THE CONNECTION IS COMPLETE!

Zdjęcie Agnieszka Wanat

[Fot. Agnieszka Wanat]

W kuchni na parapecie stoi głośnik na bluetooth. Kiedy mój mąż wraca do domu, futurystyczny kobiecy głos zatrzaśnięty w nim, zrelaksowanym tonem informuje mnie: „The connection is complete”.
It is indeed! – odpowiadam jej zawsze w myślach i pędzę przywitać się z Panem Ferreirą, który w moim prywatnym rankingu ludzi nieustannie jest moim ulubionym człowiekiem na świecie.
Zapraszam Was do lektury – moje luźne refleksje miłosne.

***

W „Przyjaciołach” jest taki odcinek, kiedy Phoebe zaczyna randkować z nowym chłopakiem. Monika, będąca już od długiego czasu w związku, zazdrości jej tej początkowej fazy – chemii, ekscytacji, szaleństwa. Ostatecznie popada w lekki obłęd, próbując od nowa wzniecić chemiczny płomień. Kiedy w końcu Chandler pyta, co jej odbiło, ta tłumaczy mu, że chciałaby, żeby było znowu jak kiedyś- nieustające podniecenie i gorączkowa fascynacja.
Tymczasem Chandler woli obecną sytuację, kiedy wie że jest kochany, czuje się bezpiecznie i nie musi niczego udawać.
I powiem Wam, że ja przybijam mu piątkę, przypominając sobie jak panikowałam, kiedy przez cały ranek Pan Ferreira, wówczas mój przyszły jeszcze chłopak, nie wysłał mi smsa!
Och, jak bardzo jest mi dobrze, kiedy nasze karty są na stole. Nie tęsknię za związkiem chemicznym, wolę ten partnerski.


Kiedy wychodzimy robić zdjęcia często zawieramy nawet przymierze – nie będziemy się kłócić.
Oczywiście nic nie poradzę, że jakoś nie mogę dotrzymać słowa, kiedy on robi mi zdjęcie, ja na nim wyglądam jak obły karakan, a on jeszcze twierdzi, że „ślicznie wyszłam”.

Mówią, że najpierw trzeba się dobrze poznać, sprawdzić w różnych sytuacjach. Nie posłuchaliśmy. Pobraliśmy się po kilku miesiącach znajomości w szaleńczym amoku miłosnym. Reakcje były różne. Czy to aby nie pochopne?! Czy to aby na pewno miłość? Nie za młodzi? Nie za biedni?
Niedługo stuknie nam dwanaście wspólnych lat. Sądziłam, że już wszystko o nim wiem. Tymczasem schował przede mną wyjątkowo śmierdzącego trupa.
Pewnie teraz myślicie, co? Co to takiego?! Cokolwiek wymyślicie jest jeszcze gorzej.
Otóż dopiero niedawno odkryłam… że Pan Ferreira nie znosi Pink Floyd. Byłam zdruzgotana.

***

Zupełnie nie wyobrażam sobie związku, gdzie dwoje ludzi nie snuje wspólnych planów na przyszłość:
Co ugotujemy na kolację? Co obejrzymy wieczorem? Co robimy w weekend?

