PRZEPROWADZKA NA WIEŚ – TRZY LATA PÓŹNEJ

Jest 22. Noc jest ciepła, upał wsiąkł w trawnik. Siedzę na tarasie, z jednej strony mruczy kot, z drugiej czuwa pies. W ciszy słychać tylko stukanie klawiatury i cykanie świerszczy.
Nie wyobrażam sobie innego miejsca na ziemi. Jestem tu bezpieczna i szczęśliwa. Mówię o nim „mój skrawek planety”.
Pamiętam jednak wszystkie moje wątpliwości i rozumiem Wasze.
Nieustannie pytacie mnie, czy przeprowadzać się na wieś, czy budować dom.
Nie wiem. Opowiem Wam, jak to wyglądało u nas. Minęły prawie trzy lata.

DECYZJA O PRZEPROWADZCE
Już o tym pisałam na blogu, ale przypomnę dla tych, którzy czytają po raz pierwszy – zanim postanowiliśmy się wyprowadzić poza miasto, mieszkaliśmy w samym centrum Lublina.
W magicznym miejscu, bo otoczeni zielenią, niby blisko miejskiego zgiełku, ale w cichym zakątku.
Dzieci miały blisko do szkoły i przedszkola, mąż moment do pracy, ja nie potrzebowałam nawet prawa jazdy, bo wszystko mogłam załatwić piechotą i na rowerze.
Marzyło nam się, żeby to mieszkanie kupić, ale nie było na sprzedaż. I chyba całe szczęście, bo wiodłabym dziś całkiem inny żywot, nigdy nie wprosiłaby się do naszego życia Fera, nigdy nie poznałabym moich pól, lasów i rzeki i może nigdy nie zrozumiałabym, kiedy jestem tak naprawdę szczęśliwa.
Zwyczajnie nie było nas stać na żadną nieruchomość blisko centrum, tak jak sobie wymarzyliśmy.
A kiedy porównaliśmy ceny domów na wsiach i mieszkań w mieście, zadecydował już tylko zdrowy rozsądek.

KREDYT I UCZUCIE ROZCZAROWANA
Do dziś uważam, że gorszy od wpadek budowlano-remontowych jest cyrograf z bankiem.
Przypomina to nieco podpisywanie wyroku na samego siebie. Ulgę przynosiły mi słowa mojego brata, który mówił „daj spokój Sara, wszyscy biorą kredyty”. To może głupie, ale było mi raźniej. Biorą i dają radę – ja też dam.
Zabawne, bo dosłownie dwa lata później mój brat też brał kredyt i teraz to ja poklepywałam go po ramieniu, mówiąc „daj spokój Kubuś, wszyscy biorą kredyty, zobacz, dajemy radę”.
Ponieważ dom był moim marzeniem, spodziewałam się raczej, że zwariuję ze szczęścia, tymczasem miałam wrażenie, że rozpadnę się na kawałki. Nie chciałam mówić dzieciom i mężowi, że może to był błąd, że tęsknię za miastem, że jakoś zupełnie tego nie widzę.
Jednocześnie doskonale pamiętam pierwszą kawę w naszym domu i pierwsze kwiaty w wazonie, to było cudowne. Dygotałam z emocji.
I tak bym określiła przeprowadzkę na nowe – dygotanie z emocji, jest w tym coś z szaleństwa hormonalnego po porodzie. Śmiech przez łzy. Koniec i początek świata jednocześnie.

NASZE MIEJSCE NA ZIEMI
Miłość do domu rodziła się powoli i w bólach. Nieustanny niepokój, wpadki, awarie, niepewność czy dobrze zrobiliśmy, brak pieniędzy, a nawet brak mebli, dobijały nas.
Kiedy zaczęło się to zmieniać? Chyba z nadejściem wiosny, bo czas na przeprowadzkę też nie był najlepszy – październik. Zaraz czarna listopadowa dupa. Znikąd nadziei.
Najjaśniej światełko w tunelu błyszczało, kiedy przyjeżdżali ludzie na weekendy. W końcu było miejsce, żeby wszystkich pomieścić, od piątku do niedzieli problemy się kurczyły. Chodziliśmy na spacery, odkrywaliśmy okolicę. Z czasem pojawiło się kino domowe, które do dziś uważam za jedną z naszych lepszych życiowych decyzji w ogóle.
Prawdziwa ulga przyszła we wrześniu, kiedy wszystkie dzieci przenieśliśmy do wiejskiej szkoły.
Skończył się ten szaleńczy poranny pęd, żeby dostarczyć je rano na czas. Życie zwolniło. Chodziłam na coraz dłuższe spacery, coraz częściej za domem tęskniłam. Czułam się tu coraz bezpieczniej.
Piszę o tym wszystkim, ku pokrzepieniu Waszych serduch, bo dostaję mnóstwo wiadomości od osób łkających w kącie nowego domu, z poczuciem, że popełnili błąd życia.

