NIE UCHRONIĘ CIĘ PRZED ŚWIATEM

Codziennie rano pomagam założyć jej tornister. Mówię że kocham. Życzę powodzenia. Zamykam za nią drzwi i pędzę do okna. Widzę, jak dziarsko człapie z tym niedorzecznie wielkim tornistrem. Widzę ją tylko przez moment. Widzę jak staje na przejściu dla pieszych i bacznie się rozgląda („mamo, zawsze rozglądam się pięć razy!”), widzę jak przechodzi na drugą stronę. Aż w końcu ten mój mały człowieczek z niedorzecznie wielkim tornistrem, znika za drzewami…
Kiedy tracę ją z oczu, myślę – boże, kiedy to się stało? Przecież przed momentem kładli mi ją na piersi i mówili „to córka, gratulacje”. Dosłownie wczoraj stała przede mną na tych chudych pajęczych nóżkach, z ciężkim pieluchowym odwłokiem i robiła pierwszy wielki kroczek. Dopiero zaczęła mówić „mamo”, dopiero kołysałam ją na rękach…
Niebawem wróci. O kilka godzin starsza. O kilka cyferek mądrzejsza. O kilka słów elokwentniejsza.
Moja córeczka, moja ośmiolatka, która z dumnie podniesioną głową, od kilku miesięcy chodzi sama do szkoły i sama robi drobne zakupy spożywcze.

Czy nie boję się puszczać małej dziewczynki samej do szkoły? Musiałabym upaść na głowę, żeby się nie bać. Ale strach to zły doradca. Postanowiłam go trochę oswoić.

Czarna wołga
Każdy słyszał o czarnej wołdze, porywającej dzieci.
W zależności od nastrojów społecznych, kierowcy wołgi zmieniali się – zatem czasem był to Żyd, który potrzebował krwi dziecięcej do wyrobienia macy.
Czasem to był wampir, który potrzebował krwi do życia.
Innym razem to był to satanista, który obiecał krew szatanowi.
A czasem zakonnica, która nie wiadomo po co, ale też potrzebowała krwi.
Teraz nie ma czarnej wołgi, ale mamy za to internet.
Zapewne słyszeliście tę potworną historię, jak w supermarkecie cygan porwał dziecko? W skrócie – rodzice na moment spuścili dziecko z oka, w tym czasie zostało porwane przez cygana, który naprędce ogolił mu głowę i dla niepoznaki zmienił ubranie. Już prawie udało mu się uciec, kiedy matka poznała dziecko po bucikach.
No jasne, że słyszeliście tę historię, przecież to się przytrafiło koleżance znajomej ciotki kuzynki dalszej krewnej szwagra Zbyszka, któremu tę historię opowiedział teść kolegi znajomego kupla z klasy, który był dalszą rodziną koleżanki kuzynki bratowej, której mąż był właścicielem tego supermarketu!
Ja z kolei usłyszałam tę historie z pierwszej ręki – z internetu. Ktoś opisał całe zdarzenie, które następnie było udostępniane w tysiącach.
Pamiętam, że byłam zbulwersowana, co najmniej kilku z moich znajomych udostępniło ten news na swoich tablicach – zupełnie naciąganą historię, szkalującą konkretną grupę etniczną. Historię siejącą panikę wśród rodziców. Podsycającą naszą narodową nieufność. Obłęd.

Ponieważ mam zwyczaj kilkukrotnego filtrowania wiadomości, którymi częstuje mnie internet, postanowiłam sprawdzić jak wyglądają statystyki policyjne odnoszące się do porwań dzieci. W 2014 zgłoszono w Polsce zaginięcia 525 dzieci w wieku do siedmiu lat. 95% dzieci odnajduję się i wraca do domu w ciągu siedmiu dni*.
Nie są porywane. Najczęściej są niedopilnowane przez rodziców.
Więc ja potwornie boję się czarnej wołgi – boję się, że potrąci moje dziecko na przejściu dla pieszych.

Rozmowa
Zanim Marynia pierwszy raz poszła sama do szkoły, miałyśmy za sobą setki rozmów i setki przejść dla pieszych.
Rozmów delikatnych – bo tak samo, jak nie chcę żeby wyciągała rękę po cukierka od nieznajomego, tak samo chcę żeby potrafiła wyciągnąć ją do potrzebującego. Żeby nauczyła odróżniać się strach racjonalny od tego bezsensownego. Żeby była ostrożna, a nie strachliwa. Ufna, ale nie naiwna. Czujna, a nie podejrzliwa.
Więc rozmawiamy – o tym, że nie należy rozmawiać z nieznajomymi, ale można odwzajemnić uśmiech. O tym, że za kierownicą siedzi tylko i aż człowiek.

