CURRICULUM VITAE!

Odwiedzili nas niedawno znajomi i podczas drobnych narzekań na nasze obecne zajęcia, zaczęliśmy wspominać swoje pierwsze kroki na rynku pracy.
W oku mojego męża zakwitła łza wzruszenia na myśl o dniu, kiedy jako młody przybysz z Brazylii w obcym Londynie, dostał posadę kelnera. Zupełnie spanikował, nadziawszy się na pierwszego klienta, który poprosił go o „fork”. Strwożony pobiegł do kuchni, pytając wszystkich: „co to jest ten fork?! Co to jest ten fork?!!”
Później było jeszcze wiele sytuacji, w których szczerze żałował, że nie uważał na angielskim. Życie brutalnie go nauczyło tych wszystkich „spoon”, „lighter”, „plate”!
To z kolei przypomniało mi moje czasy londyńskie. Ten płynny angielski świeżo wyniesiony z liceum, kiedy to obudzona w nocy biegle recytowałam, czym jest The Third Conditional, ale szefa londyńskiego irish pubu w ogóle to nie interesowało. Asekuracyjnie powtarzałam więc „yes” i „no” na oślep. Pod koniec rozmowy kwalifikacyjnej nie miałam pojęcia, czy dostałam pracę, czy nie. Dopiero gdy w zwrócił się do mnie w zrozumiałym dla wszystkich języku gestów, wskazując mi miejsce za barem, pojęłam, że tak! Mam tę fuchę! I właśnie tam, za tym barem, gdy na głowę zwaliło mi się stado pijanych Irlandczyków, o akcencie jakiego nie doświadczyłam na żadnej lekcji angielskiego, tam zrozumiałam, że żaden Third Conditional i że „I would rather be very very dead”.
Po dwóch godzinach, kiedy na chybił trafił celowałam w różne butelki z alkoholem, bo nie rozumiałam nic, a Irlandczycy zaczęli przeze mnie niepokojąco trzeźwieć, dostałam wypowiedzenie w postaci 20 funtów z gorącą prośbą, żebym nigdy nie wracała w to miejsce. Oczywiście o ile dobrze zrozumiałam. Bo w sumie, może po prostu dostałam dniówkę i do dziś tam na mnie czekają?

Ostatnio ktoś poprosił mnie, żebym przesłała mu swoje CV. Parsknęłam. CV?! Tymczasem dziś pomyślałam, że w zasadzie warto je zbeletryzować. I od dziś w takiej formie będę je przesyłać w razie konieczności.

Zbieracz owoców
Tę pracę wykonywałam sezonowo odkąd skończyłam bodaj siedem lat. I był to jedyny czas, kiedy doświadczyłam namiastki brutalnego życia korporacyjnego, o którym nieraz słyszę. Kiedy dziś o tym myślę, wiem, że brałam udział w wyścigu szczurów.
Nas – zrywających porzeczki było zawsze kilkoro, dołączali bowiem do mnie kuzyni. Już wtedy moja siostra cioteczna powiedziała, że czuć w powietrzu rządzę pieniądza i to była prawda.
Zaczynaliśmy pracę rankiem, kończyliśmy po południu. W kuchni stała waga. Ważyła owoce naszej pracy: porzeczki, skupienie, sumienność, umiejętność powstrzymania się przed rozmowami… Następnie plastikowe wanny i miski, do których przesypywaliśmy owoce, jechały na skup. Po pół godzinie mój tata wracał z kieszeniami wypchanymi tłustą gotówką. Rekordziści stawali się milionerami!
Ale nie wszyscy grali czysto. Niektórzy wstawali nieco wcześniej i cichaczem szli do pracy. Znowu inni bardzo dbali o prywatność swoich misek – nie pozwalali pozostałym do nich zajrzeć! Byli też zupełni cwaniacy. Mieli po dwie miski i udawali, że ciągle mają mało porzeczek, żeby uśpić czujność pozostałych! Już wtedy wiedziałam, że te wszystkie korporacyjne ciosy poniżej pasa, nie są dla mnie. Praca pod taka presją była nieznośna! Porzeczka ASAP! Porzeczka na CITO! Porzeczkowy deadline! Porzeczkowy target! Kto to wytrzyma?!
Wtedy pojęłam, że nie dla mnie posada korposzczura!