A JAK JEST TERAZ?
Osoby, które obserwują moje sm, wiedzą, że uwielbiam mój dom. Tęsknię za nim, nawet kiedy jestem na pięknych wakacjach.
Wieś jest fajna, ale pod warunkiem, że doceniasz jej uroki. To, co dla mnie jest magią, dla kogoś innego będzie zwyczajnie nudą.

Spokój i bliskość natury
Może po prostu opowiem Wam, jak wygląda mój dzień w roku szkolnym. Odwożę dzieci do szkoły na 7.45. Trwa to dosłownie 10 minut. Po drodze nie ma korków. Szkoła jest mała, kameralna i przyjazna. Wracam, piję kawę, pracuję. Jest cicho, uspokaja mnie widok przyrody za oknem.
Dzieci odbieram zazwyczaj w okolicy 14.00, ale mają bardzo fajną świetlicę, otwartą do 16.30. Dzieciaki wracają, kiedy jest dobra pogoda, to bawią się na dworze, zazwyczaj z sąsiadami, jeżdżą na rowerach, rolkach. Późnym popołudniem zabieram psa na spacer, często towarzyszy mi Lolek. Ten czas uważam za terapię przyrodą. To naprawdę sprzyja mojej głowie i uspokaja mnie jak nic innego.
Dosłownie tydzień temu napisałam na moim instagramie:
Im dalej w las, głębiej w życie, im więcej lat, tym bardziej dociera do mnie, jak bardzo cenię sobie zwyczajność i spokój. Pewnie mogłabym pracować o wiele więcej, mieć o wiele więcej, chwalić się większymi sukcesami, ale mam tyle, ile mi trzeba. Najszczęśliwsza jestem na polach z psem, z myślami, z Lolkiem pędzącym obok na rowerze.
Wiecie, ja nie mieszkam na jakimś ekskluzywnym podmiejskim osiedlu, tylko na zwykłej polskiej w dodatku, utrzymującej się z rolnictwa wsi.
Nie chcę, żeby zabrzmiało to jakoś butnie, ale nie dociera do mnie ta wielkomiejska pogoń za karierą i pieniądzem i jest mi z tym po prostu bardzo bardzo dobrze.

Umiejętność odpoczywania w własnym domu
Niewątpliwie tym, co sprawia, że uwielbiamy nasz dom, jest umiejętność odpoczywania w nim.
Wiem, że wielu ludzi zupełnie tego nie potrafi. Dom nieustannie krzyczy: posprzątaj, upierz, nadrób, napraw!
Koleżanka opowiadała mi o znajomych, którzy wybudowali przepiękny dom, do którego wracają tylko na noc, a weekendy wyjeżdżają. Kiedy zapytała ich dlaczego, powiedzieli, że dom ich przytłacza, mają nieustanne poczucie, że muszą się nim zajmować. A że mnóstwo pracują i potrzebują odpoczynku, na weekendy uciekają.
Tymczasem my nie możemy się weekendów doczekać. Są powolne, leniwe, rozwlekane w czasie, nic nie musimy, wszystko możemy.
Sprzątamy systematycznie cały tydzień, żeby weekend nie zamienił się w nerwową bitwę z kurzem.
Kiedy nie mogliśmy sobie pozwolić na wakacje, odpoczywaliśmy w domu. Potrafimy to.

Urządzanie domu
Trzy lata temu pewnie umieściłabym to w minusach, ale już wiele razy wspominałam, że brak pieniędzy na urządzenie domu był naszym błogosławieństwem. Dzięki temu mamy wnętrze, takie, które nas oddaje, w którym czujemy się dobrze, niekoniecznie katalogowe, ale nasze.
Cieszymy się jak dzieci z pojawieniem się każdego nowego drobiazgu.
Tak było, chociażby z plakatami z DESENIO (kod rabatowy do sklepu znajdziecie niżej), które wiszą dosłownie od dwóch tygodni. Nad ekspresem – rodzaje kaw, bo kawę kochamy ponad wszystko i plakaty ze ściągawkami na nasze ulubione drinki – aperol, mojito i old fashioned. Musiałam je od razu powiesić na ścianie, inaczej bym nie wytrzymała.
Takie powolne urządzanie, uodparnia nas trochę na trendy, chwilowe mody, impulsywne decyzje. Poza tym to ogromna przedłużona przyjemność. Kiedyś patrzyłam na to w tak „borze liściasty, jeszcze tyle do zrobienia”, dziś myślę „jak fajnie, że jeszcze tyle mam do urządzenia”.
Pewnie, gdyby taras był od początku, też bym się cieszyła, ale raczej nie skakałabym z radości, wrzeszcząc „mamy taras! Nie wierzę!! Mamy taras!!”.

Społeczność wiejska
Kiedy jakiś czas temu wspomniałam na blogu, że mamy na wsi fajną społeczność i super sąsiadów, padły jakieś niedorzeczne głosy, że wymyślam to sobie „bo ludzie na wsi są okropni”.
Myślę, że zależy to od wsi i od ludzi, ale uważam też, że bycie miłym i życzliwym popłaca.
Mamy bardzo fajnych, zawsze gotowych do pomocy sąsiadów.
Ja w ogóle uwielbiam tę kameralną atmosferę, że wszyscy mniej więcej się znają, przynajmniej z widzenia, że wołamy do siebie dzień dobry, że sąsiad może odebrać ci dziecko ze szkoły, że w sklepie kupisz na zeszyt.
Uważam, że wieś jest dobra również dla dzieci. W wakacje biegają z sąsiadami, nie ma mowy o telefonach, ekranach itp. Wracają śmierdzący oborą i brudni od stóp do głów.

CZEGO NA WSI NIE LUBIĘ?

Niebezpieczna wiejska droga
To temat na osobny wpis, ale krew mnie zalewa, kiedy widzę, jak ludzie jeżdżą. Szczerze? Wolałabym jezdnię z milionem kraterów po zimie, gdzie kierowcy byliby zmuszeni zwolnić w trosce o zawieszenie, bo jak widać – troska o ludzkie życie, to za mało.
Właśnie dlatego wożę dzieci do szkoły.
Niestety nie ma u nas jeszcze chodnika.
Poproszony o pomoc w sprawie progów spowalniających radny-nieporadny
odparł, że za dzieci odpowiadają rodzice, a zawieszenia w traktorze nie będzie wymieniał z powodu progów.

Ciągłe wydatki
Dom to finansowa studnia. Jeśli nie wprowadzasz się na gotowe, to nieustannie jest coś do zrobienia i nie mam na myśli urządzania, które jest przyjemne.
Nie mamy ciągle żadnego podjazdu, podbitek przy dachu, wanny i prysznica w jednej łazience.
Żonglujemy wydatkami, decydując, bez czego da się funkcjonować, a bez czego nie.
Natomiast zależy, jak do tego podchodzimy. My przestaliśmy się tym spinać, robimy wszystko powoli, staramy się na rok kończyć 1-2 rzeczy.
W tym roku padło na taras, wyrównanie terenu działki i posianie trawy.
Kiepsko, kiedy te rzeczy przysłaniają radość z posiadania domu.

Kredyt
Marzy mi się, że wygrywam kilkaset tysięcy, spłacam ten kredyt w cholerę i zapominam o nim.
Z drugiej strony – jeśli to mam być moje jedyne życiowe zmartwienie, to jakieś przecież trzeba mieć.

Praca na działce
Co prawda w tym roku namachałam się łopatą, jak nigdy, posadziłam nawet grządki warzyw, ale prawdziwego ogrodnika, którego relaksuje dbanie o każde źdźbło trawy, to chyba ze mnie nie będzie. Jestem na siebie ciągle zła, że nie mam do tego wielkiego serca, a z drugiej strony szczerze nienawidzę pielić chwastów i nie mogę się w sobie zebrać.
Zresztą tak było od dziecka, aż w końcu moi rodzice odpuścili i byłam odpowiedzialna za obowiązki domowe.

Awarie i nieproszeni goście
Dom lubi płatać psikusy. Kilka miesięcy temu obudził nas w nocy straszliwy hałas. Puścił jakiś zawór bezpieczeństwa przy piecu i kino zamieniło się w basen.
Dziesięciu różnych specjalistów tu przyjechało. W głowy się drapali i w głowy zachodzili, jak do tego doszło.
Okazało się, że pękł balon w hydroforze, a na dodatek zamontowany był jakiś słaby stycznik, który nie zatrzymał wody, napędzanej przez pompę. Reasumując – kilka awarii niezależnych od siebie, w konsekwencji masa nerwów i sporo zniszczeń. Niestety te rzeczy trudno przewidzieć i trudno mieć na te tematy jakąkolwiek wiedzę… o ile się nie wydarzą.
Inaczej nie miałabym pojęcia, czym jest stycznik przy hydroforze i dlaczego to ważne, żeby był porządny.
Każdej zimy na seanse filmowe próbują się wprosić myszy. O ile prowadzę dom otwarty, nawet dla zwierząt – pies i kot też się wprosili, o tyle myszy nie są przeze mnie mile widziane.
Nie biorą prysznica przed wizytą, wszystko obgryzają i nie panują nad zwieraczami. Doprawdy, ja wymagam minimum kultury, nie żądam, żeby mysz na wyrywki znała Senekę i zamykała klapę od kibla.
Tego lata miałam też problem z mrówkami, które o dziwo – upodobały sobie łazienki!

Jaka zatem jest moja odpowiedź na pytanie wieś czy miasto?
Mieszkajcie tam, gdzie Wam wygodnie, gdzie najmniej czasu tracicie na różne dojazdy, gdzie lubicie. Jak zawsze powtórzę – mieszkajcie tam, gdzie WY CHCECIE. Nie tam, gdzie chętnie widzieliby Was rodzice, czy społeczeństwo, bo w pewnym wieku już coś wypada.
Ja jestem szczęśliwa w dużym domu na spokojnej wsi, na który wzięłam spory kredyt, Ty jesteś szczęśliwy w małej kawalerce w centrum miasta, którą wynajmujesz. Najważniejsze, że jesteśmy szczęśliwi.

Mam dla was kod zniżkowy MISSFERREIRA z którym dostaniecie 30% zniżki na plakaty* w Desenio, ważny do końca dnia 15 sierpnia.
Na stronie Desenio znajdziecie więcej inspiracji!
*Z wyłączeniem ramek i plakatów z kategorii Handpicked/ Collaborations

A teraz chodźcie, oprowadzę Was po naszym domu.

SALON


PLAKATY: NORWAY TRAVEL | A THOUSAND BIRDS | BIRDS FLY AWAY | YELLOW BALCONY | COPENHAGEN 66












KUCHNIA









PLAKATY: COFFEE TYPE | OLD FASHIONED RECIPE | APEROL SPRITZ RECIPE | MOJITO RECIPE | MARTINI RECIPE

SCHODY


ŁAZIENKA

IMG_20190806_172355

PRZEDPOKÓJ


*Wpis powstał we współpracy z DESENIO

You may also like

28 komentarzy

  1. Ja wychowałam się w bloku, w małej miejscowości, na osiedlu gdzieś w lesie, na końcu świata. Gdy poznałam mojego męża, przeprowadziłam się do niego, do wielkiego pustego domu, służbowego (no, taka praca). Nie mieliśmy kompletnie nic. Byliśmy biedni, jak myszy kościelne. Na 140m kwadratowych domu, mieliśmy meble w kuchni kupione na raty, w jednym pokoju używane łóżko, jakąś starą szafę i rozpadającą się ławę. W wielkim salonie, poza kominkiem, nie było nic. I matko kochana, jaki to był piękny czas! Byliśmy tacy szczęśliwi i wolni… Mieszkaliśmy na wsi, o której świat zapomniał, a było nam naprawdę cudownie.
    Przez następne lata kilka razy musieliśmy się przeprowadzać. Pamiętam, jak poczułam po jednej z przeprowadzek, że oto znalazłam swoje miejsce na ziemi – urocza zadbana wioska, niezbyt duża. Dom pod lasem i cudowni sąsiedzi za płotem. Do miasta nie daleko, nie blisko – akurat. I praktycznie zero wielkomiejskich potrzeb. Taki prawdziwy slow life. No ale życie nie lubi stać w miejscu. Po półtora roku wylądowaliśmy w mieście. Miłe osiedle na uboczu, ale jednak większe miasto. I to mnie dobijało. Bo niby nie trzeba kosić trawnika, palić w piecu na ciepłą wodę, biegać 1,5 km po zakupy, ale.. Ale ciągła jakaś taka dziwna presja, że trzeba mieć. Mieć ubrania, samochód, gadżety, modne dodatki do domu. Bo przecież wokół wszyscy mają. I trzeba bywać, i mieć, mieć mieć… Tęskniłam za poprzednim domem, ale tamten etap był zamknięty na zawsze. Przez 4 lata oswajałam się z życiem w mieście na nowo, by potem móc znów zamieszkać na wsi.
    Teraz mieszkam we wsi, która jest gminą. We wsi, która jest „sypialnią” tegoż większego miasta. We wsi, w której w każde miejsce mam blisko, nawet do galerii handlowej, jeśli zajdzie taka potrzeba, bo przecież do miasta rzut beretem.
    I wiesz co? Jest mi tu dobrze, choć minusów nie brakuje. Jednak chyba najpiękniej wspominam czas, gdy przeprowadziłam się do męża do tego pustego wielkiego domu, a potem gdy mieszkaliśmy w tej uroczej wiosce z sąsiadami za płotem. Wtedy było po prostu najpiękniej.
    I masz świętą rację, że każdy powinien mieszkać tam, gdzie czuje się, jak u siebie. Nic na siłę, bo dom, niezależnie od tego, czy jest domem stricte, czy mieszkaniem, ma być miejscem, do którego chce się wracać. Ma nas relaksować i dawać poczucie, że TO TU.
    Moje miejsce na ziemi teraz zajmuje ktoś inny. Ktoś inny mieszka w uroczej, zadbanej wiosce z fajnymi sąsiadami za płotem. Ja mieszkam w miejscu, w którym trochę jakby „muszę” mieszkać. Ale są plusy tej lokalizacji i to niemało. Może kiedyś uda mi się znów znaleźć ten prawdziwy kącik, który tak do końca będzie moim domem. Póki co, również mebluję powoli, choć czasem mnie to wkurza. Również sadzę kwiaty i czekam na nowy taras. Oswajam tę przestrzeń, by weekendowa kawa w ogrodzie smakowała jeszcze lepiej 🙂
    Dobrze się czytało ten wpis, jak każdy zresztą. Ten jest jednak bardzo bliski memu serduchu i jakoś tak poprawił mi humor 🙂
    Wszystkiego najpiękniejszego, Saro. Samych cudownych dni, pięknych wschodów i zachodów słońca na Twoich polach i najpyszniejszej kawy na tarasie. Pozdrawiam ciepło.

  2. masz całkowitą rację, że każdy powinien się sugerować swoimi upodobaniami, potrzebami i wymaganiami co do bycia szczęśliwym (jeżeli chodzi o miejsce zamieszkania). Ja uwielbiam swój domek na wsi (mimo kilku niedogodności bo jest stary i ciągle coś wymaga naprawy)! Ostatnio będąc w Warszawie obserwowałam bloki mieszkalne i pierwsze o czym pomyślałam to: ”ALE CI LUDZIE MUSZĄ BYĆ TU NIESZCZĘŚLIWI”!! – a pewnie wielu z nich będąc na wsi myśli o mnie podobnie:)))
    Ja uwielbiam wieś bo daje mi wiele możliwości bycia wolnym, spokojnym, wyciszonym, uważnym na życie przyrody. Moje szczęście to gumowe buty i bieg na działkę po świeże warzywa na śniadanie, to moje umorusane dzieci wracające ze swojej bazy zbudowanej w pobliskich zaroślach.Jestem szczęśliwym wieśniakiem:)

  3. Pięknie opisałaś swoje życie na wsi. Sama się wyciszyłam i jakoś tak fajnie mi się na duszy zrobiło gdy czytałam ten tekst. Może napiszesz kiedyś książkę o życiu na wsi? 🙂

  4. A jak to jest z mężem? Czy konieczność dojazdów do pracy i powrotów, a wiec długiego nie bycia z rodziną nie jest kłopotem? Życie jakie opisujesz nie jest możliwe w taki sposób gdy oboje rodzice muszą pracować i gdy szkoły dzieci nie są tuż za rogiem (bo np. w danej wsi ich nie ma, albo szkoła jest zwyczajnie bardzo kiepska).