Samodzielność
Aż w końcu nadszedł ten dzień, kiedy moja mała córeczka pierwszy raz poszła sama do sklepu. Bałam się bardzo, bo wiem jaka potrafi być nieuważna i roztrzepana.
Stałam na balkonie z drżącym sercem, bacznie obserwując każdy jej krok.
Dopiero, kiedy zobaczyłam, jak ostrożnie przeszła przez ulicę, zrozumiałam, że to dlatego, że nie było mnie przy niej. Wiedziała, że nie złapię jej za rękę, że nie krzyknę „uważaj, samochód!”. Była zdana sama na siebie.
Tego dnia obie nauczyłyśmy się tego samego – że samodzielność nie polega na trzymaniu się za ręce, ale na umiejętnym puszczeniu się w odpowiednim momencie.

Wiara w siebie
To dlatego Cię nie podtrzymywałam, kiedy po raz pierwszy stanęłaś na tych chudych nóżkach – jak mi się wydawało, o wiele za wcześnie. I ta Twoja dumna mina, kiedy dziarsko mnie odepchnęłaś, mówiąca „widzisz to, stoję SAMA!”
I potem, kiedy dyskretnie obserwowałam, jak się ubierasz – te nieporadnie założone rajtuzy, z krokiem w kolanach, wlekące się metr za Tobą – na zawsze będą w mojej pamięci.
Kiedy postanowiłaś wziąć sztućce w swoje ręce i dyrygować jedzeniem.
Kiedy pierwszy raz zeszłaś sama po schodach.
Kiedy pierwszy raz zrobiłaś sobie śniadanie.
Kiedy pierwszy raz zniknęłaś mi z oczu na palcu zabaw – znalazłam cię schowaną za drzewem i chichoczącą z przyjaciółkami.
Kiedy pierwszy raz spojrzałaś na mnie, a Twój wzrok mówił „mamo, daj spokój nie jestem już dzieckiem”.

Nie wyręczam cię, bo wiem że sama potrafisz. A Tobie wydaje się, że możesz przenosić góry. I dobrze, przenoś!

Gotowość
Ktoś powie – moje dziecko nie jest jeszcze gotowe. Każde dziecko jest inne, każde rozwija się inaczej. Ale często to my – rodzice zakładamy, że jeszcze nie czas.
Ostatnio jedna z mam wyznała mi, że kiedy jej córka dowiedziała się, że Marynia chodzi sama do szkoły, nie pozwoliła się już odprowadzić. Wymusiła na mamie, żeby puściła ją samą. Kiedy po południu spotkałam dziewczynki, zapytałam je „to co, już same chodzicie do szkoły?!” – nic nie powiedziały, ale pokraśniały z dumy.
Polskie prawo przewiduje, że dziecko może samodzielnie się poruszać, bez opieki osoby dorosłej, kiedy skończy siedem lat**.

Stare dzieje
Jestem ostatnią osobą, która mówi „za moich czasów”. Ale muszę przyznać, że moje pokolenie chyba było nieco bardziej samodzielne. Nie mówię nawet o pokoleniu rodziców czy dziadków – historie mojej babci o tym, że miała kilka lat, kiedy zajmowała się całymi dniami maleńkim braciszkiem, bo mama była w polu.
Historie mojej mamy, która już jako sześciolatka całymi dniami była zdana sama na siebie.
Zresztą ja sama miałam cztery lata, kiedy urodził się mój brat. Rodzice budowali wtedy dom, bardzo ciężko fizycznie pracowali. Mama wspomina, jak pchałam ten wózek z bratem i co okrążenie pytałam „mamo, już? Mogę iść się bawić?”
I absolutnie nie twierdzę, że chciałabym powrotu do tych czasów, bo niewątpliwie były trudne i żal mi tych dzieci, że dorastały w tak ciężkich czasach.
Ale jedno jest pewne – że przesuwamy granicę samodzielności naszych dzieci.
Widzę to codziennie – kiedy szatnie i piaskownice pełne są rodziców.

Kochani Rodzice – nie chcę Wam mówić, co macie robić. Tylko taka maleńka rada – nie napinajcie pępowiny do granic możliwość, bo kiedy pęknie, będzie Was potwornie bolało.

Przecież przed momentem kładli mi ją na piersi i mówili „to córka, gratulacje”. Dosłownie wczoraj stała przede mną na tych chudych pajęczych nóżkach z ciężkim pieluchowym odwłokiem i robiła pierwszy wielki kroczek. Dopiero zaczęła mówić „mamo”, dopiero kołysałam ją na rękach…
Kiedy tracę ją z oczu, myślę – nie mogę uchronić cię przed światem, nie mogę zawsze trzymać cię za rękę, ale mogę puścić cię we właściwym momencie.