***

Najważniejszy składnik udanego związku? Oczywiście poczucie humoru. Acha, no i dystans. Kilogramy dystansu.
Kojarzycie to początkowe rozgorączkowanie. Pierwsze randki, pierwsze pytania. Udawanie troszkę mądrzejszego, i ciut ładniejszego…
Kiedy na przykład on pyta „widziałaś film X”? Nie wiedziałaś. I za sprawą pozornie niewinnego pytanie, wybucha w człowieku wulkan emocji – boże, jeśli powiem, że nie widziałam, to może uzna mnie za ignorantkę i nie będzie chciał dłużej rozmawiać. A jeśli skłamię, to może on będzie o tym filmie chciał podyskutować i wtedy wyjdzie na jaw, że kłamałam. Kłamliwa ignorantka! Co robić, co robić?!!
Kogo on by wybrał? Ignorantkę, czy kłamliwą ignorantkę? Czy żadnej z nas…
Tymczasem po jedenastu latach małżeństwa nie mamy już przed sobą tajemnic. I na ten przykład, Pan Ferreira, który do pewnego stopnia właściwie jest ideałem, do wachlarza swoich rozlicznych zalet nie może zakwalifikować pamięci do nazwisk aktorów i tytułów filmowych.
Tak więc nasze rozmowy o kinematografii obfitują w zaimki: „ten taki, co grał w tym takim filmie o tej takiej dziewczynie, co z tamtym takim występowała wcześniej w takim…”etc.
Początkowo z męża się nabijałam, aż wywiesił białą filmową flagę.
– Dobrze, już dobrze! Tak masz rację. Nie mam głowy do aktorów… Znam tylko trzech – westchnął zrezygnowany.
– Doprawdy? A potrafisz ich wymienić? – spytałam zaczepnie.
– Tak! Robert De Niro i Michael Jackson – odparł naburmuszony.
– To jest dwóch, a w dodatku… – zaczęłam, kiedy Pan Ferreira przerwał.
– Taaak wiem! Tylu umiem wymienić jednym tchem.
Ta historia stała się już właściwie obiegowym żartem. W międzyczasie do Roberta De Niro i Michaela Jacksona dołączyli Harrison Ford i John Travolta.
Wracam ostatnio do domu, po kilku dniach nieobecności. Mąż zdaje mi relację ze wszystkiego, co miało miejsce podczas kiedy mnie nie było:
– No i obejrzałem nowy „Grand Tour”! Jest super. W końcu zapraszają naprawdę znanych ludzi!
– Tak, a kogo zaprosili?
– Nie no bez przesady, nie wiem.


Mamy jednak niepisaną zasadę – co się powiedziało podczas sesji, zostaje na sesji. | zegarek – Kiomi/Zalando

Albo kiedy on opowiada o samochodach. Nie sądziłam, że potrafię się tak wyłączyć. Uruchamiam tryb „ przytakiwanie i patrzenie w oczy”, po czym bez wyrzutów sumienia oddaję się rozmyślaniom o świecie, życiu, jedzeniu, ubraniom….

***

W początkowej fazie związku męczące jest to duszenie się we własnym ciele. Głupio kichnąć, przypał kiedy trzeba się wysmarkać, nie daj bóg skorzystać z toalety. Albo jeszcze lepiej – skorzystać z toalety u niej/niego w domu. Czyli zapewne ciasnej kawalerce. Gdzie drzwi od kibla wychodzą wprost na łóżko. O słodka zemsto niekochanego architekta!
Kiedy więc ostatnio podczas kolacji zapytał mnie, czemu mu się tak przyglądam, bez zabawy w podchody odpowiedziałam, że dlatego że ma strasznie dużo jedzenia na twarzy i może niech się umyje, albo wytrze.
A przecież gdyby to była nasza pierwsza randka, to musiałbym iść za rękę z nim i kilogramem twarogu na jego twarzy.

***

Pewnie nie istnieje przepis na szczęśliwy związek, ale możecie spróbować mojego. Nie sądzę, żeby zaszkodził: wino, kanapa, film, koc.


I chyba wszyscy się ze mną zgodzą, że najcięższy kryzys w małżeństwie, to wtedy kiedy prosisz męża, żeby zrobił ci zdjęcie.

