RYKOWISKO!

P1080847

Gdyby słowa były płachtą na byka, jakby brzmiały? Zastanawialiście się kiedyś nad tym?
Ja już wiem. Może odrobinę się wahałam, bo mężowskie „tam, gdzie mówiłaś, tego nie ma” też jest mocnym kandydatem w drodze do furii, ale jednak zdecydowanie wygrywa „powiem to mamie!”, wykrzyczane w sposób histeryczny. Oczywiście pojedynek jest nieuczciwy, bo dzieci mam troje, a męża jednego.

Wczesny poranek. Uwielbiam ten moment. Zanim wstaną domownicy, budzą się do życia szepty i odgłosy. Dźwięki nieuchwytne dla ludzkiego ucha za dnia. Słychać nawet parującą kawę.
Ale są wakacje. To cisza przed burzą. Na horyzoncie kłębią się gęste chmury decybelowe.
Łapczywie chłonę więc ostatnie promienie porannej błogiej afonii… I nagle jak nie pieprznie!
– Mamoooooooooooooooooooooooo!!!!!!!!!!! On mi nie chce oddać mojego czegośtam!!!
– Powiem to mamie!!!!!!!!
– Mamooooooooooooooo!!!!!!!!!!!!

Podobno w oku cyklonu jest cicho. Więc nawet nie mogę powiedzieć, że jestem w oku cyklonu. Cyklon jest w moim domu. Sama wydałam go na świat.
I choćbym nie wiem, jak bardzo się starała być super-wyluzowaną-cool-XD-matką, to nie ma bata.
W wakacje jestem jak ta zmora ze starego zamczyska – snuję się po korytarzach i jęczę, powtarzając w nieskończoność: „bądźcie ciszej i posprzątajcie”.
Wraz z dzieckiem przychodzą na świat zastępy decybeli. Cisza staje się najmocniejszą walutą. Towarem deficytowym. Niedocenianą boginią.
Podobno byli tacy, co chcieli duszę diabłu oddać za godzinę snu i pięć minut ciszy.

Jak zwykle, kiedy jestem na skraju cierpliwości i stoję nad przepaścią, do której chcę skoczyć, bo może są tam cisza i porządek, przypominają mi się moi Rodzice.
Uspokajam się wtedy, bo doprowadzały ich do szału dokładnie te same rzeczy, a przecież wyrośliśmy na całkiem fajnych ludzi, a oni nie skończyli w wariatkowie.
Ponieważ była nas piątka, wrzasków było jeszcze więcej niż obecnie w moim domu, dlatego do kanonu rodzinnych powiedzonek, przeszło słynne hasło Mamy „ryczysz jak dziki osioł na pustyni”.
Zaiste ryczeliśmy jak osły. Dzikie osły na pustyni. Ja w nieskończoność kłóciłam się z moją siostrą.
Nieustannie wybuchały konflikty między moimi braćmi. Kiedy jeden pożar gasł, wybuchał kolejny w innym miejscu.
Kiedyś Mama, tak się wściekła na chłopaków, że poszła do ich pokoju, wywaliła wszystko z szaf, szafeczek, biurek, koszyków, pudełek i pojemników. Chłopaki patrzyli na nią oniemiali (w końcu).
Kiedy skończyła robić demolkę, oznajmiła:
– A teraz proszę to wszystko posprzątać. Macie cały dzień roboty, nie znajdziecie chwili na kłótnie.
Dopiero teraz, po jakiś niespełna dwudziestu latach rozumiem też Tatę, którego zalewała krew, kiedy prowadził samochód, a my generowaliśmy spory, sprzeczki, drobne kłótnie, które owocowały wrzaskami, rękoczynami i płaczem. To, że nigdy Tata nas nie porzucił w przydrożnym rowie, uważam dziś za akt najwyższego poświęcenia.

Siadłam do komputera z dosyć pustą głową, myśląc, o czym by tu dziś napisać. Jak zwykle w sukurs przyszło mi samo życie. Do kuchni wpadło stado dzikich osłów, rycząc wniebogłosy i dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że to moje własne dzieci.
Postanowiłam więc decybele zakląć w litery.
Oto przed Wami mój subiektywny ranking domowych ryków i wrzasków.

