Chirurżka? To brzmi dumnie, czyli rzecz o feminatywach

Autor: Miss Ferreira

Dziś na blogu wpis, z którego napisaniem noszę się od miesięcy.

Do tablicy wywołała mnie fundacja „Kobiety w chirurgii”, zapraszając do poprowadzenia webinaru o… feminatywach.

Zgodziłam się od razu. Jednak już po chwili dopadły mnie wątpliwości. Przypomniały mi się komentarze pod wpisami ze strony fundacji. Za każdym razem, kiedy pojawiają się słowa: „chirurżka, psycholożka, prawniczka, ginekolożka” – mnóstwo kąśliwych prześmiewczych komentarzy. Czasem regularny hejt, obelgi.

Myślę wtedy, borze szumiący (a tak naprawdę ku**a mać), jak to jest możliwe, że słowo „pilotka” budzi takie emocje, a hejt już nie. No jak?

Jak to jest możliwe, że poseł na sejm w odpowiedzi na słowo „gościni” zasłyszane w telewizji wypowiada takie słowa:

Końcówkę wsadź sobie w mózg, albo w brudne buty, może pomoże. Nie pokonacie normalności, dewianci. To szaleństwo powstrzymamy i wasze chore ideologie z radością poniżę. Dla dobra naszych dzieci!(1)

I dyskusja toczy się wokół gościni zamiast skandalicznej wypowiedzi człowieka, który powinien zachowywać się godnie z racji pełnionej funkcji.
Witold Doroszewski, językoznawca, pod którego kierunkiem przez jedenaście lat (1958-1969) powstawał „Słownik języka polskiego”, wypowiedział kiedyś takie zdanie:

zadaniem leksykografii jest ulepszenie stosunków między ludźmi w tym zakresie, w jakim te stosunki kształtują się pod wpływem słów.(2)

Weźmy sobie to zdanie do serca. Słowa i język są nam potrzebne do tego, żeby się zrozumieć i dogadać.
To takie proste.
Kiedy obserwuję dyskusje na temat feminatywów, widzę, że większość z nich bazuje na emocjach, wrażeniach i fałszywych stwierdzeniach, które podawane są jako fakty.
Dlatego dziś chciałabym Was wszystkich prosić o odłożenie emocji na bok.
Posłużę się dziś wyłącznie faktami, a Wy z tą wiedzą zróbcie, co uważacie za słuszne.

Feminatywy – a cóż to za nowe słowotwory?
– Kiedyś tego nie było i nikt nie narzekał, dlaczego nie może być jak dawniej? – czytam regularnie w dyskusjach. Więc śpieszę z odpowiedzią.
Otóż dawniej femnatywy były naturalną częścią języka.
W najstarszym „Słowniku języka polskiego”, który powstawał w latach 1807 – 1814 pod redakcją Samuela Lindego występują feminatywy. Co więcej, znajdziemy je tam jak odrębne artykuły hasłowe. Czyli po prostu samodzielne słowa, istniejące niezależnie od form męskich. To sprawia, że żyjący ponad dwieście lat temu Samuel Linde wydaje się bardziej nowoczesny w swoim myśleniu, niż współcześni leksykografowie, którzy  nazwy żeńskie traktują po macoszemu. W „Wielkim słowniku języka polskiego” pod redakcją Edwarda Polańskiego zrezygnowano z nazw żeńskich w ogóle.

W „Słowniku  języka polskiego” Samuela Lindego znajdziemy takie słowa jak: filozofka, prezeska, czy moje ulubione złoczyńczyni.
W epoce, określanej przez internautów jako „dawniej” mówiło się na przykład świadkini. O świadkiniach pisze szanowana XIX wieczna „Gazeta Sądowa Warszawska”.(3)
W roku 1904 czytamy w „Historii Rozwoju Kobiecego” o pierwszej doktorce prawa i o tym, że Paryż liczy koło 80 doktorek.
A potem przychodzi międzywojnie. Czas łaskawy dla feminatywów. Kobiety dostają prawa wyborcze, zaczynają być aktywne na polach zawodowych, które do tej pory były dla nich ziemią zakazaną. Wraz z powstawaniem nowych zawodów, powstają nowe słowa: prawniczki, pilotki, magistry, powstanki, profesorki czy weterynarki, bo język polski jest szalenie płodny i daje nam masę słowotwórczych instrumentów, żeby je tworzyć.
Pozwolę sobie przytoczyć przykłady za historykiem Kamilem Janickim:
Rok 1917 „Iskra” pisze o pierwszej prawnicze w sądach polskich.
Rok 1926 posłanki znajdujemy warszawskiej książce adresowej (np. „Prauss Zofija, posłanka na Sejm, 3 maja 16, tele. 94-96”)
Rok 1928 „Tygodnik Polski” pisze o człowieku urodzonym na Syberii, który był synem powstańca i powstanki.
Rok 1929 anons z czasopisma „Głos serca”: Kawaler w średnim wieku, wyznania mojżeszowego, z zawodu kupiec, miły sympatyczny, prawego charakteru, z powodu braku znajomości zapozna  drogą pannę wyznania mojżesz.z zawodu lekarkę lub magistrę farmacyi, posag obojętny.
Rok 1935 w „Kurierze Poznańskim” czytamy o stanowisku prawniczek w Polsce.
Rok 1939 „Expresie Zagłębia”:
Apteka w Modrzejowie koło Sosnowca przyjmie od 15 lipca magistra lub magistrę na stałą posadę. Warunki do omówienia listownie.
Rok 1939 broszura „Przygotowanie kobiet do obrony kraju”:
Łotewska Organizacja Przysposobienia Wojskowego, posiadająca specjalny oddział lotnicy, wyszkoliła ostatnio 15 kobiet pilotek, które stanowią zaczątek kadry lotnictwa żeńskiego.
Co zatem przytrafiło się feminatywom, że sto lat po tym, kiedy były już w użyciu, budzą takie kontrowersje?