Hostessa
Przez niemal całe liceum dorabiałam sobie jako hostessa. To bolesny epizod mojego życiorysu zawodowego. Trudno mi o tym pisać, przyznaję.
Pracowałam w agencji hostess i modelek. Zasada była taka – ładniejsze dziewczyny były modelkami, brzydsze – hostessami. Ja byłam hostessą. Auć! Oczywiście rozumiem, że z tymi nadprogramowymi młodzieńczymi policzkami może jakoś nie rokowałam. Może nic nie zwiastowało, że w ogóle posiadam jakieś kości, nie wspominając o kościach policzkowych. Ale ta segregacja ludzi na brzydszych i ładniejszych ze względu na urodę jest podłością!
Czy się z tym pogodziłam? Oczywiście, że nie! Wszak zostałam szafiarką. A kimże jest szafiarka jeśli nie niespełnioną modelką i projektantką mody?!

Akwizytor/Milioner
Naprawdę niewiele mi brakowało, a dotarłabym do ostatniego kręgu wtajemniczenia, jako akwizytorka w prężnie rozwijającej się młodej firmie. Dziś powiedzielibyśmy o tym startup.
Moi szefowie, ludzie niespełna trzydziestoletni, posiadali już wtedy majątki o jakich mogli tylko marzyć rosyjscy oligarchowie. Ich życie to był rejs jachtem po lazurowych wodach dobrobytu.
I ja mogłam do tego klubu dołączyć. Gdybym tylko miała wystarczającą motywację. Siłę woli. Samozaparcie. Wiarę w siebie. Gdybym tylko była, wymagającym wobec swojego losu, niezłomnym kowalem. Gdyby nie zadowalały mnie ochłapy. Gdybym nie była płotką taplającą się w kałuży bylejakości. Gdybym była zachłannym rekinem sukcesu.
Czyli.
Gdybym tylko potrafiła zmusić dziesięć osób dziennie do podpisania umowy telekomunikacyjnej. Droga do milionera wiodła przez małe obskurne polskie wsie, gdzie wysypywaliśmy się z rozgruchotanych samochodów i pukając od drzwi do drzwi, oferowaliśmy mały abonament na telefon stacjonarny.
Dziwne, bo ludzie trzaskali nam drzwiami przed nosem, kazali wypierdalać i iść do uczciwiej pracy.
Czy nie widzieli moich drapieżnych zębów, kiedy do nich pukałam? Mojego młota kowalskiego, którym pieczętowałam swój los?! Moich insygniów sukcesu?!Korony samozaparcia?! Berła motywacji?! Jabłka wiary w siebie?!
Naprawdę niewiele brakowało, a byłabym słała dziś na Instagram swoje nagie zdjęcia z białego jachtu na niebieskiej wodzie, gdzie służba polewa moje strzaskane słońcem ciało szampanem. Kilku umów mi zabrakło.

Kelnerka
Zaprawdę powiadam Wam, nie zna życia kto nie był kelnerem.
Albo może inaczej – kto nie był kelnerem w angielskiej knajpie, do której w sobotę rano przychodziły rodziny, żeby uprzykrzyć mój żywot.
Tak więc któregoś dnia podczas kolejnego jajecznego desantu, kiedy rozkoszne dzieci klientów celowały w siebie kiełbasą i strzelały z chlebowej amunicji, ryzykując życiem, opuściłam swoje barowe okopy i pod ostrzałem jedzenia przedarłam się do stolika okupanta, pytając czy są może świniami.
Kiedy odpowiedzieli, że nie, zapytałam dlaczego zatem zachowują się jakby to był chlew.
Wyleciałam na bruk szybciej niż w powietrze wylatuje granat, ale przynajmniej na tyłku nie miałam śladów po niechlubnej ucieczce. Cały honor został ze mną.