You may also like

18 komentarzy

    1. och, dokładnie! Ileż to razy w pracy (pracowałam w kawiarni, sprzedawałam lody) widziałam dzieci zahukane przez rodziców, strachliwe, wpatrzone w czubki swoich butów, próbowałam więc zagaić rozmowę, ośmielić, pytałam „a w jakim chcesz wafelku słoneczko? mam takie i takie… a jakie lubisz smaki?” i zanim dziecko zdążyło otworzyć usta, mamusia pędem za nie odpowiadała… czekoladowe! nie będzie mi tu wymyślać! a przecież wyraźnie kierowałam pytania do dziecka, patrząc mu w oczy. Takie zachowania ogromnie odbierają pewność siebie…

    2. Piękny tekst – masz niewatpliwy talent do ubierania myśli w słowa.
      Ja mieszkam w UK i tutaj dziecko może według prawa samo chodzić /wracać do szkoły dopiero w ostatniej klasie primary school czyli mając 10-11 lat..
      Także ja zaproeadzam moja 8latke i 6latka i będę nadal to robić jeszcze przez parę lat ..
      pozdrawiam

  1. Sara, pięknie i mądrze napisane! Choć sama póki co dzieci nie mam, przeczytałam z ogromną ciekawością. Warto brać przykład z tak mądrych rodziców, jak Ty. Brawo! 🙂 Pozdrawiam

  2. Uwielbiam.. Każdy Twój tekst! Mądra z Ciebie babeczka!
    Mój najstarszy ma 4 lata, najmłodszy 5 miesięcy.. ale już cholernie boję się tej ich przyszłej samodzielności. Chyba taka nasza rola – bać się o nich całe naszeżycie.
    „Matka płacze, ale matki zawsze płaczą” jak śpiewał Kaczmarski..

  3. Piekny tekst. I tak aktualny w mojej sytuacji. Antek ma 7 lat i nadal ‚patykowate’ nogi. Kazdego ranka na plecach prawie pusty, ale i tak ogromny plecak, a przed soba cala powalajaca tysiacem niebezpieczenstw rzeczywistosc centrum Berlina. Chodzi do drugiej klasy, sam. ‚Sam z kolega’, ale bez doroslych tak berdzo SAM!Cieszy go ta jego samodzielnosc, a mnie z jednej strony przeraza, a z drugiej napawa wielka duma. Mam swietnego syna, ktory dorasta w soim tempie. Ja sie dostosuje…

  4. Cudowny, mądry tekst. W 100% się zgadzam i niestety przyznaję, że internet i przewrażliwieni dziadkowie strasznie potrafią namącić w głowie. I niby człowiek wie, że musi pozwolić być dziecku jak najbardziej samodzielnym to zaraz słyszy słowa życzliwych i dramatyczne historie. A gdyby nie daj Boże coś się stało to „no przecież ci mówiłam”. Yhhh.

    1. Zgadzam się z Tobą, dziadkowie potrafią niestety częściej namącić niż doradzić… Oczywiście w najlepszej wierze! Wydaje mi się, że taki tekst jest również aktualny dla pokolenia wyżej.
      Saro, jesteś tak mądrą kobietą! Dzięki, że masz tego bloga:) A tak w ogóle to możesz zdradzić, kto zajął się tą fenomenalną szatą graficzną?

  5. Aż mi się łza w oku zakręciła , sama jestem mamą dwójki maluszków którzy pierwszego września pomaszerowali do żłobka i dla mnie to jest ich mały wielki samodzielny świat i chociaz z rozdartym sercem i placzem oddałam je pierwszego dnia to wiem, że to dla ich dobra:)

  6. Jesteś genialna, cudownie piszesz! Aż się popłakałam czytając ten tekst (nie pierwszy raz zresztą płaczę przy Twoich tekstach, za to pierwszy raz pisze komentarz). Zgadzam się z Tobą w 100% i choć to trudne, sama także będę próbowała tak robić! Pozdrawiam serdecznie!

  7. Czytam Twojego bloga od dwóch lat i jeszcze nigdy nie komentowałam, ale tym razem pękłam. Jesteś wspaniała. Jeszcze nigdy się tak nie popłakałam, może dlatego, że mam dwie córki i niewątpliwie tekst wzięłam mocno do siebie. Ja również boję się czarnej wołgi…

  8. Opisałaś wszystko to czym żyję na codzień :)…jestem mamą 8-latka i rezolutnej 6-latki. od roku młody sam chodzi do szkoly, sam wraca, chodzi sam do sklepu, zaczyna pomalu gotowac ( oczywiscie pod moim czujnym okiem :)) i ciesze sie ogromnie na tę jego samodzielnosć. Wyznaję zasadę ze dziecko samo wyczuwa moment kiedy jest na cos gotowe a rodzicow zadaniem jest nie przegapic tego momentu i pozwolić na bycie samodzielnym ( w granicach rozsądku ofc) . Widok dumnego dziecka, które zrobiło samo jedną z „dorosłych ” rzeczy jest niesamowity 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *