CO PANI ĆWICZY? CZYLI MÓJ SUBIEKTYWNY PORADNIK SPORTOWY „MAŁY WYSIŁEK, DUŻY EFEKT”

Ostatnio prowadzę bujne życie urzędowe. To jest to przygoda z pogranicza egzotyki i absurdu. Istna odyseja geograficzna. Kiedy pani w urzędzie pyta mnie, czy Brazylia jest w Unii Europejskiej, a ja oczami wyobraźni widzę, jak kawał południowoamerykańskiego lądu, odrywa się i dziarsko pokonuje ocean, żeby zawrzeć sakramentalny związek gospodarczo-polityczny z Europą. I ostatecznie zgodnie z prawdą odpowiadam, że jeszcze nie.
Od pewnego czasu urzędy traktuję, jako doskonałą alternatywę, czy nawet konkurencję dla mojego ukochanego Monty Pythona.
Wyobraźcie więc sobie, że niedawno wzięłam udział w naprawdę zabawnym skeczu urzędowym. Zostałam obsadzona w roli petentki załatwiającej „sprawy”. Oto więc wchodzę do pokoju numer „x”, gdzie za biurkiem siedzi pan:
– O, a tutaj wyczytałem, że prowadzi pani bloga – mówi urzędnik, wertując moje papiery.
– Owszem.
– A o czym, jeśli można zapytać?
– No właściwie modowy – odpowiadam z wahaniem, czując, że zaraz zostanę wrzucona do szuflady z ubraniami, z której trudno się wydostać.
– A można to zobaczyć w internecie?
– Jak najbardziej, bez internetu byłoby trudno.
Następuję ten moment, kiedy muszę wypowiedzieć nazwę bloga, wytłumaczyć, że „miss” to nie od „miss piękności”, tylko że chodziło o to, że „miss”, bo panna, a nie pani, ale oczywiście jednocześnie pani, bo jak najbardziej jestem zamężna i bez sensu, że ja to w ogóle mówię, bo teraz już jestem w szufladzie z ubraniami i wariatami. I tylko tyle dobrego, że akurat urzędnik wie, że „Ferreira” to nazwisko, a nie jakiś z dupy pseudonim rodem z szuflady: „ubrania, wariaci, kosmopolici”.
Tak więc pan za biurkiem odkrywa mojego bloga, widzę jak dziarsko scrolluje, co chwilę mówiąc: „no naprawdę, bardzo ładne zdjęcia”. Wierzę mu na słowo, chociaż monitor jest tyłem do mnie i mam nadzieję, że naprawdę ogląda mojego bloga, bo jak sobie wpiszecie w wyszukiwarkę „Ferreira” to wyskakują różne rzeczy i nie wszystkie są ładne i przyzwoite.
I nagle pan urzędnik, na potwierdzenie moich wątpliwości mówi:
– No widać, że dużo pani ćwiczy. Można wiedzieć co? Ja też się zapisałem na siłownię.
Przeskakuję na drugą stronę biurka zwinnie niczym brazylijski dziki kot i co widzę na monitorze? Siebie samą, stojącą przed urzędnikiem w bikini w cytrynki.
Kurtyna.

#Co ćwiczę
I gdyby to naprawdę był Monty Python to pewnie musiałabym stanąć przed komisją, która policzyłaby moje mięśnie, a następnie zakwalifikowała do odpowiedniej szuflady.
Wróćmy jednak do zasadniczego pytania pana urzędnika, co ćwiczę?
Otóż trening zaczynam wczesnym rankiem od szybkiej rozgrzewki w kuchni, polegającej skłonach i przysiadach, podczas wypakowywania zmywarki. Ponieważ zależy mi na brazylijskich krągłościach, sporo czasu poświęcam dolnym partiom ciała. Rekomenduję więc squaty podczas robienia prania oraz bieganie po schodach wte i we wte.
Jeśli chodzi o bicepsy to w zależności od efektu na jakim Wam zależy, polecam trzy podstawowe ćwiczenia: odkurzanie, zamiatanie, mop-ups.
Dla zaawansowanych i spragnionych mięśni – mycie okien. Ja zauważyłam ostatnio w moich bicepsach ubytki i mam ambitny plan umyć okna nawet od zewnątrz!