W każdym relacji są sytuacje nerwowe. Prawdą jest, że nic tak nie cementuje związku, jak wspólne wychodzenie z trudnych sytuacji.
I chyba wszyscy się ze mną zgodzą, że najcięższy kryzys w małżeństwie, to wtedy kiedy prosisz męża, żeby zrobił ci zdjęcie.
W żadnej innej sytuacji nie wytaczamy tak ciężkich dział i z taką łatwością nie straszymy się nowymi partnerami.
Mamy jednak niepisaną zasadę – co się powiedziało podczas sesji, zostaje na sesji. Wszystkich tych gróźb, obelg i oskarżeń nie przywozimy ze sobą do domu.
Kiedy wychodzimy robić zdjęcia często zawieramy nawet przymierze – nie będziemy się kłócić.
Oczywiście nic nie poradzę, że jakoś nie mogę dotrzymać słowa, kiedy on robi mi zdjęcie, ja na nim wyglądam jak obły karakan, a on jeszcze twierdzi, że „ślicznie wyszłam”.
Niemniej pewien splot wydarzeń sprzed kilku dni spowodował, że to ja noszę upokarzające znamię winnego.
Otóż poprosiłam męża, żeby zrobił mi „kilka zdjęć na szybko”. Pan Ferreira zawsze na tę prośbę reaguje nieco histerycznie, dostaje drgawek i na czole zaczyna skraplać mu się pot. Twierdzi, że „kilka zdjęć na szybko” to nic innego jak „w chuj zdjęć do usranej śmierci”. Ale moim zdaniem to przesada.
Zgodził się.
Zapoznałam go więc ochoczo ze swoją wizją. Pan Ferreira przyjął to z właściwym sobie entuzjazmem, który jest zjawiskiem niezauważalnym dla ludzkiego oka.
Chodziło mianowicie o to, że ja będę pozować w brzozowym zagajniku przed oknem. On zaś będzie robił zdjęcia z okna na schodach w domu. Wszytko miałam starannie zaplanowane, a nawet dokładnie pokazałam mu kadr. Oczywiście nie obyło się bez małych zgrzytów i problemów technicznych. Moja wizja okazała się ułomna i mąż musiał dołączyć do mnie w brzozowym zagajniku.
Wróciliśmy do domu. Od progu uderzył mnie hulający po nim wiatr – pan Ferreira nie zamknął okna, z którego początkowo robił mi zdjęcia. Weszłam na górę i popchnęłam ciężkie skrzydło okienne, które zamiast zamknąć się do końca, zatrzymało się gwałtownie. Usłyszałam lekki chrzęst.
Uchyliłam okno. Zobaczyłam połamane okulary korekcyjne męża. Nowiutkie. Wybierał je tygodniami. O takich marzył. Teraz stanowiły żałosną kupę szkła i złomu.
Kiedy zgrałam zdjęcia na komputer, okazało się, że żadne nie nadaje się do publikacji…

***

Nie wyobrażam sobie, że w związku mogłoby zabraknąć pikanterii. Akurat tak się złożyło, że moi rodzice zabrali dzieci do siebie. Zakradam się więc do gabinetu męża, obejmuję go i szepczę do ucha:
– Wiesz kochanie, pomyślałam, że skoro nie ma dzieci,to moglibyśmy trochę pogrzeszyć…
– Masz na myśli pizzę? – pyta rozochocony mąż.
– Bardziej myślałam o lodach, ale pizza też spoko.

***

Wczoraj przyniósł mi kwiaty.
Pierwszy raz od bardzo bardzo dawna. Zwiędły gremialnie, kiedy tylko wstawiłam je do wazonu, zupełnie, jakby zabiła je woda. Rano weszliśmy do kuchni, łebki tulipanów żałośnie dyndały nad blatem stołu.
– To te kwiaty ode mnie?! – zawołał Pan Ferreira zdruzgotany.
– Taaak – rzekłam przeciągle – czy chcesz, żebym uczyniła z nich metaforę naszej miłości?– zapytałam, dramatycznie odchylając głowę do tyłu.
– Jeśli to je uratuje, to możesz – odparł beznamiętnie.
No i cóż – ten zwiędły bukiet nie jest może najlepszą metaforą naszej miłości, jest za do doskonałą metaforą tego jak kupujemy sobie prezenty. Są zawsze nietrafione.
Bardzo długo, z uporem maniaków staraliśmy się udowodnić, że potrafimy sobie nawzajem sprawić udany prezent. Ale kiedy dwa lata temu dostałam od niego „wymarzone” okulary przeciwsłoneczne, nie potrafiłam dłużej udawać – wściekłam się, rozpłakałam i poprosiłam, żeby na własną rękę nie kupował mi nic oprócz czekoladek i wina.
Moja lista nietrafionych prezentów dla niego jest równie długa…

Zaraz Dzień Zakochanych. Część z Was będzie świętować i kupować prezenty. Część ostentacyjnie będzie bojkotować to wstrętne hamerykańskie święto.
Ja nie mam z nim problemu – każdy powód, żeby kupić wino, czekoladki i świętować jest dobry 🙂
Mam dla Was mały przewodnik prezentowy na tę okazję. Upominki zaakceptowane przez Pana Ferreirę i przeze mnie.
Polecam też Waszej uwadze przewodnik po zegarkach damskich i męskich na Zalando. Moim zdaniem, to naprawdę fajny pomysł na upominek, ale warto kupić taki, na widok którego nasza połówka się nie rozpłacze 😉