„Mama”
Kiedy dziecko po raz pierwszy w życiu wypowiada słowo „mama”, to jeden z najbardziej poruszających rodzicielskich momentów. Przypieczętowanie najpiękniejszej z możliwych ról, jakie sobie wybraliśmy. Ocieramy wtedy łzę. Zapisujemy w pamiętniczku lub po prostu krzyczymy o tym na facebooku.
A później okazuje się, że słowo „mama” deklinuje się. Przez wszystkie przypadki emocji i sytuacji.
Moim absolutnym faworytem jest „powiem to mamie!”. Wykrzyczane zawsze w sposób histeryczny, jakby stało nad przepaścią i właśnie miało skakać, albo jakby ktoś je podpalał.
I tak jak w ciele matki, kiedy karmi piersią wytwarza się błogosławiona oksytocyna, tak zastanawia mnie, co się wytwarza w ciele matki, kiedy pada „powiem to mamie” i czy wkurw jest związkiem chemicznym?
Jest też „mamo”, ryczane w tak zwany „cały świat”.
– Mamoooo! – słyszę nagle, kiedy akurat zdążyłam się zaszyć w jakiś intymnym kąciku, żeby wydrzeć dniowi dwie strony książki.
– Mamooooo! – powtarza się głośniej.
A ja siedzę w tym kąciku i naprawdę nie chcę brać udziału w rykowisku. Przecież dzielą nas całe metry kwadratowe. Nie mogę odpowiedzieć. Muszę odwrzeszczeć:
– Tu jestem!!!!!!!!!!!!!!!! – a nie chcę wrzeszczeć.
– Mamooooooo! – w ryku wyczuwam już lekką irytację.
Nie wiem co robić. Albo wyjdę z siebie, albo wyjdę z pokoju…
– Mamooooooooooo! – irytacja przeradza się we frustrację. Wychodzę z siebie. Następnie wychodzę z pokoju.
– Tak słucham? – odpowiadam nienaturalnie spokojnym psychopatycznym tonem, od którego krok jest zaledwie do zupełnego amoku.
– Jest jeszcze wiosna, czy już lato? – słyszę.
– Winters comming – syczę w duchu przez zęby. – Już lato – mówię spokojnie, przełykając gulę szału.

Wrzaski samochodowe
Rodzic, który twierdzi, że nigdy nie marzył o szybie dźwiękoszczelnej w samochodzie, jest albo hipokrytą, albo kłamcą, albo po prostu jest głuchy.
Ja w ogóle nie wiem, o co to chodzi, że samochód stwarza tak wyborne warunki do wszelkich konfliktów. To chyba ta narzucona bezwarunkowa bliskość rodzeństwa. Bo doskonale przypominam sobie, jak siedzę obok siostry i aż świerzbią mnie wszystkie kończyny, żeby odrobinkę jej dokuczyć. Ruchem płynnym i niewidzialnym dla ludzkiego oka, przybliżam łokieć do jej łokcia. Nasze łokcie stykają się, przepływa przez nie prąd i ona eksploduje wrzaskiem.
– Przecież nic jej nie zrobiłam!! – bronię się zawczasu.
– Dotknęła mnie łokciem! – ryczy ona.
– I co z tego?! – woła Mama.
– Nie lubię, kiedy dotyka mnie łokciem!!
– Nie dotykaj jej łokciem, skoro ona tego nie lubi!! – krzyczy Mama.
– Wcale jej nie dotknęłam! – kłamię w zaparte.
Samochód zamienia się w rykowisko. Jesteśmy huraganem decybeli zatrzaśniętym w metalowym pudełku.
Dwadzieścia pięć lat później moje dzieci robią dokładnie to samo. Oto zemsta pokoleniowa. Zasłużona. Dotknie i Was Moi Milusińscy. Niech no tylko przyjdą na świat wasze dzieci. W mroku usłyszycie szyderczy chichot czarownicy. To będę ja!
Dopiero kiedy usiadłam za kółkiem, pojęłam, że jazda z kłócącymi się dziećmi jest jak proszenie Emilii Rose, żeby się uspokoiła i była cichutko.
Czasem nie wiem już sama, czy jestem kierowcą, czy egzorcystą.

Głośna egzystencja
Dzieci mają zdolność do takiej ogólnej donośnej egzystencji. A ja jestem wręcz pewna, że między moim układem nerwowym a trzaskającymi drzwiami jest jakaś niewidzialna nić.
Trochę jak z wyrywaniem zębów starą metodą na nitkę, przywiązaną do klamki. Więc oni CHLAST drzwiami, a ja czuję, że mi coś wyrwali. Cierpliwość z korzeniem.
Albo, kiedy chcą być kochani i robią nam śniadanie w weekend. Jakby orkiestra dęta przyjechała zdewastować kuchnię. W roli werbli talerze, w roli bębna garnki, w roli perkusji przykrywki.
I w zasadzie nieważne, co dzieci robią, produktem ubocznym zawsze są decybele.
Czasem mam wrażenie, że potrafią wydobyć dźwięki z rzeczy z natury niemych, jak schody, czy poduszki.