Pani obsługująca klientów w sklepie z bielizną
Dopiero pracując „na drzwiach” w sklepie z bielizną zrozumiałam, że są zajęcia gorsze niż uciekanie od drzwi do drzwi w roli akwizytora.
Moim zadaniem było mówienie „dzień dobry” każdemu kto wchodził do sklepu. Oczywiście były dni kiedy dzieńdobrami musiałam naparzać jak z karabinu maszynowego, ale zazwyczaj to było jedno dzień dobry na wiele, wiele nużących minut.
Tak oto któregoś dnia beznadzieja wykonywanej przez mnie czynności, odebrała mi całkiem siły witalne. Zastygłam przy drzwiach w bezruchu, wgapiona w jeden punkt. Wartka rzeka ludzi płynęła przez Oxford Street, a ja jak ten rzeczny kamień – tkwiłam w miejscu. Bez ruchu.
Nagle ktoś wszedł do sklepu, zarejestrowałam to w ostatnim momencie mojego odrętwienia i wybudzając się z letargu szybko zawołałam „dzień dobry”! Na to kobieta krzyknęła, prawie się przewróciła i łapiąc się sugestywnie za serce, warknęła: „Jezus Maria! Myślałam, że pani jest manekinem!”
Innym z kolei razem podeszła do mnie klientka, pytając czy mamy piersi kurczaka. Spojrzałam na nią wymownie, ale nie powiedziałam tego co myślałam, zamiast oznajmiłam grzecznie, że nie bo to sklep z bielizną. Ona przewróciła oczami i zapytała, czy w takim razie przynajmniej ciasteczkami dysponujemy.
Na to ja, że niestety, ale po drób i słodycze musi się udać do spożywczaka.
Zaśmiewając się do rozpuku, poszłam opowiedzieć o tej szalonej krejzolce moim koleżankom. I co się okazało? Że to ja wyszłam na idiotkę. Albowiem ona szukała push-upów do stanika, potocznie zwanymi „chicken filets” oraz „cookies”.

Telemarketerka
Jest wielce prawdopodobne, że dawno dawno temu dzwoniłam do Was i zapraszałam pokaz garnków Philipiaka. Tak, to byłam ja.
Z tamtych słuchawkowych czasów pozostał mi zwyczaj bycia bardzo miłą dla telemarketerów, bo wiem jaka to niewdzięczna praca.
Muszę Wam z ręką na sercu powiedzieć, że była to najśmieszniejsza posada w moim życiu i nawet żal mi było stamtąd odchodzić.
Biję się w pierś, bo czasem sobie bardzo żartowaliśmy z klientów, chociaż nigdy nikomu nie działa się krzywda. Ci bardziej nerwowi rzucali słuchawką, inni nawet dołączali się do naszej gremialnej biurowej głupawki. Kiedyś na przykład mój kolega, dzwoniąc do klienta przytknął sobie do ust plastikowy kubek. Ten odbiera, a kolega go pyta:
– Proszę pana, czy dobrze mnie słychać?
– No nie bardzo.
– No właśnie, to dlatego, że dzwonię z szafy i stąd bardzo źle słychać.

Któregoś dnia znowu, znajomy zaciął się na frazie „robimy garnki”. – Garnki? Jakie garnki?! – zapytał wyraźnie zdenerwowany rozmówca. Niespodziewanie mojego współpracownika poniosła fantazja: – Gliniane garnki proszę pana! Siedzimy na łące i normalnie je lepimy. Z gliny!
Żart natychmiast podchwycili koledzy, którzy zaczęli beczeć jak owce.
– Co to za odgłosy?! – rozzłościł się rozmówca.
– Proszę pana, to tylko owce – uspokoił go mój kolega.
– Jak to owce?!
– No normalnie. Przecież mówię panu, że siedzimy na łące, na pastwisku, lepimy te garnki. Tu owiec jest dużo.

I powiem Wam szczerze, że teraz jak to wszystko napisałam, to przeżyłam swoiste katharsis.
Tak bardzo bardzo się cieszę, że nie muszę już częstować nikogo sokami w supermarkecie, pukać do drzwi obcych ludzi, serwować jedzenia, którym zostanę obrzucona, być automatem do mówienia „dzień dobry”, dzwonić do ludzi przed 9.00 w sobotę, bo inaczej dostanę opierdol od szefa.
Boże jak mi dobrze w tym moim home office, gdzie co chwilę woła do mnie brudne pranie, albo dzieci drą ryje, ale jak chce sobie pooglądać rzeczne kamienie, to po prostu wychodzę z domu.

Dajcie znać, jakie chlubne zawody Wy możecie wpisać do swojego Curriculum Vitae.

You may also like

43 komentarze

  1. Sprzątanie w banku. Malutki oddział, panie tam pracujące dbały o wszystko, także o porządek, więc za dużo roboty nie było, poza myciem podłóg. Natomiast raz byłam na zastępstwo w wielkim oddziale. Syf, okruchy, milion brudnych kubków, opakowań po serkach, śladów białych na biurkach po tych opakowaniach. Najgorsze były biurka młodych kobiet- cieszyłam się, że nam rękawiczki.

  2. hahahahahahaha hihihihihihhi no poryczałam się ze śmiechu , rżę i płaczę przed monitorem w pracy , a kolega obok dziwnie i się przyglada i pyta o co chodzi , dobrzy byliscie z tymi garnkami…co do reszty niegdy nie pracowałam w tych branzach co Ty 😉 i nawet bym nie chciała , ale rozumiem ,że musiałaś sie z czegoś utrzymywac , dzieki za wesoły poranek życie lubi pisać przedziwne i przezabawne scenariusze , ael te teksty ……. jak czytałam , to mówie do Ciebie(monitor) no na serio tak do klienta ….nie no jakoś nie mogę uwierzyć choć usmiałam sie setnie …do łez

    pozdrowienia ślę

  3. Moja pierwsza praca polegała na uzupełnianiu słoików zielonymi ogórkami, które później stawały się pysznymi kiszonymi bądź konserwowymi przysmakami. Praca na akord, 8gr płatne za 1 słoik! Tam dopiero był wyścig, jak najszybciej, ale też dokładnie, odrzucać tzw. buble.. Musiałam wstawać o 5 rano, żeby dojechać na czas. Po zakończonej zmianie, kiedy wracałam do domu miałam przed oczami tylko te zielone warzywa. Śniły mi się nawet po nocach! Na dodatek dłonie i paznokcie wyglądały tak, jak u żadnej innej 16-latki. Wstyd było się pokazywać na mieście. Wytrzymałam 6tygodni, więcej nie dałam rady 🙂

  4. Chyba będę musiała sporządzić takie cv dla siebie. Kiedyś popularne było wyznawanie na blogach swoich siedmiu pierwszych prac… naprawdę niestworzone historie można było tam wyczytać 🙂 Najważniejsze, że człowiek potrafi wracać do tego ze śmiechem i ironią doceniając, że teraz jest lepiej 🙂

  5. Popłakałam się ze śmiechu. Ja zaczynałam jako przewodnik grup w muzeum-zamku. Nigdy nie brakowało wycieczkowiczów z milionem pytań ale wszystkich przebiła mała dziewczynka, którą los pozbawił jedynek i chyba od razu dwójek, na skutek czego pytanie o mieszkańców zamku zabrzmiało: „A czy są tu kurewny?”

  6. Fenomenalny wpis! Zaśmiewałam się przy nim i współczułam zarazem. Każda z nas chyba musi przejśc takie katharsis, bo czy wtedy znalazłybyśmy się właśnie tu, gdzie jesteśmy? Czy doceniłybyśmy to co mamy?
    Też byłam zbieraczką owoców malin, wiśni… ah! Co to był za chrzest bojowy ;D

    1. Jak pokazują komentarze, wiele osób nadal nie ma pracy marzeń, ale mimo wszystko – warto sobie przypomnieć czasem początki.

  7. Hihi, w moim poprzednim życiu (tzn.zanim sobie tak urządziłam świat, by móc pracowąć z domu), błyszczałam na podobnych stanowiskach, ale jednej z moich tych na Twojej liście brakuje. Otóż byłam opiekunką eskponatów w muzeum sztuki współczesnej, a najczęściej wypowiadanym przeze mnie zdaniem, zaraz po „proszę nie dotykać” było: „proszę nie lizać Bałki” (instalacji z ogromnych brył solnych autorstwa Mirosława Bałki) 😉

  8. Też byłam telemarketerem, sprzedawałam… bajki. Wytrzymałam 9 miesięcy. Byłam jeszcze geologiem, a obecnie buduję mosty dla pana Starosty ;P.
    Marzę o powrocie do home office i zdaje się, że to marzenie akurat niebawem się spełni :D!!!

  9. Hostessa nie zapomnę jak musiałam chodzić w niebieskiej perurce po mieście rozdajac ulotki. A wciąż powtarzałam w myślach że płacą tyle gdzie nigdzie nie dostanę. Były to jeszcze czasy sieci Era więc wieki temu. Jakieś epizoty w sklepie. Później czas pracy z osobami niepełnosprawnymi. Na studiach czas spędziłam z małym dżentelmenem który że tak powiem rolowal mnie jak chciał. A obecnie praca w fabryce. I chyba już mam dosyć i jestem za stara więc daze aby zacząć robić to co lubię.