Niestety wpadły w sidła komunizmu, który narzucił językowi użycia generyczne, czyli po prostu forma męska rzeczownika miała się odnosić do wszystkich obywateli bez względu na płeć. To wtedy powstaje indeks studenta, dzienniczek ucznia, podpis czytelnika. (4)

Badaczka tego tematu Agnieszka Małocha-Krupa zwraca uwagę, że również w okresie PRL-u przyjęło się i rozpowszechniło przekonanie, że formy męskie zawodów brzmią bardziej prestiżowo.
Michał Rusinek nie bawi się w eufemizmy i podsumowuje ten okres brutalnie: to, co zrobił PRL, sprowadzając zawody do form męskich, to był gwałt na języku. Jeśli mamy naprawdę dekomunizować, trzeba wrócić do żeńskich końcówek. (5)
W polemikach internetowych (i nie tylko) radziłabym też oszczędne wymachiwanie słowem „tradycja”. Całe mnóstwo słów, których używamy dziś bezrefleksyjnie, była w swoim czasie obiektem kontrowersji.
Kilka dni temu miałam okazję przestudiować dzieło Józefa Blizińskiego z 1888 roku o wiele mówiącym tytule „Dziwoloągi i barbaryzmy językowe” (6). Autor przez kilkadziesiąt stron peroruje, że język polski się kończy i schodzi na psy, bo używamy takich słów jak: agresywny (zamiast napastniczy, zaczepiający, zaczepny), analfabeta (zamiast nieznający alfabetu, abecadła, nie umiejący czytać, niepiśmienny), aparycja (zamiast widziadło), dezawuować, które autor kwituje „dziki barbaryzm”, frajda – „żywcem niemieckie”, kandydować – „fałszywie brzmiące słowo, właściwie jest kandydadować”, nawigacja – wyraz użyty bez żadnej potrzeby zamiast polskiego żegluga.
Uważajmy zatem, dokąd żeglujemy w naszych dysputach i nade wszystko nie dezawuujmy faktów.

O tym, że język polskie nie jest łaskawy dla kobiet
Pamiętam tamtą lekcję języka polskiego doskonale. To była podstawówka. Dostałam ostrą reprymendę od nauczycielki, kiedy powiedziałam, że te dziewczynki to forma żeńskoosobowa.
– Nie ma czegoś takiego jak forma żeńskoosobowa – usłyszałam w odpowiedzi – jest forma męskoosobowa i niemęskoosobowa, a „te dziewczynki” to forma NIEMĘSKOOSOBOWA.
Uwierzcie mi, że do dziś pamiętam tamten szok. Nie było we mnie zalążka feminizmu, to była zwykła dziecięca logika.
Dlaczego ja nie mogę być żeńska, tylko muszę być niemęskoosobowa? – to pytanie wlekło się za mną całą edukację. Nie dręczyło mnie. Raczej świerzbiło. Potem zaczęłam studia polonistyczne. Nagle między jedną lekturą a drugą, doznałam olśnienia. Kogo ja czytam?
Homer, Wergilusz, Platon, Kochanowski, Skarga, Rej, Bielski (autor „Sejmu Niewieściego”, satyrycznego utworu, gdzie wyborną anegdotę stanowi wizja kobiet tworzących parlament), Górnicki, Sarbiewski, Morsztyn, Potocki, Pasek, Lubomirski… Sami mężczyźni.
Pierwszą kobietą, która pojawia się na liście lektur, jest Elżbieta Drużbacka, poetka tworząca w XVIII wieku.

Z ciekawości sprawdziłam obecne listy lektur na polonistyce. Drużbackiej często nie ma wśród tych obowiązkowych. Zatem kobiety zaczynają pojawiać się dopiero w pozytywizmie.
I nie zrozumcie mnie źle, ja nie czynię z tego jakiegoś zarzutu. Nie zamierzam wypowiadać z tego powodu wojny mężowi, synowi, braciom, czy tacie. Po prostu warto to wiedzieć.
Moje błądzące, nieokiełznane myśli na ten temat, uporządkowała dopiero Anna Kowalczyk w swojej fenomenalnej książce „Brakująca połowa dziejów”. Kiedy czytałam podrozdział „Język polski nie jest kobietą” przy każdym zdaniu wykrzykiwałam TAK WŁAŚNIE! Jakby w końcu ktoś nazwał to, co czułam od tamtego dnia w podstawówce, kiedy brutalnie oznajmiono mi, że świat jest albo męskoosobowy, albo niemęskoosobowy i żaden inny.

Zdecydowanie za rzadko myślimy o tym i niestety nie uczą tego w szkołach, że historia nie jest po prostu nauką o przeszłości, którą uprawiają uczeni zwani historykami. Że zwykle wiemy o historii tylko tyle, ile jest nam dostępne – spisane lub opowiedziane. I jak ogromne znaczenie ma to, kto to pisał, w jakich okolicznościach i w jakim celu. (7)

Autorka zwraca uwagę na to, że historię znamy ze źródeł spisywanych przez piśmiennych wykształconych ludzi, którymi byli mężczyźni.
I znowu – to nie zarzut, to fakt.

Zjawisko ignorowania kobiet ma nawet swoje określenie wśród językoznawców to „niewidzialność kobiet”.
Ania (pozwalam sobie na poufałość, bo znamy się), przywołuje bardzo ciekawe badanie. Otóż stu badaczy i badaczek wzięło na warsztat dwieście podręczników z 27 przedmiotów zatwierdzonych przez Ministerstwo Edukacji. Chodziło o to, żeby zbadać, ile w tych książkach faktycznie pojawia się kobiet. Wynik? Przytłaczający. Mężczyźni stanowią od 90 do 96% zawartości podręczników.
To baza wiedzy, jaką wynoszą ze szkoły wszystkie dzieci.
Nie tylko podręczniki nie lubią kobiet. Język polski też im nie sprzyja. Jak większość języków posługujących się rodzajami, woli męskość. Męskość zawsze jest pniem, z którego wyrastają wątłe żeńskie odnogi.

Formy niemęskoosobowe służą nam często do wyśmiania czegoś. Kiedy jesteśmy niezadowoleni z czyjejś pracy, powiemy z pogardą „ech te budowlańce, te specjalisty od siedmiu bolesci”. Kiedy żenuje nas zachowanie rodaków za granicą, powiemy te Polaki (ewentualnie Poloki) za granicą!
Ale już męskoosobowi „Polacy walczący o wolność” brzmią godnie.
Również frazeologia nie pała sympatią do kobiet. Mamy „męską rozmowę” i „babskie gadanie”, „męską decyzję” i „kobiece niezdecydowanie”, „babskie łzy”, ” babską ciekawość”, kobieta pewna siebie i zdecydowana to „baba z jajami”, wrażliwy facet jest „zniewieściały”.
Oczywiście za kierownicą też jest „baba” i nie zmieni tego fakt, że kobiety powodują zaledwie 21% wypadków. Odpada argument, że to dlatego, że mniej kobiet prowadzi. Według Centralnej Ewidencji Pojazdów i Kierowców połowa osób za kółkiem to kobiety, czyli kierowczynie, choć często zostanie to obśmiane, że czemu nie kierownice i nie kierowniczki.
A teraz chciałabym Was poprosić, żebyśmy bardzo mocno uruchomili wyobraźnię i wyobrazili sobie świat żeńskoosobowy.
Świat, w którym odpalacie rano radio i słyszycie: Witamy wszystkie słuchaczki i wcale nie odnosi się to jedynie do kobiet, ale do obu płci.
Czytacie ogłoszenie poszukujemy redaktorek i znowu – chodzi zarówno o kobiety jak też mężczyzn. Albo w telewizji telwidzki naszej stacji mają z czego wybierać i to wcale nie kanał dla kobiet, ale zwrot również do telewidzów, tylko po prostu użyto formy żeńskosoobowej „telwidziki”, która odnosi się do obu płci.

Wyobraźcie sobie historię, w której czytamy nasze przodkinie wywalczyły wolność, nasze badaczki odkryły nową planetę, nasze polityczki osiągnęły kompromis.
I nie. Wcale nie chodzi o kobiety. To formy żeńskoosobowe odnoszące się do wszystkich.
Słowem witamy w świecie żeńskocentrycznym.
Czy budzi to Wasz wewnętrzny sprzeciw? Nie wątpię. Nawet ja cała zgrzytam, wyobrażając sobie taki świat.
A jednak ten androcentryczny , w którym przyszło nam żyć, istnieje i kiedy delikatnie unosimy palec do góry, żeby zwrócić na to uwagę, zaraz ktoś krzyczy „oto wojująca feministka, rozwrzeszczana baba!”.

Dlaczego warto używać feminatywów?
Przez wieki byłyśmy niewidzialne w tworzeniu historii, miałyśmy ograniczony dostęp do edukacji, zawodów, przywilejów. Od zaledwie stu lat możemy głosować. Spełnia się mroczny sen Marcina Bielskiego o sejmie niewieścim. I nie jest on satyrą, ale faktem.
Kiedy czytałam „Stulecie Chirurgów” Thorwalda, nie padło tam ani razu słowo chirurżka nie dlatego, że autor miał problem z feminatywami, ale nie było kobiet parających się chirurgią, bo była to profesja zarezerwowana dla mężczyzn.
Teraz mamy kobiety, które przeszczepiają wątroby i niektóre z nich chcą być chirurżkami, bo mają dosyć ciasnego męskiego kombinezonu, uniemożliwiającego im swobodne ruchy.
Mamy XXI wiek. Jesteśmy astronautkami, psycholożkami, prawniczkami, pilotkami, prezeskami, dyrektorkami.

A polszczyzna jest tak elastyczna, że dla tych wszystkich słów, które dziś wydają się dziwne, jest miejsce. Już w 2012 roku Rada Języka Polskiego powiedziała, że formy żeńskie tych nazw są potrzebne, a ich używanie będzie świadczyć o równouprawnieniu kobiet w zakresie wykonywanych zawodów i piastowanych funkcji.(8)
W 2019 zaś roku RJP wytrąciła z ręki oręż antagonistom feminatywów, oznajmiając, że polszczyźnie potrzebna jest większa, możliwie pełna symetria nazw osobowych męskich i żeńskich w zasobie słownictwa. (9)

W całej tej dyskusji o feminatywach jak bumerang wraca argument o wojujących feminstkach.
Chcę go zrozumieć, bo sama jestem typem osoby, która wierzy w pokojowe rozwiązywanie sporów i wojowanie nie jest moją specjalnością. Mam jednak poczucie, że u podstaw tkwi głębokie niezrozumienie, czym feminizm w ogóle jest.
Za Wikipedią: to szereg ruchów społecznych i politycznych oraz ideologii, które łączy wspólny cel, czyli zdefiniowani, uzyskanie i utrzymywanie RÓWNOŚCI pod względem politycznym, ekonomicznym, osobistym i społecznym.
Osobiście jednak za najpiękniejszą definicję uważam tę sformułowaną w 1986 roku przez pisarkę Marię Sheer: Feminizm to radykalny pogląd, że kobiety są ludźmi.

Dlaczego feminatywy nas denerwują?
Kiedy zapytałam moich Czytelników i Czytelniczki o stosunek do feminatywów, powracał argument o tym, że brzmią śmiesznie. Adwokatka, pilotka, doktorka.
To słuszny argument i na dodatek łatwo wytłumaczyć, dlaczego odnosimy takie wrażenie.
W języku polskim tworzymy formy żeńskie, dodając przyrostki -ka, (fryzjer, fryzjerka)ini (sprzedawca, sprzedawczyni), ica/yca (pracownik, pracownica).
Przyrostek -ka służy ponadto do tworzenia zdrobnień. Dziewczyna/dziewczynka, szafka/szafeczka, żaba/ żabka, noga/nóżka.
Nic zatem dziwnego, że nasz umysł odczytuje adwokatkę, pilotkę czy doktorkę jako coś umniejszającego, zdrobnionego.
Możemy tworzyć formy żeńskie za pomocą zmiany końcówki fleksyjnej, czyli adwokat/adwokata, pilot/pilota, doktor doktora. RJP mówi jedynie, że nie jest to typowe dla języka polskiego, ale nie uważa tego za błąd. Stąd słynna „ministra” Anny Muchy ma rację bytu.
Dlaczego jednak Anna Mucha zdecydowała nazwać siebie ministrą? Być może dlatego, że ministerka brzmiała w jej uszach zbyt infantylnie. „Ministra” również wywołała mnóstwo kontrowersji, bo nasz umysł jest przyzwyczajony, że „ministra, doktora czy pilota” to rzeczowniki męskie w dopełniaczu. Kogo, czego nie ma? Ministra, doktora, pilota.
RJP zwraca też uwagę na potoczność takich słów – szczęściara, blondyna.

Zauważmy jednak, że o ile doktorka, adwokatka i pilotka budzą nasz bunt, fryzjerka, sprzedawczyni czy sprzataczka już nie. Zastanawiające prawda?
Agata Szczęśniak w polemice z profesorem Bralczykiem mówi wprost nie chodzi tylko o język, tu chodzi o władzę, pieniądze i prestiż.
Bardzo trudno się z tym nie zgodzić. Świat męskoosobowy pozwala nam być fryzjerkami, ekspedientkami, sprzątaczkami, pomywaczkami, ale już prezesowanie, prezydentowanie, zarządzanie finansami zostawcie mężczyznom.
Czytelniczka napisała mi, że regularnie widzi zaskoczone twarze klientów, z którymi się spotyka, bo przecież byli umówieni z dyrektorem finansowym.
To samo dzieje się na salach operacyjnych, kiedy chirurg okazuje się kobietą.

Warto używać feminatywów, choćby po to, żeby uniknąć tego rozczarowanego wzroku pacjenta, który spodziewał się zobaczyć poważnego doktora, zamiast najprawdopodobniej niezdecydowanej baby ze skalpelem.
Do słów z czasem wszyscy przywykniemy, a kiedy będziemy robić swoje, doczekamy się społecznego zaufania jako doktorki, pilotki i adwokatki.

