MUSIAŁO WTEDY LAĆ

Obudził mnie poszept deszczu. Jeszcze przez moment próbowałam zatrzymać sen pod powiekami. Niedorzeczne nocne obrazy rozpływały się w rzeczywistości dnia. Łapałam je niezdarnie, chcąc sobie przypomnieć zakończenie, ale już wtedy nie pamiętałam nawet początku.
Odsunęłam rolety. Do pokoju apatycznie wlała się odrobina mlecznego światła. Było niemal ciemno. Listopad spływał po szybie smętnym strumieniem, zniekształcając moje pola.
Teraz wyglądały, jak bezkresny ocean błota i gdzieniegdzie tliły się jeszcze zagajniki złotych brzóz.
Stałam na ciepłej podłodze, patrząc na taras, pochłaniany przez wodę. W rogu stały posępne doniczki, z których wystawały kikuty wczorajszych kolorowych kwiatów.
Zakamieniony ekspres zachrobotał i wykrztusił kubek gorącej dobrej kawy.
Pomyślałam, że to jest właśnie ta pogoda. Pogoda dla liter. Wydało mi się oczywiste, że najpiękniejsze książki muszą rodzić się z deszczu. A potem wyobraziłam sobie, że Dostojewski pisze w słoneczny ciepły dzień. Że Raskolinkow unosi siekierę, spod której uciekają wesołe motyle. Nie, to nie było możliwe.
Musiało wtedy lać.
Rozgrzeszona przez pogodę, zabrałam się za czytanie. Tryb samolotowy oznajmiał światu, że bujam w obłokach.
Spiesznie podążałam za korowodami zdań, gdy nagle książka się skończyła.
Spadłam na ziemię, gdzie migotały światła powiadomień i straszyła lista obowiązków.
Tego dnia miałam wspiąć się na strych i wygrzebać z przepastnych pudeł zimowe ubrania.
Klapa zaskrzypiała, sprężyny uwolniły drabinkę. W suficie pojawiła się kwadratowa paszcza strychu.
Ostrożnie wspięłam się na górę. Mój strych wydał mi się nieznośnie nowy. Pozbawiony tajemnic i zakamarków. Jeżeli cokolwiek czyniło go zagadkowym, to jedynie pomrukujący wiatr i szelest deszczu. Poza tym było tam dosyć jasno, co czyniło zeń pomieszczenie nudne jak garaż.
Wtedy jak żywy stanął przed moimi oczami strych babci.
Po lewej stronie korytarza znajdowały się dwie pary identycznych drzwi. Jedne z nich wiodły na dół do kuchni letniej, gdzie na kuchence kaflowej perkotały garnki, a babcia sprawnie przerzucała pogrzebaczem rozgrzane do czerwoności pierścienie kuchenki.
Drugie drzwi prowadziły na strych. Było to miejsce zakazane. Do dziś nie wiem czemu. Choć wolałabym wierzyć, że chodziło o pilnie strzeżony rodzinny sekret, rozsądek mi podpowiada, że przyczyna była boleśnie prozaiczna. Chodziło o to, że zrobimy bałagan.
Upewniwszy się, że dziadkowie są poza domem, zakradaliśmy się ostrożnie na strych. Klamka skrzypiała nieznośnie, przyprawiając nas o gęsią skórkę Uchylaliśmy rzężące drzwi i przez jak najmniejszą szparę przeciskaliśmy się do tego osobliwego świata.
Trzeba było wykazać się spostrzegawczością i refleksem. Strop powleczony był mgławicami pajęczyn, w których mieszkały pękate i sędziwe stawonogi. Spod nóg uciekały pokraczne kątniki na grubych odnóżach. Chwila nieuwagi i na głowie kogoś z nas lądował pajęczy welon – jak mniemaliśmy – czarnej wdowy. Krzyczeć zaś stanowczo nie mogliśmy. Wszak misja była sekretem. Przez szacunek dla współtowarzyszy wypadało w ciszy zemdleć.
W starych szafach i skrzyniach poupychane były ubrania z jakieś odległej epoki. Powłóczyste koronkowe sukienki, siwe kufajki, toporne kożuchy na ciężkiej wełnie, swetry kąsające skórę, groteskowe nakrycia głowy i skórzane buty, które braliśmy do rąk nieufnie w obawie, że wysypią się z nich pająki.
Mierzyliśmy to wszystko i przeglądaliśmy się w lustrze, powleczonym bielmem starości.
Strych miał jedno małe okienko, którym łypał na świat. Zerkaliśmy przez nie, w gorączce wypatrując dorosłych. W końcu stąpając ostrożnie po stromych schodach, wymykaliśmy się do naszego świata, naznaczonego piętnem zwyczajności.
Nie przypominam sobie, by ktokolwiek z nas zakradł się na strych sam. Byliśmy odważni w grupie, ale oczywiste było, że jeden człowiek wobec grozy i tajemniczości strychu, nie miał szans.
Czasem babcia prosiła, żeby przynieść coś ze schodów, na których ustawiała garnki z jedzeniem.
Bywało już całkiem ciemno i sam korytarz zapełniał się cieniami, których nic nie mogło rzucać. Bliźniacze drzwi majaczyły na jego końcu. Otwierałam je gwałtownie, a czarna gardziel strychu ziała w ciemności. Wstrząsał mną dreszcz.
Z impetem wpadałam do ciepłej kuchni, wypełnionej troskliwym światłem.
Babcia wołała ostrożnie! A ja czułam, jak serce rozrywa mi klatkę piersiową.
Myślałam o tych wszystkich, których pożarł strych, a po których zostały jedynie powłóczyste koronkowe sukienki.

You may also like

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.