam jak ta sukienka na Tobie leży, jak Ci pasuje, jak pasuje do tych trampków i w ogóle wszystko.
    Ja bym wyglądała jak klaun, który uciekł z cyrku…. 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.