Kolejny argument, który wraca jak bumerang, to rzekomo trudne zbitki językowe, przez co słowa stają się niemożliwe do wymówienia.
I tak argumentujemy my Polacy, którzy już w szkole podstawowej ćwiczymy język na zdaniu chrząszcz brzmi w trzcinie w Szczebrzeszynie.
Mój mąż jest Brazyliczykiem. Na początku nasz język wydawał mu się nieznośnym szumoszelestem. Kiedy zaczął już odróżniać wyrazy i powoli je wymawiać, najtrudniejszym wydał mu się „grzegorz”. Nienawidził też słów „wszystko” i „psisko”, które łamały mu język i na dodatek brzmiały tak samo.
Obecnie nie ma problemu z mówieniem chirurżka, psycholożka, pedagożka, architektka.
Więc tak sobie myślę, że skoro Brazylijczyk może, to Polak tym bardziej.

Kolejny problem to homonimy, czyli wyrazy, które wglądają i brzmią tak samo.
Wszakże (znowu trudne słowo, które wypowiadamy bez problemu) pilotka to czapka.
Zgadza się, pilot zaś służy do zmieniana kanałów. Jestem przekonana, że nikt z nas słysząc „pilot wylądował” nie pomyśli „o rety pilot od telewizora umie prowadzić samolot?!”
Tak samo jest z pilotką. Naprawdę nie musimy się upewniać, czy za sterami nie siedzi przypadkiem czapka, to absurd.
Homonimów w języku polskim jest mnóstwo. To wspaniale, że intuicyjnie wiemy, który granat to owoc. Inaczej musielibyśmy wzywać saperów do każdego supermarketu. Nikomu też nie przyjdzie do głowy, żeby otworzyć drzwi kluczem wiolinowym.
Oczywiście zdarzają się pomyłki. Kiedy opowiadałam mojej przyjaciółce o tym, jak moje dzieci wsadziły myszkę do mikrofalówki, a ta się spaliła, jej oczy wyszły z orbit, że opowiadam o tym z takim spokojem. Zszokowana wykrzyknęła:
– Przecież to zwierze musiało tak strasznie cierpieć.
– Na litość – odparłam – myszka od komputera!
Aż jestem ciekawa, czy pilot zmieściłby się w naszej mikrofalówce, nie nie ten od telewizora.

Dogadajmy się

Wróćmy raz jeszcze do Witolda Doroszewskiego, który powiedział, że język jest po to, żeby ulepszać relacje między ludźmi.
Chodzi o to, żebyśmy się lepiej dogadywali, lepiej rozumieli. Tylko i aż tyle.
Wczoraj jedna z Czytelniczek napisała mi, że jest całym sercem za feminatywami, ale kiedy drukowała sobie wizytówkę, było na niej napisane „lekarz medycyny”.
Rozumiem to, nie oceniam. Wyobrażam sobie, że w świecie, w którym feminatywy budzą tyle kontrowersji, wydrukować sobie na wizytówce „lekarka” to ryzyko. Ryzyko tego, że będziemy traktowane mniej poważnie, niż na to zasługujemy. Że pacjent nie wybierze „lekarki”.
Moja Przyjaciółka została redaktorką naczelną, ale na jej wizytówce przeczytamy „redaktor”.
Nie jest gotowa na wszystkie krzywe spojrzenia, pytania, czy jest wojującą feministką.
Wiem, że bardzo wiele pań profesor nie życzy sobie, żeby nazywać je profesorkami. Rozumiem to. Dlaczego mają być profesorkami, kiedy mogą być profesorami, kojarzącymi się z prestiżem?
Bądźmy dla siebie wyrozumiali. Nie poprawiajmy na siłę ludzi, którzy nie chcą używać feminatywów. Nikogo w ten sposób nie przekonamy.
Postarajmy się jednak zrozumieć też tę drugą stronę. Jeżeli kobieta wykonująca zawód chirurga chce być chirurżką, uszanujmy to, zamiast wyśmiewać. To część tożsamości, coś szalenie ważnego.
Niemal we wszystkich dokumentach musimy wpisać „imię, nazwisko, zawód”. To nas definiuje.
Moje dzieci mają obco brzmiące imiona, bo ich ojciec jest Brazylijczykiem. Sofia i Lorenzo są przyzwyczajeni do dziwnych ludzkich reakcji, po których niemal zawsze pada pytanie, czyli jak to jest po polsku? Sofia i Lorenzo to po polsku Zosia i Wawrzyniec. Moje dzieci nienawidzą wręcz, kiedy ktoś je tak nazywa. Dlaczego? Bo nie są Zosią i Wawrzyńcem. To nie jest ich tożsamość.
Dajmy sobie czas. Szanujmy wolę innych i pamiętajmy, że język jest dla ludzi, a nie ludzie dla języka.

I że służy nam do tego, żeby jak najlepiej się dogadać.