    1. Mój mąż ma swoją działalność, więc czasowo jest dosyć elastyczny, ma możliwość pracowania z domu. Zgadzam się z tym, co piszesz i podkreślam to, że miejsce gdzie mieszkamy trzeba dopasować do trybu naszego życia, inaczej może stać się przekleństwem. Szkoła też była bardzo ważnym czynnikiem.

  5. Piękny wpis. Ujęły mnie słowa o odpuszczaniu sobie i po prostu odpoczywaniu w domu, zamiast ciągłego sprzątania, poprawiania, naprawiania itp. Podzielam i rozumiem, gdyż i my przeprowadziliśmy się na wieś i przechodziliśmy przez podobne refleksje. Kochamy nasz dom i wieś ale faktycznie ilość pracy i koniecznych robótek bywa czasem przytłaczająca.
    Ujęły mnie też zdjęcia Waszych wnętrz. U nas jest zdecydowanie więcej bałaganu 😉 Pozdrawiam ciepło i życzę wszystkiego dobrego 🙂 M.

    1. No do zdjęć posprzątałam – wiadomo, że na co dzień jest trochę bałaganu, chociaż przyznam, że bardzo lubię porządek i pewnie za dużo czasu tracę na sprzątanie, ale słucham wtedy audiobooków!

  6. Kilka dni temu minął już rok od naszej przeprowadzki z Lublina (2pokojowego mieszkanka na 4 piętrze w kultowej dzielnicy, o której śpiewał junior stress, które uwielbiam) na wieś. Za oknami pola, dzieciaki maja frajdę, bo traktor czy kombajn to codzienność
    Choć rok logistycznie trudny (praca, szkoła, przedszkole, żłobek, basen, balet itp) bo całe życie mamy dalej zorganizowane w mieście, to jednak nie wróciła bym już do miasta.
    O tarasie ciągle marzymy (w tym roku zrobiłam meble z palet więc jest gdzie usiąść), ciągle jest coś do zrobienia ale ile radości same każdy drobiazg, tego nie da się opisać. W wakacje dzieciaki non stop na dworze oddychają świeżym powietrzem
    Zra nas komary, krety ryja trawnik, o który walczyliśmy rok temu ale to jest dopiero życie
    No i mamy mimi zoo. Oprócz 2 psów, kota, 5 bocianów na gnieździe, kretow i myszy w zimie na strychu, od tygodnia mamy kury i mikro Kurnik. Chyba wiejskie życie zaczyna mnie coraz bardziej wciagac ?

  7. Szczena opada! Jakie piękne mieszkanie! Też uważam, że należy się długo urządzać.
    Dziękuję za plakaty i zniżkę, na pewno skorzystam!!!

  8. Cudowne wnętrze! A tekst daje do myślenia. Wlansie szukam swojego miejsca na dom. Dużo osób krytykuje przeprowadzkę z miasta na wieś, ale myśle ze to właśnie zależy od tego, co sprawia ze dobrze się czujemy.

  9. Jakie jest prawdopodobieństwo trafienia do bardzo dobrej uczelni po wiejskiej szkole?
    Podziwiam dom, pozdrawiam z centrum Lublina.
    Mama syna po skończnych dwóch najlepszych polskich uczelniach – całkiem niedawno i zapewniam, że się opłacało.

    1. Myślę, że bardzo duże. Szkoła do której chodzą moje dzieci jest znana z wysokiego poziomu, całe moje rodzeństwo kończyło wiejską szkołę po której dostali się na kierunki i dziś świetnie sobie radzą, myślę, że nie można generalizować.
      Pozdrawiam

      1. Skończyłam dwa kierunki na Uniwersytecie Wrocławskim, uważam że to całkiem nieźle jak na wiejską szkołę na 100 dzieciaków. Koledzy i koleżanki ze szkoły ukończyli studia na Uniwersytecie Jagiellońskim, Akademii Morskiej, AGH. Teraz są lekarzami, prawnikami, fotografami, pracują w laboratoriach – mała wiejska szkoła w niczym nie ogranicza osób, które wiedzą, co chcą robić. Pozdrawiam!

    2. Bez przesady, w liceum miałam kilka osób w klasie, które wcześniej chodziły do szkół wiejskich tam gdzie mieszkały i dostały sie na dobre uczelnie.

