BŁYSKAWICZNA METAMORFOZA BIURKA LOLKA!

Bywa, że upolujesz coś fajnego na promocji, to jest przyjemne. Mam nawet uzależnioną od promocji przyjaciółkę, która nie mówi, ile zapłaciła, tylko ile ZAOSZCZĘDZIŁA. „Nie uwierzysz! Spójrz na te buty! Wiesz ile zaoszczędziłam? Trzysta złotych!”
I ona nie dość, że kupuje, to jeszcze oszczędza, spryciula!
Bywa też, że kupisz coś extra z drugiej ręki i o matko, ile to daje frajdy.
Jednak najwięcej satysfakcji, niemal dzikiej rozkoszy daje zdobycie czegoś nietuzinkowego całkiem za darmo.
Kiedy zaś wyciągasz niechciany mebel ze śmietnikowej niedoli, to zaprawdę powiadam Wam, robisz bardzo dobry uczynek.
Sromotny śmietnikowy żywot wiódł mój żółty fotel. Zapewne nie spodziewał się, że czeka na niego jakieś lepsze jutro. Tymczasem przyszło mu piastować naczelny urząd w naszym salonie, został gwiazdą instgrama i wszystko wydawało się bajkowe, dopóki kot nie uznał, że ukoronuje go swoimi odchodami.
Takimi właśnie meblami, skazanym na smutną starość, były wszystkie trzy biurka moich dzieci.
Biurko Maryni, znalezione na olx, od lat stało w jakimś garażu. Kiedy po nie przyjechałam, właściciel nie mógł go znaleźć wśród sterty garażowych rupieci.
Biurko Sofijki upchnięte było gdzieś pomiędzy wartościowymi meblami na kiermaszu staroci, a jego jedyną ozdobą była pomarańczowa nalepka z ceną „30”.
Biurko Lolka natomiast nawet nie było na sprzedaż. Historia do złudzenia przypomina tę naszej ławy w salonie, kiedy to pan chciał mi prawie dopłacić za „zabranie już tego dziada, co mu miejsce w sklepie zabiera”.
Otóż przechadzałam się po kiermaszu Emaus, kiedy dostrzegłam biurko. Raczej szkaradne. Zdecydowanie stare. Ale porządne.
Mam taką skłonność, z którą walczę, że jak już zobaczę, że mebel jest dobrej jakości, to zaczynam mu przypisywać całą masę zalet, żeby mieć wytłumaczenie, czemu przywlekałam do domu brzydkie koromysło.
To zazwyczaj są argumenty dla męża, który patrzy na przedmioty zupełnie innymi oczami i nieraz te oczy mówią: „na litość boską kobieto, czy ty zamierzasz przygarnąć wszystkie niechciane meble świata?!”
Kiedy więc wyliczyłam już wszystkie zalety biurka, górujące nad jego powłoką zewnętrzną i zapadała decyzja „kupuję”, idę do kasy, a pan do mnie, że „dzie tam, to nie na sprzedaż! To taki sklepowy mebel, co na nim układamy inne, bo przecież, kto by to kupił?” – i patrzy na biurko z pogardą.
– Jak to kto? Matka Teresa branży meblowej, czyli ja!
Pan pobrał ode mnie symboliczną kwotę, żeby nie było, że dostałam od niego biurko w prezencie.
Teraz już tylko czekała mnie potyczka z groźnym wzrokiem męża.
Na szczęście ostatnimi czasy, mężowskie oczy patrzą na mnie łagodniej, bo efekt przeważnie go zaskakuje. Mówi wtedy „no dobra, powiem ci prawdę, nie dawałem tej szafce szans, jestem w szoku”.
I tak sobie myślę, że może on tylko tak gra srogiego, a w środku go skręca z ciekawości, czy i tym razem wybrnę.
Ja jednak, przywlekłszy do domu biurko, wiedziałam swoje. Mianowicie, że mebel ten wymaga zaledwie maleńkiej kosmetycznej interwencji. Żadnego szlifowana, pylenia, malowania całymi dniami itd.
Otóż cały urok odbierały mu pomarańczowe zniszczone ranty. Dodatkowo zupełnie nie grało mi to zestawienie kolorystyczne. Poza tym pomarańcz nijak nie pasował do biało-niebieskiego pokoju Lolka.
Wystarczyło ranty przemalować na biało i voila!
Chyba jeszcze nigdy żadna metamorfoza mebla, którą wykonywałam, nie była tak błyskawiczna i efektowna jednocześnie.
Ranty malowałam sprayem w pokoju Lolka. To jest do zrobienia o ile macie wprawę, inaczej cały pokój ubabracie farbą, więc ostrzegam, nie róbcie tego w domu!
Lampka, którą widzicie, również została potraktowana sprayem, ale czerwonym.
Powiem Wam szczerze, że kiedy myślę, co sprawia mi taką absolutną radość i daje satysfakcję od początku do końca, to właśnie zabawy z meblami, drobne remonty, urządzanie.
Pomyślałam nawet, że mogę zrobić taki mały sklepik internetowy z meblami, które zyskały nowe życie, bo u nas zaczyna brakować miejsca.
To nie żaden wielki biznesplan, raczej sklep z marzeniami.

I tak oto po niespełna czterech latach od przeprowadzki, pokoje dzieci są gotowe. Pokój Lolka w pełnej odsłonie zobaczycie na blogu w czerwcu.
Uważam, że są piękne, odzwierciedlają osobowości moich dzieci, są ponadczasowe, oryginalne i w dużej mierze urządzone z rzeczy z drugiej ręki, z czego jestem naprawdę dumna.
Kosztowały nas sporo pracy, ale dzięki temu nie przestają cieszyć.
Mam wrażenie, że ukoronowaniem prac jest zawsze powieszenie czegoś na ścianach. Zdjęć, plakatów, obrazów. Dla mnie to jakby pieczątka „gotowe”. Uwielbiam ten moment, zwłaszcza że to drobiazg, który tak bardzo dodaje charakteru.
Przyznam, że postanowiłam sobie mocno, że dzieci wybiorą plakaty same i nie będę w żaden sposób ingerować, nawet jeśli uznam ich wybory za niedorzeczne.
Na szczęście zaskoczyli mnie bardzo pozytywnie. Lolek postawił na akcenty biało-czarne. Miał klarowny plan – mają być auto, lew i planeta.
Sofia zdecydowała się na mały zwierzyniec. Nie pozwoliłam jej na żywego konia na tarasie i okazało się, że ten z plakatu ją w pełni satysfakcjonuje.
A Marynia wybrała nad biurko plakat, o którym ja marzę od dawna. Mogę na niego patrzeć w nieskończoność.
Jeśli Wy planujecie zakup plakatów, to mam dla Was kod zniżkowy do DESENIO.
Na hasło MISSFERREIRA30 dostaniecie aż 30% zniżki na plakaty!
Kod jest ważny tylko do soboty 30 maja 2020, więc spieszcie się.
Po więcej inspiracji zajrzyjcie na profil DESENIO.
Promocja obejmuje wszystkie plakaty z wyłączeniem ramek i plakatów z kategorii Handpicked/Collaborations /Personalizowane.





BIURKO MARYNI


BIURKO SOFII



Wpis powstał we współpracy z Desenio.

You may also like

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.