Przypisy: 

  1. „Kultura liberalna” Feminatywy. Spór o język będzie trwać
  2. Patrycja Krysiak. Feminatywa w polskiej tradycji leksykograficznej.
  3. Kamil Janicki. „Wielka Historia”. Żeńskie końcówki, feminatywy w II RP. Używano ich w Polsce już 100 lat temu i nie wzbudzały kontrowersji.
  4. Wikipedia, hasło „feminatywum”.
  5. Michał Rusinek. „Wysokie Obcasy”. Warzecha słusznie boi się feminatywów, od języka zaczyna się każda rewolucja.
  6. Józef Bliziński, „Dziwolągi i barbaryzmy językowe”. Kraków 1888.
  7. Anna Kowalczyk, „Brakująca połowa dziejów. Krótka historia kobiet na ziemiach polskich”. Warszawa 2018.
  8. Rada Języka Polskiego, Stanowisko Rady Języka Polskiego w sprawie żeńskich form nazw zawodów i tytułów. 19 marca 2012roku.
  9. Rada Języka Polskiego, Stanowisko Rady Języka Polskiego w sprawie żeńskich form nazw zawodów i tytułów. 25 listopada 2019.

Podobne posty

19 komentarzy

Kasia 25 czerwca, 2021 - 10:33 am

Pamiętam, jak się zdziwiłam pisząc pracę o powstaniu styczniowym – już w XIX wieku istniały w języku polskim powstańczynie i powstanki – i widocznie były to słowa potrzebne i zrozumiałe. A dziś budzą wrogość… No cóż, historia magistra vitae (non) est… We włoskim zasadniczo nie ma rodzaju nijakiego. W angielskim niby rodzajów nie ma, choć sprawa bardziej skomplikowana, a zaimek „she” może oznaczać np. emocjonalny stosunek do omawianego przedmiotu. Fińska przyjaciółka spytała mnie kiedyś, co takiego kobiecego widzimy w lampie, a co męskiego w stole, że takie mają te rzeczowniki rodzaje w polszczyźnie… Dla niej było to zupełnie niezrozumiałe, ale za to śmiałą się, że w fińskim nie ma czasu przyszłego. Każdy język to inny językowy obraz świata. Języki rozwijają się i ewoluują, aby odzwierciedlać rzeczywistość… W łacinie, słowackim, czeskim i niemieckim żeńskie formy rzeczowników nie dziwią. a w polskim wprost przeciwnie. Czemu?

Odpowiedź
Miss Ferreira 6 lipca, 2021 - 11:05 am

Myślę, że to właśnie kwestia historii i prl-u, serio. Prawdopodobnie gdyby nie to, mówilibyśmy dziś „przeska” i „prezydentka”.
W portugalskim, czyli ojczystym jęsyku mojego męża, feminatywy też są czymś naturalnym.

Odpowiedź
Natalia 7 lipca, 2021 - 9:57 am

Super tekst. Bardzo fajnie, że ktoś podszedł do tematu merytorycznie, bez agresji i wylewu frustracji. Wydaje mi się, że dużą rolę ma tu też właśnie częstotliwość używania feminatywów – im częściej się to robi tym mniejsze jest zdziwienie i zaskoczenie, że kogoś nazwano ministrą, psycholożką, czy gościnią. Wniosek jest taki, że trzeba robić to częściej, również w dyskursie publicznym, może wtedy nie będziemy się bały zamieszczać żenskoosobowych form na wizytówkach.

Odpowiedź
Lidia 25 czerwca, 2021 - 11:12 am

Bardzo Ci dziękuję, za wyczerpujące przedstawienie sprawy. Ty naprawdę potrafisz pisać i to na każdy temat. Skorzystam, że trafiłam na taką porcję wiedzy i zmienię swoją pieczątkę. Nie będzie to wielka odwaga, bo mój zawód brzmi od zawsze w kobiecej formie ok. Ale wyrobili mi pieczątkę, nie pytając mnie o zdanie w formie męskiej i było to nie złośliwe tylko raczej bezrefleksyjne i nawet padło pytanie, czy może tak zostać czy zmieniamy. Powiedziałam, niech zostanie, no dobra. A po Twoim wpisie, czuję to inaczej, to jednak ma znaczenie. Pozdrawiam ciepło 🙂

Odpowiedź
Miss Ferreira 6 lipca, 2021 - 11:03 am

No proszę! Bardzo mnie to cieszy, naprawdę <3

Odpowiedź
AgAS 25 czerwca, 2021 - 2:21 pm

Droga Autorko,
chciałabym dodać swój punkt widzenia. Moim zdaniem tekst fantastycznie oddaje pewną złożoność problemów z feminatywami. Z jednej strony chciałabym ich używać, a z drugiej – niektóre z nich nie podobają mi się na tyle, że nie chcą przejść mi przez gardło. Zawsze jednak podkreślam, że na szczęście nie jestem właścicielem języka polskiego, i nie mogę (ani nie chcę!) decydować jak jest formowany przez potrzeby społeczeństwa. Inaczej mówiąc, formy żeńskie w języku uważam za słuszne i potrzebne, chociaż sama (ze względów estetycznych) ich nie używam.
Pracuję w środowisku naukowym i nie wyobrażam sobie, żeby ktokolwiek nazywał mnie doktorą czy doktorką, być może dlatego, że dotychczas osobiście nie słyszałam takich zwrotów, a być może, dlatego że w mojej opinii, to nie brzmi dumnie. W oficjalnych rozmowach formę „pani doktor” uznaję za najbardziej bezpieczną. Właściwie to do moich kolegów po fachu też nikt nie zwraca się doktorze (ani doktorku), a „panie doktorze” właśnie.
Pozdrawiam wszystkich człowieków ;), niezależnie od tego jakim są rodzajem rzeczownika!