#Co ćwiczę tak naprawdę
Żarty żartami, a teraz serio. Często pytacie mnie co ćwiczę i to jest bardzo miłe.
Odkąd pamiętam zawsze bardzo lubiłam ćwiczyć w domu. Dwa lata temu zapisałam się na siłownię i szybko zrezygnowałam, bo pochłaniało to zbyt dużo czasu. Potem był epizod z bieganiem, nawet sądziłam, że złapię bakcyla, ale po dwóch miesiącach zaczęły pobolewać mnie kolana.
Dokładnie rok temu odkryłam trening idealny dla mnie.
Zawsze sądziłam, że dbanie o sylwetkę, czy po prostu uprawnianie aktywnego trybu życia, wiąże się z jakimś dyskomfortem. Na pewno każdy z Was tego doświadczył „o niee, znowu trening/ bieganie/ fitness”. I przeważnie było tak, że kiedy już ćwiczyłam, czułam się fajnie. A po, to już całkiem – endorfinowa euforia. Ale chyba nigdy nie zdarzyło mi się czekać z ekscytacją na kolejny trening.
Tymczasem rok temu, przygarnęliśmy błąkającego się po wsi psa, który stał się moim trenerem personalnym 😀

#Chodzenie
Najpierw chodziłam z Ferą na te spacery lekko poirytowana, że oto przybyło mi w życiu obowiązków. Aż któregoś dnia doznałam olśnienia: „ciągle narzekam, że nie mam kiedy ćwiczyć, a przecież mogę z tych spacerów zrobić swój trening!”
Tak też się stało. Codziennie zabieram psa na godzinny bardzo intensywny spacer (robimy od 5 do 7 kilometrów). Uwielbiam to.
Gdzieś przeczytałam, że chodzenie to w ogóle bardzo zdrowa dyscyplina sportu, nie obciążająca organizmu.

#Ćwiczenia w domu
Ćwiczyć najbardziej lubię w domu. Tak było zawsze i moje epizody z siłownią tylko to potwierdziły. W domu mogę sobie być pokraką, mogę wyglądać jak czupiradło, a nawet mogę kliknąć spację jak już mi się nie chce. Trenerki fitness, udostępniające swoje treningi w sieci, uważam za błogosławieństwo!
Zawsze wybieram filmy krótkie, najchętniej takie do 20 minut. Tak oto moja najlepszą koleżanką od fitnessu internetowego została Mel B. A jej 10 minutowy trening pośladków jest moim absolutnym faworytem w kategorii „duży efekt, mały wysiłek”. I jednocześnie jednym z niewielu, od którego nie puchną uda! (czy tylko moje uda tak szybko nabierają masy mięśniowej, której akurat tam nie potrzebuję w nadmiarze?!)

#Plank
Na odkrycie roku w kategorii „dlaczego ja o tym nie wiedziałam wcześniej”, zasługuje deska, czyli popularny „plank”. Pierwszy był mój mąż, który niestrudzenie wykonywał deskę, co dla mnie, jako rodzinnego dowcipnisia, było oczywiście wybornym tematem do żartów i kpin: „oo, kochanie, może zawołam dzieci żeby na tobie posiedziały, a jak cię połaskoczę to też będziesz taki twardy? Uważaj, żeby ci twarz nie pękła przypadkiem”. Jak widać mój mąż ćwiczył przede wszystkim cierpliwość do mnie. Po miesiącu jednak zaczęłam zazdrościć mu brzucha…
I zamiast się nabijać, dołączyłam do niego w tych nierównych zawodach „komu pierwszemu pęknie twarz”.
Do tej pory najbardziej lubiłam ćwiczyć brzuch z Mel B, ale okazało się, że „plank” przyniósł zdecydowanie lepsze efekty. Dodatkowo okazało, że podobnie jak chodzenie, „deska” to ćwiczenie dobre dla ciała, angażujące wiele mięśni, w tym mięśnie pleców.