  10. Kochana, Twoje historie wycisnęły łzy wzruszenia z moich nieczułych oczu, bo sama mam baaardzo podobne doświadczenia! 😀 No więc, zbieranie truskawek- CHECK (co prawda tylko jedne wakacje, miałam 12 lat, ale ból pleców pamiętam do dziś, a wyścig szczurów pozostawił szramy na psychice!)Hostessa- no moja droga, toż przez pół mojego liceum stałam na „promocjach”, głównie serków topionych i sprzętu RTV, jakkolwiek nie byłam świadoma, że to dlatego, że jestem za brzydka na modelkę;) Wersja londyńska- TEQUILA GIRL- chodziłam po dyskotekach odziana w sombrero, wysokie kozak, mini i pas pełen kielonków i polewałam tequilę nawalonym Angolom. Hajs się zgadzał, ale wytrzymałam tydzień, bo to jak zachowują się pijani Anglicy względem dziewczyny w krótkiej spódniczce (a był to uniform obowiązkowy), sprzedającej im tequilę, możesz sobie na pewno wyobrazić…walenie po ryjach nie pomagało…
    Akwizytor-milioner? Kochana moja, toż na to hasło powracam szesnastoletnia ja, ganiana przez ochroniarzy w warszawskich biurowcach, usiłująca wcisnąć pracownikom tamtejszych firm OBRUSIKI BEZPLAMOWE 😀 Podobnie jak Tobie, zabrakło mi tej ISKRY BOŻEJ oraz DETERMINACJI, aby zostać DIAMENTEM, i zwycięzcą, i spać teraz na forsie 😉
    Oprócz tego kelnerka: CHECK, call centre: CHECK (ankiety!), kelnerka: CHECK (w Londynie i Madrycie, raz wylałam talerz spaghetti na płaszcz klienta, do dziś nie umiem nosić 3 talerzy na raz i zawsze trzęsą mi się ręce, jak niosę tacę :D), naganiaczka do klubów (klub dla chłopaków w gejowskiej dzielnicy Chueca w Madrycie, byłam na PROWIZJI! :D)
    Niestety, moja historia nie ma happy endu, jak Twoja, bo wciąż muszę robić rzeczy uwsteczniające i poniżające, bo inaczej dostanę opierdol od szefa… ALE- nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa! 🙂 Moje CV wciąż się pisze! 🙂

    1. Aż dziw, że się nie spotkałyśmy gdzieś po drodze!
      Współczuję natomiast obecnej roboty, pocieszę Ci tylko, że niewiele znanych mi ludzi, robi to co lubi, większość pracuje tam gdzie pracuje, bo nie bardzo ma wybór.
      Czasem mam nawet wyrzuty sumienia, bo ja robię to co lubię najbardziej, a już mój mąż zupełnie nie.
      Życie.
      Ale kibicuję, żeby kolejna karta w Twoim CV była weselsza!

  11. W czasach sredniej szkoly pracowalam na tzw ohp na Wegrzech w przetworni warzyw i owocow. Pamietam , ze na nocnej zmianie postawiono mnie przy tasmie z parujaca kukurydza.Ta zolta, parujaca rzeka odbila sie pietnem na reszte zycia-nienawidze kukurydzy!!!!Pozdrawiam

  12. Jestem w szoku! Twoje dzieci też drą ryje???!
    No, to tyle w ramach komentarza. Chętnie opisałabym swoje CV, ale oprócz kilkunastu tygodni praktyk w szkołach i przedszkolach, nie robiłam w życiu nic, czym można się dzielić z ludźmi.
    Podpisano matka trójki dzieci
    PS. Idę wstawić pranie

  13. Cześć, jeszcze się nie znamy;) Poczytuję Cię od jakiegoś czasu, ale po raz pierwszy (zachęcona Twoimi fejsbukowymi nawoływaniami) postanowiłam napisać. Praca, temat rzeka. Od lat pracuję na etacie, ale zanim tak się stało, imałam się różnej maści prac sezonowych i zajęć na śmieciówkach. Dla przykładu, byłam magazynierem w jednej z sieci odzieżowych, co oznaczało przyjmowanie towaru na stan, a odbywało się to w niezwykle miłych okolicznościach przyrody – ciemna piwnica bez okna, 8 stopni C (co zważywszy na temperaturę oznaczało brak ogrzewania). Przez 8 h dziennie (czasem dłużej) zgięta w pół, w zimowej kurtce i rękawiczkach, skanowałam te wszystkie szmaty za, uwaga, pełną godności stawkę 5 zł netto za godzinę. Ale to jeszcze nic, zaraz po maturze załatwiłam sobie pracę w sklepie spożywczym (straszna robota), za którą otrzymałam pod koniec miesiąca, pracując 6 razy w tygodniu po 10 h dziennie, całe 680 zł netto. Majątek! 🙂 Ale to były początki, później już nie byłam takim frajerem. Podobnie jak Ty pracowałam przy zbiórce owoców, ale z tej pracy mam akurat dobre wspomnienia. Zajęcie, choć ciężkie, dawało mi dużo przyjemności. Są dni, kiedy chętnie bym znów wyjechała na zbiory do Francji i pewnie, gdyby nie praca etatowa, wcale bym się długo nie zastanawiała. Pozdrawiam serdecznie, Ewa

    1. Ewo, jak miło, że końcu napisałaś, jak ja lubię te kometarze, kiedy ktoś wyznaje „czytam od dawna, ale pierwszy raz komentuję”, to taki troszkę pierwszy pocałunek <3

  14. Kiedyś znajoma załatwiła mi pracę w firmie produkującej kosmetyki – DODAM, ŻE NADAL PRĘŻNIE DZIAŁA NA POLSKIM RYNKU. Najpierw jako hestessa (nie wezmę do siebie, że byłam za brzydka na modelkę;))) a potem nagle zrobiło się miejsce w dziale marketingu gdzie z bomby mnie wrzucono jako asystentkę PANI DEREKTOR (pisownia celowa). Nie wiedziałam o tym absolutnie nic, co było o tyle śmieszne że PANI DEREKTOR także. ..To była synowa właściciela, która dopiero zaczęła studia…i to wcale nie marketing tylko socjologia…kiedyś przez cały dzień nie było jej w biurze a ja skrzętnie z tego korzystałam i przez cały boży dzień nie odebrałam ani jednego telefonu. chwilę przed fajrantem PANI DEREKTOR wpadła do biuro i wrzeszczy: „DZWONIŁA MOJA BABUNIA. PONOĆ MÓWISZ O MNIE ‚ONA’, ŻE JEJ NIE MA W BIURZE I NIE WIESZ KIEDY ONA WRÓCI”. Ja na to, że to niemożliwe, że nie rozmawiałam z jej babcią, a ona dalej swoje, ja znów że nie, absolutnie to niemożliwe i tak to trwało dłuższą chwilę, wreszcie mówię ” słuchaj, nie rozmawiałam z twoją babcią, przynajmniej dzisiaj, nie jestem nienormalna, żeby nie wiedzieć z kim rozmawiałam!!” A ona na to ‚MOJA BABUNIA TEŻ NIE JEST NIENORMALNA”. i uciekłam stamtąd;))))))

  15. Historia z garnkami i owcami rozbawiła mnie do łez:)

    Ja nigdy nie zapomnę pracy w drukarni podczas studiów, kiedy chciałyśmy z przyjaciółką zarobić na wycieczkę do Koszyc na koncert dyplomowy jej obecnego słowackiego męża. Poszłyśmy na nockę i miałyśmy okazję przez 12 h przekładać nowo wydrukowane katalogi Avonu po węgiersku z falcerki na palety. I mimo, że nie mam nic przeciwko firmie Avon to do dzisiaj widok ich katalogów wywołuje u mnie obrzydzenie.

    A tak dla równowagi mam też cudowne wspomnienia z wakacyjnej pracy w schronisku górskim w Norwegii. Czasami miałabym ochotę się wyrwać z codzienności i znowu tam wrócić:)

  16. Daaawno temu, na wymianie studenckiej w Republice Czeskiej byłam ankieterka telefoniczną pewnej dużej firmy samochodowej😊 Mieliśmy pytać klientów czy są zadowoleni z naprawy swojego samochodu w autoryzowanym punkcie. Jednak z klientów był weterynarzem i na moje pytanie czy naprawa przebiegła szybko i sprawnie, usłyszałam tylko krzyk papugi, szczekanie psa i przeciagłe miauuuuu😀 Dr tylko dodał, że musi kończyć bo mu przeze mnie papuga na dwór uciekła 😀 Pozdrawiam Sara, jesteś wspaniała! ❤️

    1. To nie tak, że nie chcę – chcę, jasne. Ale widzisz – najlepsze teksty powstają kiedy człowiek wie o czym chce napisać, ja (jeszcze?) nie wiem.
      Czuję, że coraz bardziej do tego dorastam, kto wie.
      Dziękuję za dobre słowa!

  17. Moje CV jest znakomicie korporacyjne. Jeszcze nie stuknęła trzydziestka, a 4 języki biegle, 2 magistry, kierownicze stanowisko i ability to meet even the toughest deadlines. Patrzysz na CV i już intuicyjnie mnie nie lubisz 🙂 W moim przed-korpo wcieleniu, w trakcie studiów, robiłam też inne rzeczy, ale korpo rekruterzy lubią pure korpo blood 🙂 bez jakichś niekorpo naleciałości, bez znaków, że coś mogło tej osobie namieszać w głowie i nie kupi ona naszego światopoglądu, nie będzie share our values hahaha. Dlatego w moim superanckim CV tego nie ma. I mam nadzieję tego CV już nigdy nie użyć. Spędziłam w korpo 4 lata i wykorzystałam je na końcu do tego, do czego moim zdaniem nadaje się najbardziej – do robienia dzieci. Zaszłam w ciążę i od 6 tc moja noga na ołpen spejsie nie postała (ciąża problematyczna, więc dyskusji i tak nie było), zastępstwo w mig się znalazło, nikt nie umarł, bo w przeciwieństwie do wielu, od zawsze wiedziałam, że człowiek tam jest tylko trybikiem. A ostatni rok w korpo spędziłam na zaprojektowaniu alternatywy, żeby tam nie musieć wracać – praca z domu, z takim samym poziomem dochodu, jak tam miałam. Może nie tak regularna, inne godziny i generalnie mniej przewidywalna, ale poziom stresu prawie zero i wreszcie nie będę musiała słuchać oderwanych granatem od pługa menagierek.

  18. No wycisnęłas ze mnie, Saro, tę pierwszą garstkę liter, do tej pory biernie czytałam, nie pozostawiając za sobą śladu.
    Mnie przytrafiła się fucha ekspedientki a później i kelnerki w świetnym sklepie z serami w Szkocji, właścicielami którego jest para Polaków. Stałą ”klientką” sklepu była miejscowa kotka, o nieco wybrakowanym komplecie łap, z której to okazji nazwana została w sąsiedztwie Princess Tripod. Przychodziła ucinać sobie drzemki w przytulnej chatce z niskimi sufitami, gdzie znajduje się sklep. Były tez kury. Nie nasze, jednak trzeba uznać je za cześć realiów tego biznesu. Cudze te kury wypasane były na swoim-cudzym terenie, ktory przylegał do sklepu z jednej jedynej strony: ze strony toalety. Poziom terenu po tamtej stronie był równy z poziomem okna w toalecie, zdarzało się nam wiec przez to okno ugaszczać kury resztkami sera, przez co reagowały entuzjastycznie na każdy zgrzyt okiennej klamki, nieomal pakując się do środka. Gdy wiec sklep przemienił się w kawiarnie, musieliśmy (ze względu na prawo) udostępnić toaletę także klientom. Pewnego dnia jedna z klientek przejęta wyszła z toalety, twierdząc, ze została zaatakowana przez kurczaka, ktory bezpardonowo wtargnął do pomieszczania, zwabiony włączonym światłem.
    The Old Cheese Shop of St Andrews, jeśli będziecie szukać 😉

  19. Rozumiem tych, którzy Cię kochają i dołączam. Możesz pisać nawet o myciu kibelka, a i tak przeczytam z wypiekami na twarzy. Przy tym stylu opowieści, kiedy czytam, że „czuć RZĄDZĘ pieniądza”, zakładam, że to licentia poetica, a nie ortograf. No bo czyż pieniądze nie rządzą na tym łez padole?…

    1. Emilio, dziękuję Ci za taki miły komentarz. I cóż mogę powiedzieć, może zostańmy przy tłumaczeniu, że to licentia poetica, bo inaczej cóż mam na swoje usprawiedliwienie? 😀
      Uściski!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.