Odpowiedź
Miss Ferreira 6 lipca, 2021 - 11:02 am

Dlatego własnie apelowałam o wzajemne zrozumienie. Nic na siłę. Ja uważam, że od feminatywów nie ma już ucieczki. Jestem ciekawa, jak będę mogła odnieść się do mojego własnego tekstu za dziesięć lat.
Przykład „doktorka” oddaje świetnie to, o czym pisałam wyżej – końcówka „ek” służy zdrobnieniu tego słowa. Nasz mózg natychmiast odczytuje to jako coś umiejszającego.
Końcówka „ka” słuzy natomiast do tworzenia zarówno zdrobnień jak też form żeńskich, stąd pomysł „doktora”, też niezgrabne. To jednak tylko pokazuje, jak kobiety niełatwo się mają w tym męskoosobowym świecie językowym.
Uważam też, że formy „doktora czy doktorka” wcale nie wykluczają uzycia „pani”.
Również pozdrawiam 🙂

Odpowiedź
Renata 25 czerwca, 2021 - 3:36 pm

BRAWO Miss 👏

Odpowiedź
Miss Ferreira 6 lipca, 2021 - 10:56 am

Dziękuje :*

Odpowiedź
Karolina 27 czerwca, 2021 - 11:00 am

Bardzo potrzebny tekst. Sama do pewnych feminatyw podchodzę trochę jak do jeża, choć uważam że wszystko jest kwestią przyzwyczajenia. Ciężko mi wymówić i przyjąć słowo „chirurżka” choć „socjolożka” czy „psycholozka” już bez większych problemów. 🙂 I też uważam, że jeśli ktoś nie chce o sobie mówić „prezeska”, „redaktorka”, to należy to uszanować. Dzięki za szereg argumentów, którymi mogę się podeprzeć w dyskusjach. Złoczyńczyni faktycznie super 🙂

Odpowiedź
Miss Ferreira 6 lipca, 2021 - 10:56 am

Byłam tam gdzie Ty teraz jeszcze całkiem niedawno. To naprawdę tylko kwestia przyzwyczajenia 🙂
I cieszę się, że mój wpis Ci pomoże w dyskusjach!

Odpowiedź
Anonim 30 czerwca, 2021 - 6:45 pm

Super tekst.
Ps Lorenzo to piękne męskie imię🙂myślałam ze Włoskie, bo z moja córka do klasy chodzi wlasnie Lolek pół Włoch pół Polak.

Odpowiedź
razdwa 3 lipca, 2021 - 8:24 pm

Rozumiem, dlaczego niektóre osoby walczą o te feminatywy i czują, że określenie płci np. w nazwie zawodu jest dla nich ważne. Przyszedł mi jednak do głowy jeden problem – czy takim paniom nie przeszkadza to, że te nazwy są prawie za każdym razem wersją pochodną? „Chirurżka” według definicji to będzie „kobieta – chirurg”, „profesorka” – „kobieta – profesor” itp. Czyli słownikowo i tak zawsze będzie to odniesienie do formy męskiej. To sugeruje jakąś podrzędność, pochodność, nacechowanie form od nich utworzonych. Ktoś może powiedzieć złośliwie, że chirurżka to nie to samo, co chirurg i na przykład zapytać, czym różnią się ich kompetencje! Myślę, że stąd wynika tendencja do unikania stosowania takich form przez osoby na wyższych stanowiskach. Zwłaszcza jeśli firmy żeńskie nie są ugruntowane i budzą zdziwienie.

Odpowiedź
Miss Ferreira 6 lipca, 2021 - 10:54 am

Dlatego właśnie poświęciłam cały akapit temu, że język woli męskoosobowość, jest tak w wypadku niemal wszystkich języków, gdzie występują rodzaje.
Bardzo trafnie zauważyłaś, że rodzi to poczucie podrzędności. We mnie budzi to bunt.
Są słowniki (i takim był słownik Lindego sprzed 200 lat), gdzie kobiece nazwy zawodów są odrębnymi hasłami. To w ogóle jest odrębny temat. Bo są słowniki współczesne(!), które z form żeński rezygnują w ogóle. Mi to się w głowie nie mieści. Bo faktycznie taki antagonista feminatywów zajrzy do słownika, a tam nie w wcale takich słów jak chociażby „sprzedawczyni” czy „nauczycielka” i to jest doskonała pożywka dla jego argumentacji.