Kłótnie
W kwestii kłótni mam ochotę zrobić dokładnie to, co moja Mama pamiętnego dnia. Zrobić demolkę i kazać im sprzątać. Problem jest tylko jeden – wiem, że się pokłócą o to, kto ma co sprzątać.
A wtedy będę musiała zdemolować kolejny pokój.

Cóż mogę powiedzieć na koniec.
Dzieci nie hałasują. Dzieci napierdalają w tamburyn dnia.
I wiecie, co jest w tym wszystkim najgorsze? Że kiedy zostałam na kilka dni sama, żeby zażyć ciszy, spokoju i porządku, po godzinie uciekłam z domu, bo czułam się nieswojo. Zwiałam do przyjaciółki.
Ma troje małych dzieci.

You may also like

12 komentarzy

  1. No i ta Twoja konkluzja jest dla mnie najdziwniejsza, bo jak ja zostaję sama to nie jest mi ani trochę nieswojo. I jak ostatnio byłam 5 dni w delegacji to powrót do wrzasków bolał w uszy i w głowę.

    1. No, ja mam to samo. Dzieci kocha się najbardziej na świecie, ale też dzieci potrafią umęczyć jak nic na świecie. A ja mam wrażliwy słuch i męczy mnie nie tylko dzikie darcie, ale nawet zwykłe „brzęczenie” i nudzenie nad głową, kiedy trwa bez ustanku godzinami. Błogosławię każdą chwilę ciszy.

  2. Sara, czy Ty byłaś u mnie może? No kurde dziewczyno, jak ja doskonale wiem, o czym piszesz (cudownie zresztą jak zwykle), chociaż moje młodsze! Moje starszaki jutro ostatni dzień do przedszkola, potem się zacznie:D
    Powodzenia!

  3. Ja się też uśmiałam do łez z tym arcyważnym pytaniem dnia o porę roku 😁😁😁 A podsumowanie wpisu „rozwaliło moje nadgarstki” 😁
    Na razie mam jedno maleńkie dziecko, sama jestem jedynaczką (heh), ale wiem, że na pewno nie chcę mieć tylko jednego dziecka 🙂 Pewnie wynika to z faktu, że byłam sama, ale za każdym razem gdy jedziemy do rodziców męża, a mieszka tam też jego dorosłe rodzeństwo (sztuk 2), pękam ze śmiechu 🙂 Nawet jako dorośli ludzie się czubią, szturchają, „kablują” mamie, ale za sobą skoczyli by w ogień. I ten wieczny hałas… 😁 Zazdroszczę im tego bardzo. Dlatego wiem, że im więcej dzieci w domu, to tak na prawdę więcej radości 🙂
    Pozdrawiam Saro, Ola

  4. Saro!!! Jak ja Ci dziękuję! Już myślałam, że u mnie w domu dzieje się coś niedobrego, że moje dzieci to stwory z kosmosu… a tu się okazuje, że nie tylko ja codziennie modle się o zgodę między dziećmi i chwile ciszy, a kiedy urwisy (też w liczbie 3) wyjadą do babci po kilku chwilach szlag mnie trafia na ten nienaturalny spokój. Czytałam, jakby o sobie 🙂 Pozdrawiam!

  5. Och, jak ja to znam! Jak ja to dooobrze znam! wszystko! Słowo w słowo(a raczej krzyk w krzyk). I ta poranna cisza, która nie ma żadnych szans z nadciągającym huraganem trudnym do oszacowania rozmiarów- wiadomo tylko, że jest wielki… I te podróże samochodem…i też czuję się nie swojo kiedy tego nie ma…I co co chodzi?? A na koniec dnia jak już wszyscy (4 dzieciaków) śpią zastanawiam się o co mi chodziło? Przecież to takie słodziaki??:)

    / nas też jest 5 tylko, że same dziewczyny. Może właśnie dlatego, że podobnie wyglądało nasze dzieciństwo chcemy/pozwalamy naszym dzieciom na te wszystkie szaleństwa?Bo jak napisałaś, w końcu fajni ludzie z nas wyrośli?:) pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.