„OSZAŁAMIAJĄCE DNI LETNIE”.

To było wczoraj. Obudziłam się rano. Lato wlewało się do pokoju tym gęstym, mdłym światłem, które tak kocham. To światło oblepia firanki i do niego lgną rozedrgane cząsteczki kurzu.
Byłam smutna, bo dzień wcześniej Lato rozmyło się w lodowatej jesiennej brei, jakby chciało mnie przyzwyczaić do tego, co nieuchronnie nadejdzie.
Poszłam na spacer. Pola spowijał dziwny spokój. Wieczny odpoczynek po tym nieludzko suchym czasie, gdy ziemia tylko pękła, nie wypuszczając ze szczelin ani pędu. Gdzie indziej młode zboża wzeszły i natychmiast obumarły, rażone słoneczną gorączką. Ich niewykształcone wątłe kończyny, leżały teraz przede mną, niedbale pogrzebane ostrzem pługu.
Przede mną szło Lato w welonie z nawłoci, rzucając mi pod nogi nadgniłe papierówki. Coś we mnie łkało. Szłam, szukając po polach rozsianych słów, żebym mogła to Lato jakoś opisać. Nic jednak nie wzeszło.
Wróciłam do domu. Na firankach zalegało to samo światło co rano, nieco jednak gęstsze. Rozlewało się po podłodze, wpełzając do szczelin. Kiełkował we mnie smutek. Bezwiednie zaczęłam porządkować książki. Nagle z jednej z nich wysypały się litery, których szukałam bezskutecznie tam na polach. Lato ze Sklepów Cynamonowych Brunona Schulza:

„W lipcu ojciec mój wyjeżdżał do wód i zostawiał mnie z matką i starszym bratem na pastwę białych od żaru i oszołamiających dni letnich. Wertowaliśmy, odurzeni światłem, w tej wielkiej księdze wakacji, której wszystkie karty pałały od blasku i miały na dnie słodki do omdlenia miąższ złotych gruszek.

Adela wracała w świetliste poranki, jak Pomona z ognia dnia rozżagwionego, wysypując z koszyka barwną urodę słońca – lśniące, pełne wody pod przejrzystą skórką czereśnie, tajemnicze, czarne wiśnie, których woń przekraczała to, co ziszczało się w smaku; morele, w których miąższu złotym był rdzeń długich popołudni; a obok tej czystej poezji owoców wyładowywała nabrzmiałe siłą i pożywnością płaty mięsa z klawiaturą żeber cielęcych, wodorosty jarzyn, niby zabite głowonogi i meduzy – surowy materiał obiadu o smaku jeszcze nie uformowanym i jałowym, wegetatywne i telluryczne ingrediencje obiadu o zapachu dzikim i polnym.

Przez ciemne mieszkanie na pierwszym piętrze kamienicy w rynku przechodziło co dzień na wskroś całe wielkie lato: cisza drgających słojów powietrznych, kwadraty blasku śniące żarliwy swój sen na podłodze; melodia katarynki, dobyta z najgłębszej złotej żyły dnia; dwa, trzy takty refrenu, granego gdzieś na fortepianie, wciąż na nowo, mdlejące w słońcu na białych trotuarach, zagubione w ogniu dnia głębokiego. Po sprzątaniu Adela zapuszczała cień na pokoje, zasuwając płócienne story. Wtedy barwy schodziły o oktawę głębiej, pokój napełniał się cieniem, jakby pogrążony w światło głębi morskiej, jeszcze mętniej odbity w zielonych zwierciadłach, a cały upał dnia oddychał na storach, lekko falujących od marzeń południowej godziny.

W sobotnie popołudnia wychodziłem z matką na spacer. Z półmroku sieni wstępowało się od razu w słoneczną kąpiel dnia. Przechodnie, brodząc w złocie, mieli oczy zmrużone od żaru, jakby zalepione miodem, a podciągnięta górna warga odsłaniała im dziąsła i zęby. I wszyscy brodzący w tym dniu złocistym mieli ów grymas skwaru, jak gdyby słońce nałożyło swym wyznawcom jedną i tę samą maskę – złotą maskę bractwa słonecznego; i wszyscy, którzy szli dziś ulicami, spotykali się, mijali, starcy i młodzi, dzieci i kobiety, pozdrawiali się w przejściu tą maską, namalowaną grubą, złotą farbą na twarzy, szczerzyli do siebie ten grymas bakchiczny – barbarzyńską maskę kultu pogańskiego.

Rynek był pusty i żółty od żaru, wymieciony z kurzu gorącymi wiatrami, jak biblijna pustynia. Cierniste akacje, wyrosłe z pustki żółtego placu, kipiały nad nim jasnym listowiem, bukietami szlachetnie uczłonkowanych filigranów zielonych, jak drzewa na starych gobelinach. Zdawało się, że te drzewa afektują wicher, wzburzając teatralnie swe korony, ażeby w patetycznych przegięciach ukazać wytwomość wachlarzy listnych o srebrzystym podbrzuszu, jak futra szlachetnych lisic. Stare domy, polerowane wiatrami wielu dni, zabawiały się refleksami wielkiej atmosfery, echami, wspomnieniami barw, rozproszonymi w głębi kolorowej pogody. Zdawało się, że całe generacje dni letnich (jak cierpliwi sztukatorzy, obijający stare fasady z pleśni tynku) obtłukiwały kłamliwą glazurę, wydobywając z dnia na dzień wyraźniej prawdziwe oblicze domów, fizjonomię losu i życia, które formowało je od wewnątrz. Teraz okna, oślepione blaskiem pustego placu, spały; balkony wyznawały niebu swą pustkę; otwarte sienie pachniały chłodem i winem.”



koszula – h&m %
spodnie – zara %
pasek – lumpeks
okulary – Ray Ban

You may also like

10 komentarzy

  1. Boze jak ‚ja kocham Schulza, jego jezyk jest tak soczysty i zywy jak lato.Nikt nie potrafi w ten sposob karmic i dopieszczac literacko.Bravo za cytat.Uwielbiam Twojego bloga coraz bardziej.Pozdrawiam z Paryza
    Aleksandra

  2. Sklepy cynamonowe muszę przeczytać, aż wstyd, że taki klasyk jeszcze nie został przeze mnie „pochłonięty”, ale to może dlatego, że teraz właśnie do innych klasyków wróciłam- połykam od nowa wspomnienie mojego dzieciństwa, gdzie opisy pór roku były równie piękne, Mówię oczywiście o Ani z Zielonego Wzgórza – eh jakie to jest uroczę dziewczę. W ciągu tygodnia udało mi się przeczytać aż 4 części i jestem teraz na „Wymarzony dom Ani” – niestety cierpi na tym moja kondycja fizyczna, bo zamiast jeździć do pracy rowerem, jeżdżę autobusem, no bo na rowerze trochę trudno byłoby czytać…

    Zdjęcia Twoje jak zwykle są piękne, słowa niczym mówione językiem fiołków (tak by Ania powiedziała!) więc jak zwykle przyjemnie spędza się u Ciebie czas Pani Fereiro. Napisz żesz w końcu tę książkę, ile możemy się prosić!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.