Odpowiedź
I. 6 lipca, 2021 - 9:18 am

Bardzo jasny wywód, dziękuję. Pozwolił mi (a nie mam nic przeciwko formom żeńskim) ułożyć sobie w głowie argumenty, kiedy mój ojciec znowu zacznie się śmiać z pilotki czy profesorki (zresztą, jego żony). Śmiać z pilotki czy profesorki rozmawiając ze swoją córką. Której ciągle opowiada, jaka jest świetna i mądra, ale żeby potencjalnie nazwać mnie pilotką, za dużo. Przedziwne.

Odpowiedź
Miss Ferreira 6 lipca, 2021 - 10:48 am

No mamy to wbite w głowy, bo po prostu nikt z nas nie zna innej rzeczywistości 🙂
Grunt to trzymać emocje na wodzy i konsekwentnie używać feminatywów, aż ucho się do nich przyzwyczai.
Sama jestem na to przykładem – jeszcze kilka lat temu chirurżka brzmiała dla mnie dziwacznie, znajomi mnie wytykali kiedy tak mówiłam, Teraz to naturalne dla nas wszystkich 🙂

Odpowiedź
Nietoperz 6 lipca, 2021 - 2:45 pm

Moje jedyne zastrzeżenia są wyłącznie techniczne. Chapeau bas dla męża, ale „architektka” to jest fonetyczny kosmos vel koszmar. Jezyk dąży do ekonomii, nie tylko polski, każdy. Sztuczne wdrażanie na siłę form „w imię wyższych celów” już było w PRLu, gdzie zwis męski ozdobny miał zastąpić obcy, kapitalistyczny krawat. No jakoś się nie przyjęło, może dlatego, że krawat jednak łatwiej wymówić? 😉 Kierownicze stanowiska zazwyczaj okupują panowie, ale „dyrektorka” przyjęła się bez problemu, IMO właśnie ze względów praktycznych, a nie dlatego, że nagle nastąpiła rewulucja systemów zarządzania. Fajnie byłoby wyrzeźbić formy, które nie rażą sztucznością (językową). Może chociaż architek-ta..? Język ma swoją „energię”, nie można bezkarnie mnożyć spółgłosek. Poza tym mam wrażenie (przeciwne do wielu jak widać), ze niektóre formy męskoosobowe z punktu widzenia gramatyki, są de facto neutralne, jak „gość”. Dla mnie „gość” nie określa płci, serio. Tak jak słowo „osoba” nie oznacza automatycznie kobiety, mimo gramatycznego rodzaju żeńskiego. Co zgrozo! słowo o żeńskiej fleksji – MĘŻCZYZNA- to dla mnie…. mężczyzna 😉

Odpowiedź
Dorota 13 lipca, 2021 - 6:33 am

To widać kwestia indywidualna, bo ja używałam słów architektka i profesorka już 15 lat temu będąc na studiach, nie celowo, tylko zupełnie naturalnie, nawet do głowy mi nie przyszło się wtedy nad tym zastanawiać. Chociaż zapewne zamiennie używałam męskich form. Dobrze, że temat się pojawił w społeczeństwie, uważam, że formy męskie w zwracaniu się do kobiet faktycznie brzmią sztucznie. Ale kierowczyni zacznę używać od dziś:)
Saro, faktycznie, potrafisz ciekawie pisać na każdy temat. Dzięki:)

Odpowiedź
Janusz 16 lipca, 2021 - 9:57 pm

Uważam, że to sztuczny temat, który forsują „feministki”. Większość nazw zawodów w języku polskim jest rodzaju męskiego, tworzenie na siłę form żeńskich jest śmieszne i nienaturalne (to moje zdanie). Mamy zawód, który nie należy do większości – przedszkolanka, zastanówcie się miłe Panie jak powinien się nazywać mężczyzna wykonujący ten zawód. Ferreira to obce nazwisko i my w Polsce to szanujemy i nie odmieniamy tego nazwiska, czy nie powinniśmy mówić Ferreirżka ;). Anglosasi nie mają takich problemów, u nich każda Kowalska czy Wiśniewska, że o Woźniackiej nie wspomnę – to Kowalski, Wiśniewski, no i Woźniacki oczywiście. Wybaczcie miłe Panie, z mojego punktu widzenia większość tych feminatywów w naszym języku jest po prostu śmieszna.
Marynarz, wiadomo o kogo chodzi, a marynarka to górna część garnituru. Pilot, tak samo, a pilotka to czapka, której używali piloci w początkach awiacji, a nawet później
Wielu osobom, z którymi rozmawiałem, „posłanka” kojarzy się bardziej z pościelą niż posłem. Gdybym leżał na chirurgii i dowiedział się, że ma mnie operować „chirurżka” to uciekłbym ze stołu 😉 Poza tym przeglądarka podkreśla ten „wyraz” na czerwono.
Pozdrawiam Panie

Odpowiedź

Pozostaw odpowiedź Miss Ferreira Cofnij odpowiedź