Dla niej:


1. Szal Fraas | 2. Zegarek Fossil | 3. Zegarek Kiomi | 4. Portfel Fossil Emma | 5. Portfel Fossil Ellis | 6. Zegarek Michael Kors | 7. Zegarek New Look | 8. Szal Ichi

Dla niego:

1. Szal Barbour | 2. Zegarek Skagen | 3. Zegarek Kiomi | 4. Zegarek Yourturn | 5. Portfel Calvin Klein | 6. Portfel Royal Republiq | 7. Zegarek Timex | 8. Szal Closed

[Fot. Agnieszka Wanat]
[Fot. Agnieszka Wanat]

*Wpis powstał we współpracy z Zalando.

You may also like

19 komentarzy

  1. mówisz że najcięższy kryzys w małżeństwie, to wtedy kiedy prosisz męża, żeby zrobił ci zdjęcie? to chyba o prawdziwym kryzysie nie masz pojęcia:D.Bo kiedy wiesz ze kolejny raz trzeba ogarnąć nieogarnieta tesciowa bo to matka twojego męża i masz już dosyć to az się prosi o Prawdziwy kryzs o losie mój….

    1. Ewa, ale to są Twoje problemy, które nie są winą Sary, więc takie uszczyliwosci są zwyczajnie niemiłe. Każdy ma swoje problemy – duże, małe, wielkie i ogromne, ale dla każdego co innego jest duże, wielkie i ogromne. Nie ma więc sensu obarczac ludzi swoimi żalami, tylko trzeba zacząć szukać rozwiązania i ogarnąć swoje życie. Spróbować być szczęśliwym pomimo problemów.

  2. Podobnie jak Ty, zdecydowanie jestem jak Chandler. Uwielbiam móc się stroić na wspólną randkę, ale jeszcze bardziej lubię móc leżeć obok mojego lubego w dresie, z winem i czekoladkami, oglądając film.
    Ps. Zdjęcia są zawsze cudowne, tworzycie cudowny duet fotograf-modelka. 🙂
    Pozdrawiam

  3. Kilogram twarogu na twarzy – leżę i kwiczę. Uwielbiam Cie !ps Literoweczki nam sie lekkie pojawiły w tekście 😊

  4. U nas ten sam trup. Kiedy sobie ostatnio odświeżyłam Pink Floyd, małżonek się o mało nie udusił ze śmiechu i zaczął śpiewać, komponując na bieżąco nowy, kompromitujący tekst do muzyki:D I ze zdjęciami mamy podobnie, z tą drobną różnicą, że ja wychodzę jak karłowaty tarakan. Także piąteczka!:)

  5. Uwielbiam cie ..budze sie siadam do porannej kawe .. moj pan glaszcze mnie po poliku…
    Przegladam maile. I z zainteresowaniem czytam …..

    Kocie cudownosci na weekend .💪✔

  6. Ja od lat kupujęw prezencie doświadczenie 🙂 zamiast rzeczy np.masaż, warsztaty z robienia witraży, wyjście na gokarty. Jest spory wybór, polecam!

  7. A mi się najbardziej podobał fragment o pizzy i lodach:D no, jak nic szara piękna codzienność małżeństwa z dziećmi:)

  8. Takie tulipany można jeszcze uratować – trzeba odciąć wszystkie liście przyciąć łodygi b. ostrym nożykiem i od razy włożyć do wody + aspiryna.
    Hmmm. chyba napisałam metaforyczny przepis na ratowanie związku 😉 ?
    a przy okazji – jeden z moich ulubionych blogów – doceniam to ze nawet post sponsorowany jest u pani małym dzielkiem literackim.

  9. Pizza i lody 😀 Jesteście boscy! Sama dochodzę ostatnio do wniosku, że z małżeństwem jest jak z winem – po latach jest coraz lepsze!

  10. No i pozbawiłaś mnie wszelkich argumentów pt. „Kochanie, ale to tylko kilka fotek. Zajmie chwilkę”. Mężowi kazałam przeczytać jako sytuacja alter-ego z naszych kulisów sesji foto. On to wziął za alibi! 😀 Uściski!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.