Kochani zabrzmi to banalnie, ale cóż – nie lubię ćwiczeń, których nie lubię i uważam, że nie ma co się forsować. To oczywiste, że aktywność fizyczna jest niezbędna, przede wszystkim dla zdrowia, ale myślę, że można znaleźć coś co sprawia frajdę.
W moim przypadku to aktywność na świeżym powietrzu, 2-3 razy w tygodniu ćwiczenia z internetowymi trenerkami i obowiązkowo plank, który zazwyczaj wykonuję wieczorem podczas oglądania filmu, albo w ramach przerwy od pisania.
Myślę też, że często popełniamy błąd strategiczny w planowaniu aktywności. Wyobrażamy sobie, że oto trzeba przewrócić życie do góry nogami, kupić karnet na siłownię i wylewać z siebie siódme poty. W efekcie odkładamy ten dzień na później, ostatecznie siedzimy na dupie.
Tymczasem wystarczy niewiele – spacer – w samotności, z psem, z dziećmi, schody zamiast windy, 10 minut z internetową trenerką, rower zamiast samochodu (oczywiście jeśli jest taka możliwość). I od razu człowiek czuje się lepiej.
Uważam, że nie trzeba robić w życiu rewolucji sportowej, a raczej wpleść aktywność w to, co i tak już robimy.

Jeśli trudno Wam zacząć, podrzucam kilka filmów: moją ukochaną Mel B., dlaczego warto robić „deskę” i ćwiczenia z jogi dla początkujących (czyli takich jak ja 😀 ):

Nie obawiajcie się, nie zostałam fit-blogerką, nadal jestem szafiarką i wygodnie mi w szufladzie „ubrania”. Przygotowałam dla Was kilka sportowych outfitów, jeśli podczas aktywności fizycznej nie lubicie wyglądać, jak łachudry. Ja długo uważałam, że to nie ma znaczenia, a jednak widzę, że wystarczy, że mam na sobie legginsy i od razu jestem efektywniejsza.


1. Biustonosz Only Play 2. Legginsy Even & Odd active 3. Top Onzie


4. Biustonosz Only Play 5. Legginsy Even&Odd active 6. Top Even&Odd active


7. Bluza z kapturem Twin Tip 8. Legginsy [email protected] active 9. Top Even&Odd active


10. Bluza Blogger 11. Legginsy Even&Odd active

*wpis powstał we współpracy z Zalando

You may also like

19 komentarzy

    1. Rosnące uda to mój wielki ból tyłka! I jeszcze wszystkie fitstronki robią z człowieka wariata, że niby „kobietom bez diety nie urośnie”. Tralalala, mnie rosną!
      Mel B znałam, jakby się ktoś zechciał podzielić jeszcze jakimś treningiem, to byłoby super. Niestety FitnessBlender ma mnóstwo przysiadów, co mi nie do końca odpowiada.
      O właśnie, Saro – dlaczego zarzuciłaś Kelli i Daniela? Pytam z ciekawości, bo pamietam, że to dzięki Tobie odkryłam ich stronę.

  1. Świetne legginsy w fajnej cenie! 😉 I tu nasuwa się pytanie: wygodnie się w nich ćwiczy? Nie zsuwają się? Nie prześwitują?

  2. Ha!!! Muszę Ci powiedzieć Saro, że sportem domowym zaraziłaś mnie Ty właśnie. Po urodzeniu Hani długo ćwiczyłam Fitness Blender :).
    Teraz ćwiczę z Kaylą Itsines… och ta to daje popalić ;)… i jak nie pada, wracam z pracy na piechotkę :)!!!

    Dziś zaraziłaś mnie deską. Robię to ćwiczenie, ale niezbyt regularnie. Pogonię też Miśka, coby mi towarzyszył w tym ćwiczeniu :D!!!
    Pozdrawiam serdecznie :)!!!

  3. Te uda to wcale nie mięśnie, ktore rosną. One sie raczej zwijają od wysiłku i stąd ten efekt. Polecam rolowanie nóg po treningu i od razu będą smuklejsze, zwlaszcza boki ud i czesc tuz nad kolanami;)