    3. Chodziłam do wiejskiej szkoły podstawowej gdzie było 100 uczniów i mielismy doskonały kontakt z nauczycielami w małych klasach. Jednocześnie byli dość wymagający a ich uwaga nie rozpraszała się na 30 uczniów jednocześnie. Uważam że poziom był dość wysoki. Bez problemu większość z nas dostała się do dobrych szkół średnich, a potem na studia. Myślę, że to żadna przeszkoda. Nie potrzebowliśmy korepetycji, ale teraz są takie możliwości, że angielski czy chemia przez Skype to żadne problem. Chociaż pamiętam, że z zazdrością patrzyłam na lekcje tańca, drużyny siatkarskie i inne dodatkowe formy aktywności, któryh u nas zwyczajnie nie było. Byłyśmy tak zdeterminowane z koleżankami, że przy drobnej pomocy Domu Kultury opracowłyśmy biznes plan i uzyskałyśmy dofinansowanie UE na zajęcia taneczne, a przy okazji całe wakacje odbywały się rózne warsztaty i zajęcia. Byłyśmy z siebie bardzo dumne, więc potrzeba matką wynalazku! 🙂 Wydaje mi się, że dzieci uczące się na wsi są bardziej kreatywne, bo nie mają wszystkiego podstawionego pod nos. Na pewno uciązliwe były dojazdy do liceum czy później na studia, ale cóż… trzeba to wliczyć w koszty.

  10. Rewelacyjnie napisane. My mieszkamy na 55 metrach + poddasze w samym centrum miasta. Nie pali nam się do budowania domu na przedmieściach i chyba tak zostanie. Lubimy te nasze cztery kąty z kredytem na 30 lat. A Wasze wnętrza zapadają w pamięć, że hej! Świetna myśl, że urządzanie etapowe chroni nas przed chwilową modą. Gratuluję gustu!

  11. Fantastyczny dom, prawdziwy, z życiem, cudownie eklektyczny, daje wrażenie wygody i jednocześnie jest pięknie. Gratuluję całości.
    PS co to za lustra w łazience? dotychczas znalazłam jedynie w ciemnych ramach, a Wasze są pięknie naturalne.

  12. Mam pytanie trochę z innej beczki.
    Czy nie żałujes, że zrobiłaś czarny blat w kuchni? Moja kuchnia nie ma nawet roku, ale uwazam, ze czarny blat to byla najgorsza decyzja. Mam czarny jak smoła jednolity bez nawet malych keopeczek blat i mogłabym go sprzatac co godzine, tak samo jak czarna szklana płytę indukcyjna ale to jestem w stanie przeżyć. Nawet jak wytre go na wilgotno i sucho zostaja jakies fafrochy a za kilka godzin jest ich dużo więcej. Mam dosc długi blat ok 3,5 m i doprowadza mnie do szału.

    1. No własnie nasz jest czarny w białe kropki, więc nie widać na nim brudu.
      Gdybym drugi raz urządzała dom, w ogóle zrobiłabym więcej przestrzeni pstrokatych, tak żeby nie było widać na nich kurzu i brudu.

  13. Bardzo podoba mi się, jak urządziła Pani swój dom. Wszystko na miejscu i wszystko pasuje. Może będę wydawać się nachalna, ale tapeta (?) w przedpokoju idealnie trafia w mój gust. Czy może Pani zdradzić, gdzie taką można dostać?

  14. Witam. Bardzo ładnie urządziła Pani swój dom. Podoba mi się. Ponadto bardzo dobrze się Panią czyta. Ja również mieszkam w Krężnicy i cieszę się, że spodobało się tu Pani. Uwielbiam to miejsce cały czas i nie przeszło mi to od początku. A mieszkam tu od urodzenia. Opinię o szkole potwierdzam – to bardzo przyjazne miejsce z wysokim poziomem nauczania i świetną atmosferą.
    Jedna mała uwaga do fragmentu o drodze – nie było śmiertelnego potrącenia dziecka. Fakt, że był kilka lat temu wypadek na drodze do Pani domu ale nie śmiertelny. Chłopak żyje i ma się dobrze. Potrącił go gość chyba z okolic Bychawy, który jechał niezarejestrowanym autem i uciekł z miejsca wypadku.

    1. Dziękuję za komentarz i uwagę, byłam pewna, że to był śmiertelny wypadek.
      Ale niestety miejscowi też jeżdżą bardzo szybko 🙁

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.