  4. Fajny wpis:) o i świetnie wyglądasz 🙂 Ja całą wiosnę i początek wakacji ćwiczyłam „skalpel” przy równoczesnej zmianie diety. Bez szaleństw, zrezygnowałam z glutenu i słodyczy, a po około tygodniowej depresji spowodowanej brakiem cukru wyszłam na prostą i dałam radę. Wyglądałam naprawdę dobrze ale niestety wraz z przeminięciem wakacji przeminęła moja motywacja. Najpierw odpuściłam jeden trening bo okres, potem kolejny bo ból głowy, potem byliśmy na wakacjach bla bla bla i tak się rozlazło 🙁 Do tego wciąż jestem sama z dzieckiem, wieczorami chcę umrzeć a nie jeszcze ćwiczyć coś poza zmywaniem, praniem, sprzątaniem i prasowaniem…Póki co nie utyłam ale nie wyglądam już tak dobrze jak w czerwcu 😉 Faktem jest że zmieniłam dietę i wprowadziłam treningi nie z potrzeby prowadzenia zdrowego trybu życia lecz z próżności, a ponoć to najgorszy błąd. Zazdroszczę Ci samozaparcia i tego, że czerpiesz z ruchu przyjemność, ja zawsze brzydziłam się sportem :)))) dlatego Ty wyglądasz tak dobrze a ja tu biadolę. Pozdrawiam ciepło.
    Ps. rzęsy też sztos 🙂

  5. Ja już nie mogę się doczekać, jak wrócę do ćwiczeń, tymczasem jeszcze dochodzę do siebie po porodzie:) Też najbardziej mi pasują domowe treningi, odchodzą te wszystkie dojazdy, powroty itp. I ja ćwiczę w biustonoszu sportowym i gaciach po prostu:D jest mi totalnie obojętne jak wyglądam.
    Bardzo pasuje mi Chodakowska, czasem tylko wyłączam głos;)
    A z serii mały wysiłek, duży efekt, bardzo polecam hula-hop!
    A urzędowe przygody przeurocze:D:D

  6. Świetny tekst! 🙂 Muszę spróbować tej deski, bo już przy poście z bikini w cytrynki mnie zaintrygowałaś.

    Co do ciuchów, to doszłam do tego, ze ważne tylko by były wygodne, gdyż u mnie przynajmniej kończy się tym, ze poranną jogę ćwiczę w piżamie, a na biegi z sąsiadką wychodzę w tym, w czym akurat jestem, czyli zwykle legginsy i t-shirt. Na okoliczność lata zakupiłam sobie piękny sportowy tank top, cóż, kiedy akurat całe lato zajęć jogi nie było, a pobiegać nie miałam czasu. Ostatnio się spostrzegłam, ze poza przymiarka nie miałam go na sobie ani razu!

    A poza tym – świetny pieseł 😀

  7. Aaaaa….przeczytałam i wczoraj wieczorem zaczęłam z nudów ćwiczyć:-) najpierw pośladki z Mel B,, potem plank i wykończyłam jogą ….było świetnie, dziś zamierzam powtórzyć, lepsze to niż siedzenie przed tv.
    ps. też chcę takiego psa:-)

  8. Wyglądasz super! Zazdroszczę figury! Ja też lubię ćwiczyć w domu, zaczynałam od Ewy Chodakowskiej, kolegowałam się też z Mel B, potem trafiłam na Shauna T. Zrobiłam program Focus T 25, polegający na codziennych ćwiczeniach o wysokiej intensywności przez 25 minut. Przyznam, że z efektów byłam bardzo zadowolona – systematycznie poprawiała się moja kondycja, siła, gibkość i wygląd. Ale Shaun to nie jest słodka Ewa, to bardziej kat-morderca, pot leje się strumieniami i masz ochotę krzyczeć do telewizora. Teraz ćwiczę z Martą Henning, którą jako pierwszy odnalazł w sieci mój mąż! Polecam.

  9. Wyglądasz super! Zazdroszczę figury! Ja też lubię ćwiczyć w domu, zaczynałam od Ewy Chodakowskiej, kolegowałam się też z Mel B, potem trafiłam na Shauna T. Zrobiłam program Focus T 25, polegający na codziennych ćwiczeniach o wysokiej intensywności przez 25 minut. Przyznam, że z efektów byłam bardzo zadowolona – systematycznie poprawiała się moja kondycja, siła, gibkość i wygląd. Ale Shaun to nie jest słodka Ewa, to bardziej kat-morderca, pot leje się strumieniami i masz ochotę krzyczeć do telewizora. Teraz ćwiczę z Martą Henning, którą jako pierwszy odnalazł w sieci mój mąż! Polecam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.